Rozdział 18 - Płonący Feniks.
Przejechał dłonią po gładkiej lufie karabinu maszynowego i starł z niego praktycznie niewidzialny pyłek kurzu. Broń z biegiem lat stała się jego przyjacielem, kompanem licznych wypraw i niebezpiecznych zadań. Czując jej ciężar w swoich dłoniach wydawało mu się że ma wpływ na swój los, a przynajmniej bardzo chciał w to wierzyć. Był pod zachwytem budowy swojego karabinu. Jego długość, kształt, rozmiar, wszystko było idealnym projektem, jednak cel był prosty. Zabić. Każda śruba, każdy najmniejszy element miał za zadanie przyczynić się do śmierci przeciwnika. Było to niewątpliwie straszne i jednocześnie piękne. Ludzki umysł potrafił stworzyć coś tak idealnego, doskonale zabójczego w dłoniach odpowiedniej osoby. Wystarczyło wycelować, prawidłowo ułożyć ręce i nacisnąć spust, by mały ostry nabój przeszył ciało wroga na wylot. Można byłoby pomyśleć że różdżka niczym od karabinu się nie różni, jednak on uważał to za błędne myślenie. Różdżka mogła zabić, lecz czy zaklęcie wystrzelone z magicznego artefaktu odbierze komuś życie należało już do wyboru czarodzieja. Z to karabin… Miał jeden, jasno określony cel. Nie potrafił tworzyć, uśmierzać bólu, goić ran. To on je zadawał rękami które go dzierżyły. Był idealnym narzędziem do mordowania. Pięknym i zabójczym mechanizmem, który nie znał strachu. Nigdy się nie wahał. Dawał swojemu właścicielowi odrobinę pewności, że gdy razem będą iść przez mrok, nic nie może ich dosięgnąć.
Tak właśnie myślał o swej broni Jakub.
Gdy kolejna seria wystrzałów ucichła, a tarcza zrobiona z metalowej pokrywy przypominała kuchenne sito, brunet opuścił karabin i westchnął. Obrócił w dłoniach broń i utkwił wzrok w podziurawionej tarczy. Nagle cały obóz wydał mu się lichą, pełną luk ofiarą, którą może zniszczyć byle uderzenie. Mieszkańcy Złotego Feniksa powoli tracili wiarę w wygranie wojny. Zimne, ostre szpony Voldemorta coraz ciaśniej zaciskały się na magicznej społeczności zmuszając ją albo do posłuszeństwa, albo do ucieczki w nieznane. Sytuacja w obozie uległa pogorszeniu gdy dwoje młodych, początkujących magomedyków nie wróciło z ostatniej akcji. Draco i Hermiona… Myśl o kasztanowłosej napawała go bólem i wściekłością. Tyle jej zawdzięczał! Była pierwszą osobą w tym miejscu która wyciągnęła do niego przyjazną dłoń. Nie patrzyła na niego jak na obcokrajowca, ale jak na sprzymierzeńca, towarzysza broni i przyjaciela. Jej uśmiechnięta twarz, radosne oczy, kojące dłonie. Pokochał ją taką i choć wiedział że jej serce należało do kogoś innego nie mógł zapomnieć jak ważną była dla niego osobą. Nie… Nie była, wciąż jest! Ona nie umarła, nigdy w to nie uwierzy. Ktoś taki jak ona nie mógł tak po prostu zniknąć z tego świata. Gdyby tak było, nic nie miałoby sensu. Jej zniknięcie wyrwało olbrzymią dziurę w sercu obozowej społeczności. Ron całymi dniami przesiadywał w swoim namiocie, ignorując skaczącą wokół niego Lavender Brown. Harry zamknął się w sobie, a widok Ginny… Nawet Jakub nie mógł znieść widoku przyjaciółki Hermiony. Apatyczna i załamana wciąż leżała w szpitalu i choć nie przypinano jej już do łóżka pasami, wciąż nie miała siły by zacząć w miarę normalnie żyć. Obwiniała się za to, że nie było jej u boku przyjaciółki. Obwiniała się całymi dniami i nie była w tym osamotniona. Nagle z zamyślenia wyrwał go odgłos zbliżających się kroków. Po tylu tygodniach umiał rozpoznać jej rytm, sposób w jaki się poruszała. Była cicha i niezwykle ostrożna. Gdy znalazła się tuż obok niego odwrócił się w jej stronę.
- Witaj Cho – przywitał dziewczynę Jakub.
- Dzień dobry – odparła Chang i wyczarowała obok siebie wysoki stolik, na którym postawiła trzymaną w drugiej ręce tacę z herbatą i przekąskami. Jakub utkwił wzrok w różdżce dziewczyny. Należała do jej ojca, lecz gdy ten zginął odziedziczyła magiczny artefakt. Ponoć jej matka bardzo na to nalegała.
- Widzę że nieźle ci idzie – zauważyła Krukonka wskazując głową na poturbowaną tarczę. – Molly Weasley nieprędko da nam drugą przykrywkę do ćwiczeń – dodała.
Brunet uśmiechnął się pod nosem. Widok tej dziewczyny koił mu nerwy. Była o wiele bardziej wycofana od Hermiony Granger jednak miała w sobie coś, co sprawiało że chciało się z nią przebywać. Podejrzewał że to siła i odwaga które aż biły od Cho. Nie tak dawno straciła ojca, mężczyzna praktycznie umarł na jej rękach a ona mimo to nie pogrążyła się w rozpaczy. Każdego dnia sumiennie ćwiczyła zaklęcia, sztuki walki i strzelanie, by stać się silniejszą. Cięgle powtarzała że chce być gotowa do dnia, w którym pomści ojca. Nie narzekała i cierpliwie znosiła uwagi Jakuba. W końcu zauważył że z czasem staje się mu bliska. W zupełnie inny sposób niż Hermiona. Kasztanowłosa już na zawsze zagnieździła się w jego sercu, stała się przyjaciółką która wyciągała pomocną dłoń, nie oceniała, była promieniem słońca. Za to Cho… Zaczął przyłapywać sam siebie na spoglądaniu w jej stronę gdy ćwiczyła, odprowadzaniu jej wzrokiem gdy opuszczała poligon. Lubił gdy jej czarne, długie włosy spięte w wysoki kucyk podrygiwały w rytm oddawanych strzałów. Lubił jej słuchać, odkrywać schowane głęboko uczucia i zastanawiać się nad ich interpretacją, gdyż Cho nie zawsze wypowiadała swoje myśli wprost.
- Masz czasem wrażenie że obóz zaczyna się walić? – zapytał chłopak i znów na nią spojrzał. Cho westchnęła.
- Ostatnio cały czas – odparła po chwili. – I dobrze wiem czym to jest spowodowane – dodała marszcząc brwi.
Jakub zawahał się przez moment ale w końcu zapytał.
- Dobrze znałaś Hermionę?
Cho wzruszyła ramionami.
- Czy ja wiem, byłyśmy koleżankami z Hogwartu. Nie powiem, raz czy dwa żałowałam że nie znalazła się w Ravenclawie, ale wtedy to nie ja byłabym najlepsza z domu – powiedziała uśmiechając się blado. – Zawsze imponował mi fakt, że pomimo wiedzy którą miała i uporu z którym wcale się nie kryła zdołała zaskarbić sobie przyjaźń tylu ludzi. Cóż, zawsze była bardziej otwarta ode mnie – przyznała Cho.
- Wierzysz że ona żyje? – zapytał ją Jakub słysząc jak Chang nie wyraża się o Hermionie w formie przeszłej. Cho uniosła brwi.
- A ty w to wątpisz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Nie wiem dlaczego, ale jestem przekonana że Granger żyje. Gdyby umarła, tak samo jak ten cały Malfoy, to myślę że już byśmy o tym wiedzieli. Mimo iż jest mugolaczką ma w sobie coś co inni w niej szanują i czego się boją, ale nie pytaj mnie co to jest, bo sama nie mam pojęcia – powiedziała i uśmiechnęła się lekko. Nagle Jakub wyciągnął z kieszeni spodni czarną Berettę i rzucił ją w kierunku Cho. Czarnowłosa złapawszy pistolet zwinnym ruchem odbezpieczyła go i oddała kilka celnych strzałów w wysłużoną tarczę. Metalowa przykrywka oderwała się od sznura i z hukiem upadła na ziemię.
Cho i Jakub przez chwilę przyglądali się poturbowanej pokrywie aż nagle w ich kierunku podbiegł duchowy ryś, znany już większości patronus Kingsley’a Shacklebolta.
- Jakub, zwołaj pozostałych, mam informacje dotyczące Hermiony i Dracona – odezwał się ryś, po czym znikł jak rozwiany przez wiatr kłęb dymu. Jakub przez chwilę wpatrywał się w Cho wielkimi oczami, nie do końca wierząc w to co właśnie usłyszał. Nagle, zerwawszy się z miejsca we dwoje zaczęli biec w kierunku oddalonych od poligonu namiotów.
*
Ciemne i cuchnące wnętrze piwnicy wypełniały odgłosy szorujących o kamienną posadzkę szczotek. Hermiona i Becky od dwóch godzin próbowały doprowadzić lochy do lepszego stanu, lecz wiedziały że będzie na to potrzebne o wiele więcej czasu. Draco tak jak powiedział pozbył się Greybacka i choć Hermionie fakt iż wilkołak od dwóch dni nie pojawił się w piwnicach wydawał się dziwny, nie miała zamiaru pytać jakich metod użył Malfoy. Otrzymała zgodę od Snape’a by pracę przy jego zbiorach mogła odłożyć na później i zaraz po rozniesieniu śniadań wzięła się do pracy. W piwnicy uwięzione zostały trzy kobiety, z czego jedna była w stanie agonalnym. To właśnie tę dziewczynę ostatnio gwałcił Fenrir. Gdy Hermiona i Becky weszły do jej celi leżała naga na podłodze i wydawało im się że już nie żyje. Kairi, bo tak miała na imię kobieta, umyta i ubrana w czystą długą szatę została położona na świeżo zaścielonej pryczy. Hermiona podejrzewała że Kairi zostało niewiele życia więc chciała by chociaż umarła jak człowiek, a nie uwalany w odchodach i krwi śmieć. Drugą celę zajmowała Christa, szczupła wysoka blondynka która widząc Hermionę i Becky rozpłakała się jak małe dziecko. Była wdzięczna za każdy przejaw dobroci. Za wyczyszczoną celę, pachnącą białą koszulę nocną i lekki posiłek który przygotowała im Marietta. W celi znajdującej się najbliżej wyjścia leżała Cornelia, która owego dnia chwyciła Hermionę za skraj sukni. Była niewysoka i miała ciemne włosy sięgające ramion. Tak jak i Christa była niewymownie wdzięczna za podjętą opiekę.
Gdy Hermiona i Becky szorowały podłogi w pocie czoła, u drzwi stał Draco. Ku zdziwieniu Hermiony od czasu do czasu opuszczał posterunek, po czym wracał z herbatą lub talerzem pokrojonych jabłek.
- To od Marietty – mówił unikając przenikliwego wzroku Gryfonki. Kasztanowłosa odnosiła wtedy wrażenie że Malfoy chciałby pomóc bardziej, ale gdyby przyłapał go ktoś z mieszkańców zamku, nie potrafiłby tego wytłumaczyć. Już sam fakt że zgodził się na wyczyszczenie piwnic spotkał się niezbyt przychylnym głosem ze strony ojca. Lucjusz nie rozumiał po co to wszystko.
- Przecież to zwierzęta – mruknął tylko pod nosem i z wyrazem głębokiego niezadowolenia na twarzy patrzył jak Draco idzie pilnować służby pod czas pracy.
Z każdą godziną w lochach robiło się coraz czyściej. Mury wciąż były czarne i nieprzyjazne ale przynajmniej już nie cuchnęły. Gazowe lampy wymieniono na magiczne pochodnie, których ogień dawał przyjemne ciepło, a blask rozświetlał mrok.
- Paniczu Malfoy – zaczęła Hermiona kłaniając się nieco chwiejnie. Cały dzień ciężkiej pracy zaczął dawać o sobie znać. – Jestem niezmiernie wdzięczna za wszystko co zrobiłeś dla tych kobiet – powiedziała i wyprostowała obolałe plecy. – Jest jednak problem o którym chciałam paniczowi wspomnieć .
- Znowu? – zmarszczył brwi Malfoy. Chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Kilka razy napotkał wzrok Cornelii, i był przekonany że w odbiciu oczu kobiety może dostrzec jedynie nienawiść i pogardę. Spojrzał na zmęczoną Gryfonkę. Pomimo ciężkiej pracy, bólu i dyskomfortu zdawała się być szczęśliwa. Znów poczuł jak serce zaczyna łopotać mu w dziwnym, niestałym rytmie. – O co chodzi? – zapytał.
- Te kobiety od wielu tygodni są pozbawione naturalnego światła, jeśli dalej będą przebywały w takich ciemnościach mogą stracić wzrok. O ile wcześniej nie opuszczą tego miejsca, a na to się nie zanosi – dodała przyciszonym głosem. – Piwnice mają wysoki sufit, jestem pewna że u sklepienia można by wyczarować pojedyncze okienka. Jeśli panicz byłby tak łaskaw… - dodała i spuściła wzrok. Nie wiedziała czy zdążyła już wyczerpać cierpliwość młodego arystokraty, czy jeszcze miała szansę na ugranie czegokolwiek.
- Niech ci będzie – powiedział Draco i wszedł do lochów szybkim krokiem. Wycelowawszy różdżkę w każdą z cel wyczarował wąskie, zaokrąglone okienka które oprócz klamek miały także kraty. Gdy skończył w pośpiechu opuścił piwnice.
~
Na długiej ladzie, przy oknie, warzył się eliksir o okropnie kwaśnym zapachu. Snape, zajęty przeglądaniem stosu papierów wydawał się nie zwracać na duszący zapach najmniejszej uwagi. Za to Hermiona mimo założonej na nos i usta bawełnianej chusteczki ledwo wytrzymywała w oparach eliksiru energetyzującego.
- Profesorze – zaczęła nieśmiało schodząc z drewnianej drabiny. – Czy mogłabym otworzyć okno? – zapytała błagalnym tonem. Snape rzucił w jej kierunku zniecierpliwione spojrzenie.
- Możesz – burknął. – Tylko nie za szeroko, dzisiaj mocno wieje, a jak widzisz jestem zawalony robotą.
- Tak jest – odparła uradowana Hermiona i rzuciła się w kierunku mosiężnej klamki. Gdy świeży podmuch powietrza wdarł się do komnaty od razu poczuła się lepiej. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak blisko była od poczucia mdłości. Zaciekawiona spojrzała na bulgoczący wywar. – Przepraszam że pytam, ale dla kogo profesor sporządza ten eliksir? – zapytała robiąc krok w tył. Snape nawet na nią nie spojrzał.
- Jesteś jak zawsze wścibska, Granger. Chyba nic w świecie tego nie zmieni, prawda? - powiedział przerzucając kolejną stertę makulatury. – Ale skoro aż tak cię to ciekawi, to ci powiem. Wywar jest dla Narcyzy, żywię nadzieję że postawi ją na nogi.
Hermiona słysząc te rewelacje sceptycznie uniosła brwi. Doskonale zdawała sobie sprawę ze stanu zdrowia matki Dracona, jednak podejrzewała że je stan ma związek bardziej z psychiką niż z ciałem i żaden energetyk tutaj nie pomoże. Nie znała żony Lucjusza zbyt dobrze. Oprócz śniadania, obiadu i kolacji które każdego dnia przynosiła do komnaty, nie nawiązała z Narcyzą dłuższej rozmowy. Kobieta całymi dniami leżała w łóżku i wpatrywała się w okno. Świadomość do niej wracała tylko wtedy, gdy odwiedzał ją Draco. Hermiona tylko raz była świadkiem ich spotkania. Blondyn usiadłszy na skraju łóżka matki chwycił ją za wychudzoną dłoń i pocałował ją czule. Ten gest niebywale wzruszył dziewczynę. Draco pytał Narcyzę jak się miewa i czy zjadła śniadanie. Zaproponował jej przeczytanie jakiejś książki, w końcu zawsze uwielbiała oddawać się lekturze, jednak Narcyza odparła iż jest zbyt zmęczona a jej umysł zbyt zasnuty mgłą, by mogła skupić się na czytanym tekście. Arystokrata odpuścił i gdy się żegnał Hermiona dostrzegła na jego twarzy malujące się zatroskanie.
„Książki…” pomyślała. Dla niej były ucieczką od codzienności i krainą gdzie wszystkie marzenia mogły stać się rzeczywistością. Były źródłem wiedzy, radości i wielu wzruszeń. „Może… Może mogłoby mi się udać?” pomyślała. Spojrzała na Snape’a który właśnie rzucał w kąt jakimś pergaminem.
- Co za bzdury… - mamrotał pod nosem. – Goyle to największy tępak na świecie. Że też Czarny Pan zgodził się zrobić z nich wykładowców. Salazar przewraca się w grobie –
- Profesorze? – zagadnęła go Hermiona.
- Czego!?
- Pomyślałam, że może… Może pożyczyłby mi profesor jakieś książki, do czytania?
- Książki do czytania? – zmarszczył brwi Snape. – Mało masz roboty w zamku?
- Nie czytałabym sama – zaprzeczyła szybko Hermiona. - Myślałam raczej, że mogłabym czytać je pani Malfoy. Podobno kiedyś bardzo lubiła czytać, ale teraz nie ma na to siły.
Snape zmrużył powieki w taki sam sposób jak przed laty w Hogwarcie, gdy był przekonany że ona, Harry i Ron coś kombinują. W końcu machnął ręką i schylił się po odrzucony wcześniej zwój.
- W porządku. Wybierz sobie coś z biblioteki, ale masz nie zaniedbać przez to innych obowiązków! – powiedział surowym tonem.
- Oczywiście! – odparła Hermiona i pełna nowej energii podeszła do wielkich regałów na których stały setki tytułów. Nagle drzwi do komnaty Snape’a otworzyły się z hukiem waląc klamką w kamienną ścianę, a do pokoju weszła wściekła i jak zawsze wrzeszcząca Bellatrix Lestrange.
- Gdzie on jest?! – zawyła Lestrange mijając Hermionę która praktycznie schowała się za stojącą obok drabiną i podeszła do biurka Snape’a. Mistrz eliksirów leniwie podniósł na nią swój wzrok.
- Nie wiem o kim mówisz – zaczął spokojnie Snape. – Ale zanim mi to wyjaśnisz wyjdź proszę z komnaty i wejdź jeszcze raz. Tak jak przystało na czarownicę czystej krwi.
- Przestań się wydurniać Severus i gadaj gdzie jest Greyback! – wrzasnęła Bellatrix nie robiąc sobie nic z uwagi czarodzieja.
- Tam są drzwi – odpowiedział wskazując ręką wyjście. Lestrange zacisnęła usta ze złości i po chwili wyszła z komnaty waląc drzwiami tak mocno, że Hermiona była pewna że wylecą z futryny. Kilka sekund później rozległo się głośne pukanie, przypominające bardziej walenie młotkiem.
- Proszę! – zawołał Snape. Do komnaty weszła Bellatrix i tak jak poprzednio minąwszy Hermionę stanęła przy biurku Severusa.
- Gdzie jest Fenrir! – powtórzyła pytanie. Snape w końcu spojrzał na nią lecz nie spieszył się z odpowiedzią.
- Skąd mam wiedzieć? – odparł. – Dlaczego w ogóle uznałaś, że ja miałbym pojęcie gdzie przebywa ten stwór –
- Coś jest nie tak – zaczęła Bellatrix ignorując odpowiedź Snape’a. – Od kilku dni nie pokazywał się w zamku i nie meldował. Jestem pewna że ktoś musiał maczać w tym palce! – wrzasnęła. – Jeśli Czarny Pan się o tym dowie to polecą głowy – dodała sycząc. Twarz Snape’a wciąż nie wyrażała żadnych emocji.
- Naprawdę ci się wydaje że Czarnego Pana obchodzi ten wilkołak? – zadrwił i uniósł brew widząc zmieszanie malujące się na twarzy Lestrange. – Jest dla niego wart mniej niż uliczny pies. Mógłbym rzec że nawet mniej niż mugol. Nie, chwileczkę, poprawka. Jestem o tym przekonany - dodał z satysfakcją.
- Jeżeli coś mu się stało i odpowiada za to ktoś z naszego kręgu, to Czarny Pan musi o tym wiedzieć! – warknęła.
- Niby skąd takie przypuszczenia? – zdziwił się Snape. - Ostatnio była pełnia, pewnie Greyback biega gdzieś po lesie i obsikuje drzewa.
Bellatrix walnęła ręką w blat mahoniowego biurka i zacisnęła zęby ze złości. Snape nie był pierwszą osobą która wyraźnie dała jej odczuć że Fenrir nic dla nich nie znaczy. Może i dla niej był cennym sługą. Tak samo szalonym, bezwzględnym i okrutnym jak ona, lecz dla pozostałych był po prostu wilkołakiem. Śmieciem który nie zasługiwał nawet na to by dzierżyć w swoich rękach różdżkę.
- Bello – odezwał się w końcu Snape do Lestrange, która słysząc swoje imię wypowiedziane w ten sposób aż się skrzywiła. – Jeżeli Greyback nie pojawi się w zamku w najbliższych tygodniach zacznę dochodzenie, a ty się uspokój, zważywszy na twój stan… - dodał patrząc na nią wymownie. Bellatrix aż syknęła.
- Zamknij się! Nigdy więcej o tym nie wspominaj! – warknęła.
- Powiedziałaś już Rudolfowi? Czy nadal trzymasz go w niewiedzy? – ciągnął Snape.
- Powiedziałam żebyś się zamknął! – huknęła. – Ty! – wskazała na kuląca się w rogu Hermionę. Podeszła do niej i chwyciła ją za włosy. – Jeżeli komukolwiek o tym wspomnisz, to cię zabiję rozumiesz? Mogłabym to zrobić od razu, ale nie wiedzieć czemu wszyscy chcą trzymać cię przy życiu. Chociaż… Powiedz, czy to boli kiedy patrzysz na Dracona? – zapytała kpiącym tonem.
- Puść ją – rozkazał Snape wstając od biurka. Belltrix rzuciła Hermioną o podłogę i poprawiła swoją czarną suknię.
- Oboje macie milczeć – powiedziała władczo i szybkim krokiem opuściła komnatę. Hermiona wciąż nie mogła uwierzyć w to co usłyszała.
~
Trzymając w rękach mocno zużyty egzemplarz „Moby Dick’a” Hermana Melville’a, stanęła naprzeciwko drzwi do sypialni Narcyzy Malfoy. W jej głowie kłębiło się tysiąc myśli. Próbowała poukładać sobie wszystko to, czym była świadkiem. Myśl że Bellatrix Lestrange miała zostać matką napawała ją lękiem i odrazą i nie miało to nic wspólnego z wiekiem czarownicy. Była starsza od swojego męża, lecz nie dziwiło to Hermiony. Ani to, ani późne zajście w ciążę. Takie rzeczy zdarzały się coraz częściej, ale fakt że to właśnie Bellatrix nosi w sobie nowe życie była dla Gryfonki przerażająca. Lestrange w ciąży, Lestrange podczas porodu, Lestrange trzymająca w ramionach noworodka… To wszystko Hermiona próbowała sobie wyobrazić jednak nie potrafiła. Ta okrutna kobieta nie dbała ani o nic, ani o nikogo. No chyba że o Greyback’a, to nie ulegało wątpliwości. Co do losu wilkołaka kasztanowłosa miała swoje podejrzenia, jednak nie zamierzała się nimi z kimkolwiek dzielić. Jeżeli młody arystokrata pomógł okrutnemu wilkołakowi pożegnać się z tym światem, znaczyło to dla niej tylko tyle że Draco Malfoy jest o wiele lepszy niż myślała. A skoro tak… To spróbuje pomóc jego matce. Głowę zaprzątała jej również druga myśl. Co Bellatrix miała na myśli wypowiadając tamte słowa? Skąd wiedziała że czasami, gdy spoglądała na młodego arystokratę czuła dziwny ból w sercu i zamęt w głowie? Miała wrażenie że jej słowa pokrywają się z tym, co jakiś czas temu wypowiedział Lucjusz. „Akurat tych dwoje, skazanych na siebie w ten właśnie sposób”, pomyślała. Czuła że to wszystko jest ze sobą powiązane i fakt ten jeszcze bardziej działał jej na nerwy. W końcu, zrezygnowana pozwoliła by myśli odeszły i przestały ją dręczyć. Teraz miała inne zadanie, musiała się skupić. Zacisnęła palce na delikatnej okładce i zapukała do drzwi. Cichy głos Narcyzy zaprosił ją do środka więc weszła i nieśmiało zbliżyła się do łóżka kobiety.
- Pani Malfoy – zaczęła lecz blondynka uciszyła ją gestem dłoni.
- Zwracaj się do mnie pani Narcyzo. Tak wolę –
Hermiona przytaknęła na znak zrozumienia.
- Pomyślałam że może chciałaby pani posłuchać jak czytam? – zaczęła niepewnie. – Co prawda osobiście nie dysponuję opowiadaniami ze świata magii, lecz profesor Snape pożyczył mi jedną książkę ze swojej kolekcji. Napisał ją mugol, ale może zechce pani posłuchać? – zapytała i wzięła głębszy wdech. Narcyza przyglądała się Hermionie przez chwilę, aż w końcu odparła.
- Dobrze, ale odprawię cię jeśli mi się nie spodoba –
- Tak pani – zgodziła się Hermiona i wzięła stojące przy biurku krzesło. Postawiła je obok łóżka Narcyzy i gdy już usiadła poprawiwszy suknię otworzyła książkę na stronie tytułowej. – Moby Dick – zaczęła. – Powieść Hermana Melville’a z tysiąc osiemset pięćdziesiąt pierwszego roku – powiedziała i zrobiła krótką pauzę. Po chwili wznowiła opowieść. – „Imię moje: Izmael. Przed kilku laty – mniejsza o ścisłość jak dawno temu – mając niewiele czy też nie mając wcale pieniędzy w sakiewce, a nie widząc nic szczególnego, co by mnie interesowało na lądzie, pomyślałem sobie, że pożegluję nieco po morzach i obejrzę wodną część świata…”
Jak dotąd cichą komnatę wypełnił melodyjny głos dziewczyny i sprawił że Narcyza pierwszy raz od dawna, wsłuchała się w wypowiadane słowa. Wspólnie wypłynęły w bezmiar oceanu.
*
Lód opadł na dno szklanki z cichym brzdękiem. Po chwili szklane naczynie wypełnił bursztynowy płyn, a Blaise Zabini patrząc wprost na zamyślonego Teodora Notta opróżnił je jednym haustem.
- Powinieneś mniej pić – powiedział Nott bawiąc się swoim drinkiem. Odstawił szklankę na stół nawet nie tknąwszy alkoholu.
- Po czym wnosisz? – zapytał Blaise. Nott spojrzał na przyjaciela lecz po chwili znów utkwił oczy we własnych dłoniach. Dobrze wiedział co jest powodem zachowania Zabiniego. Sam czuł się podle na myśl że skrywają przed Draconem tak ważne informacje i tym samym oszukują przyjaciela.
Gdy kilkanaście tygodni wcześniej Lord Voldemort kazał im do siebie przyjść byli przerażeni. Zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji i obiecali sobie że do czegokolwiek by nie doszło, nie zdradzą Malfoya. Jednak Czarny Pan był zbyt potężny. Wdarł się do umysłu Nott’a z dziecinną wręcz łatwością i zobaczył to czego oni byli świadkiem w ten przeklęty dzień, gdy zginął Travers. Draco w towarzystwie szlamy Granger, Draco stojący z nią ramię w ramię, broniący jej przed nimi i ona jego także. Draco który zdradził swojego Pana, na rzecz Kingsley’a i tej dziewczyny… Gdy Voldemort skończył przeszukiwanie myśli Teodora najpierw prawie wrzasnął ze złości, jednak po chwili zaśmiał się okrutnie. Potrzebował już tylko okazji, by znów sprowadzić Dracona do zamku. Gdyby i ona trafiła do Czarnego Dworu byłoby jeszcze lepiej. Zastanawiali się wtedy dlaczego tak bardzo zależy czarnoksiężnikowi na Draconie, co miał takiego w sobie młody arystokrata że Voldemort nie potrafił pogodzić się z jego zdradą. Wtedy z odpowiedzią pospieszył im sam Czarny Pan.
- Widzicie chłopcy… - zaczął siadając na swoim wielkim tronie. – Pamiętacie jednego z moich więźniów, Ephraima Warda? – gdy Blaise i Teodor przytaknęli, kontynuował. – Był jednym z najpotężniejszych magów w historii, posiadał moc o jakiej nie mógł myśleć nawet ten przeklęty Dumbledore! Jednak… Nie chciał mi zdradzić jej tajników.
- Moc? – zdziwił się Nott. Voldemort zmrużył oczy.
- Magia bezróżdżkowa, mówi ci to coś? Moc dzięki której nie potrzebowałbym… Tego – odparł obróciwszy w palcach Czarną Różdżkę. – Właśnie taką mocą, o wiele potężniejszą od zwykłej magii, dysponował Ephraim. Gdyby nie Crabbe i Goyle którzy śledzili Dracona, pewnie nigdy bym się nie dowiedział że Ward znalazł ucznia. Niestety, Draco uciekł a Ephraim już nie żyje, dlatego ten bezczelny zdrajca musi tutaj wrócić! – wrzasnął Voldemort. – Ale to co zobaczyłem w twoim umyśle Zabini jest niepokojące. Jeżeli Dracon przystał do ruchu oporu i jak widać zaczął gustować w szlamach, to jestem przekonany że nawet torturami nie zmuszę go do wyjawienia sekretu magii bezróżdżkowej… - dodał prawie zgrzytając zębami. – Nie mniej jednak powinien być z nami. Skoro ja nie mogę tym władać, to nie pozwolę by ktokolwiek inny mógł posługiwać się tą mocą! – wrzasnął. – Wypalę mu ją z głowy, jeśli będzie trzeba – dodał i pogłaskał Nagini która nagle spłynęła na jego kolana z oparcia szerokiego fotela. Blaise spojrzał na stojącego sztywno Notta i odniósł wrażenie że Voldemort zachowuje się jak dziecko. Jak krnąbrne, uparte i zachłanne dziecko, które nie pozwoli by ktoś inny bawił się jego zabawkami. Oto ich przywódca. Nie filozof, nie wizjoner, nawet nie tyran dla idei, ale zwykły zakompleksiony wariat, który pragnął władzy. Mówił coś o mugolach, niby ich nienawidził, ale chętnie wchodził w sojusze z co potężniejszymi i bogatszymi ludźmi z niemagicznego świata. W oczach Blaise’a był już nikim.
Nagle Voldemort z powrotem przeniósł na nich szkarłatne spojrzenie swoich wężowych oczu.
- Aby nie przyszło wam do głowy powiedzenie czegokolwiek Draconowi, złożycie oboje wieczystą przysięgę – powiedział wstając z tronu. Snape, który cały czas przyglądał się wszystkiemu spod drzwi podszedł do Czarnego Pana i wyciągnął różdżkę. Blaise jako pierwszy podał Voldemortowi swą dłoń i ostatkiem sił powstrzymał wzdrygnięcie obrzydzenia.
Teraz, gdy Draco znów był z nimi, za każdym razem widząc go czuł się podle. Podobne uczucia towarzyszyły mu gdy mijał Hermionę Granger. Przyglądał jej się gdy podawała mu herbatę, rzucał w jej stronę krótkie spojrzenia gdy wraz z innymi służącymi czyściła zamek i nie mógł sobie wybaczyć, że nie zauważył zawczasu zdradzieckich planów Crabbe’a i Goyle’a. Już zrozumiał dlaczego Czarny Pan zgodził się uczynić ich profesorami w Hogwarcie. Skrzywił się na samą tę myśl.
- Blaise… - zaczął Nott odsuwając od siebie wciąż pełną szklankę. – Nie możemy nic powiedzieć Draconowi, ale możemy go wspierać – powiedział i wstał z kanapy. Podszedł do wciąż stojącego w pokoju Zabiniego fortepianu, który należał do Malfoya. – Przenieśmy go do komnaty Draco. Może znów zacznie grać? –zapytał przejeżdżając palcami po gładkiej powierzchni instrumentu. Blaise utkwił wzrok w przyjacielu.
- W porządku – odparł po chwili wstając i wyciągnął z kieszeni różdżkę. – Najlepiej będzie go zmniejszyć i przywrócić do normalnych rozmiarów w komnacie Dracona – dodał i rzucił na fortepian zaklęcie zmniejszające. Miał nadzieję że kiedyś Draco odzyska pamięć i im wybaczy. Naprawdę głęboko chciał w to wierzyć.
*
Biegli do namiotu Kingsley’a na złamanie karku. Jakub, Cho, Ron, Harry, Luna, Neville… Jednak nikt nie mógł wyprzedzić Ginny, która usłyszawszy że Shacklebolt ma wieści o Hermionie zerwała się na równe nogi i pobiegła przed siebie na bosaka, w szpitalnej koszuli. Długie, ogniście rude włosy majaczyły im przed twarzami. W końcu Ginny wpadła do namiotu Kingsley’a i odszukawszy go wzrokiem podeszła do długiego stołu przy którym siedział również Remus Lupin i jej najstarszy brat Bill.
- Co pan wie o Hermionie? - zapytała łapiąc oddech. Bill w międzyczasie wstał, zdjął z siebie kurtkę i okrył nią siostrę.
- Spokojnie, poczekajmy na pozostałych – odparł Kingsley i dopiero gdy cała reszta wbiegła do środka wstał z miejsca i poprawił szatę. Wyczarował siedem krzeseł jednak nikt na nich nie usiadł, wszyscy czekali z niecierpliwością na to co miał do powiedzenia. Darując sobie nakłanianie ich do zajęcia miejsca podszedł do stołu i wziął do ręki leżący pośrodku list. – To przyszło dzisiaj rano – zaczął . – W tym liście ktoś, nie wiemy kto, napisał że Hermiona Granger i Draco Malfoy żyją i znajdują się w Czarnym Dworze, jednak… - nagle w słowo wszedł mu Harry.
- Czarny Dwór, wiedziałem! – wrzasnął. – Na co czekamy? – zapytał patrząc na Lupina i Bill’a którzy wstali z miejsc. – Natychmiast musimy tam ruszać!
- Harry, to nie jest takie proste – zaczął spokojnie Lupin. – Po pierwsze zamek jest chroniony masą zaklęć. Nie wejdziemy tam nawet gdybyśmy chcieli. Przedarcie się przez bariery mogłoby zająć zbyt dużo czasu, zanim weszlibyśmy do środka Sam Wiesz Kto pewnie zdążyłby się ewakuować –
- W takim razie Hermiona! – nie odpuszczał Harry. – Ona zna plan, wie że i tak mieliśmy kogoś tam wysłać. Problem w tym że nie ma możliwości by się z nią skontaktować, ale może… -
- Pozwól Kingsley’owi dokończyć – przerwał mu stanowczo Lupin.
Brunet zmarszczył gniewnie brwi lecz po chwili założył ręce na piersi i wziął głębszy wdech.
- W liście napisano – podjął ponownie Kingsley gdy zapadła cisza.– Że Hermiona jak i Dracon zostali pozbawieni wspomnień. Nie pamiętają niczego, co wydarzyło się w przeciągu ostatniego roku – powiedział i umilkł na chwilę. Twarze przyjaciół nie kryły zaskoczenia.
- Jak to… nie pamiętają… - wydukał Neville. W oczach Ginny błysnęły łzy.
- O jaki plan chodzi? – zapytała w końcu Cho. Jedynie ona i Luna z całej tej grupy nie wiedziały nic o Horkruksach. Ku zaskoczeniu Harry’ego Kingsley wyjawił im tajemnicę nieśmiertelności Voldemorta. Gdy skończył, w namiocie zapadła cisza. Wybraniec opadł na krzesło. Był załamany, a blada nadzieja która zakiełkowała w nim dowiedziawszy się że jego przyjaciółka żyje, zgasła na wieść o jej amnezji. Plan upadł zanim jeszcze zdążył nabrać kształtów.
- W takim razie, co robimy? – zapytała Ginny z wściekłością w oczach. Nie przekreśliła Hermiony. Wierzyła że mimo wszystko jeszcze nic nie jest stracone. – Ona musi odzyskać pamięć. On z resztą też! – upierała się. Ktoś musi tam trafić i odwrócić zaklęcie zapomnienia – dodała hardym tonem.
- O czym ty mówisz? – zdziwił się Bill. – Jestem przekonany, że każdy kto trafi do Czarnego Dworu zostanie poddany kasacji wspomnień. Czarny Pan nie ryzykowałby brania pod swój dach partyzanta, który wie o wszystkich planach jego wroga. Skoro zrobił tak z Hermioną i Draconem, to postąpi tak z każdym.
Nagle Harry wstał z krzesła prawie je przewracając i spojrzał na Lupina.
- Remusie, czy istnieje jakieś zaklęcie blokujące Obliviate? – zapytał. – Gdyby ktoś, kto nie poddałby się zaklęciu trafił do zamku i mógł pomóc odzyskać Hermionie i Draconowi wspomnienia, mógłby też zacząć przygotowania do realizacji planu zniszczenia Horkruksów. Mógłby… na przykład… - zaczął szukając czegoś po kieszeniach. – Mógłby użyć tego! – powiedział i położył na stole dwa galeony.
- Zaczarowane monety Hermiony – powiedział Ron patrząc na Harry’ego.
- W rzeczy samej – przytaknął mu Wybraniec. – Co jakiś czas na jednym z galeonów pojawiałyby się informacje dotyczące naszych planów, a gdy osoba znajdująca się w zamku odpowie, będzie to dla nas znak że Hermiona i Draco odzyskali wspomnienia i możemy ruszyć na Czarny Dwór. Problemem jest teraz to w jaki sposób przechować monetę tak, by nikt jej nie zabrał.
- Cóż… - odezwał się Bill. – Podczas wojny mugole bardzo często przechowywali cenne dla nich rzeczy w miejscach intymnych. Nie jest to ani śmieszne ani głupie. Nie mieli innych opcji, a dzięki ukrytym w ciele kosztownościom niejednokrotnie mogli wykupić własne życie i doczekać końca wojny.
- A nie lepiej połknąć w jakimś woreczku i później zwymiotować? – zapytał z ciekawości Ron. Bill pokręcił głową.
- Woreczek mógłby pęknąć, to po pierwsze. Po drugie połykając ostry bądź sporych rozmiarów przedmiot, było ryzyko że utknie w przełyku lub jelitach i doprowadzi do uduszenia bądź martwicy. Współcześnie mugolscy przemytnicy przechowują w ten sposób narkotyki, jednak dosyć często kończy się to ich zgonem.
- Więc intymne przechowalnie wydają się najbardziej logiczne – odparł Ron.
- Na to wychodzi, wątpię by Śmierciożercy przeprowadzali kontrole osobiste – stwierdził Bill.
- No dobrze! – wtrącił się do rozmowy zniecierpliwiony Harry. – Ale to i tak wszystko na nic, jeżeli Sami Wiecie Kto usunie tej osobie pamięć. Remus, znasz jakieś przeciwzaklęcie? – brunet znów spojrzał na mężczyznę, jednak odpowiedział mu Shacklebolt.
- Istnieje jedno, ale musicie wiedzieć, że jest ono obarczone wielkim kosztem – powiedział zwracając się do wszystkich. – „Obsidio”* to czar blokujący kasację wspomnień. Nie pozwala także na wywieranie wpływu na umysł osoby chronionej, lecz… Lecz zabiera dziesięć lat życia – powiedział milknąc na chwilę. – Nie robi tego od razu, można rzucić na siebie to zaklęcie jednak dopiero z chwilą gdy ktoś inny użyje Obliviate, czar zaczyna działać. –
- Dziesięć lat życia – powtórzyła z niedowierzaniem Cho Chang.
- Dlatego jest jednym z zakazanych zaklęć – odparł Kingsley. - Jako Auror wiem o jego istnieniu i prawdę powiedziawszy wolałbym żeby tak zostało. Jednak biorąc pod uwagę sytuację w której wszyscy się znajdujemy, nie mamy już czasu na bawienie się w półśrodki. Osoba która zdecyduje się pójść musi mieć świadomość podjętego ryzyka. Musi wejść do Czarnego Dworu jako ofiara i jeśli Sami Wiecie Kto pozwoli jej żyć, zapewne usunie jej pamięć. Oczywiście rzucone zawczasu Obsidio ochroni umysł, ale zabierze dziesięć lat życia. Gdy to już się stanie dana osoba nie będzie mogła się zdradzić. Będzie musiała udawać amnezję do czasu, aż zdoła przywrócić pamięć Hermionie i Draconowi i wspólnie zaczną dywersję Czarnego Dworu. Zaznaczam że oprócz odebranych lat, zapewne czekać ją będzie ogromne cierpienie. Śmierciożercy jak i Sami Wiecie kto nie są gościnni. Nie wiemy czego można spodziewać się w murach zamku i jaki los czeka tę osobę. Dodatkowo nie wiemy w jakim stanie jest Hermiona i Draco, jedyne co możemy zakładać to to, że nie pamiętają nic z naszych wcześniejszych ustaleń. Przywrócenie im pamięci też nie będzie proste. Albo dana osoba będzie musiała wejść w posiadanie różdżki, albo wymyślić inny sposób. Jaki? Sam jeszcze nie wiem. Zadanie jak widzicie jest nie lada trudne i wymagać będzie olbrzymiego poświęcenia. Tak więc… Musicie podjąć tę decyzję osobiście – powiedział i usiadł na krześle wbijając wzrok w zebranych.
Nikt nic nie powiedział. W namiocie zapadła cisza która raniła uszy. Jak mieli podjąć taką decyzję? Czym się kierować, kogo tam wysłać? Dziesięć lat życia może i nie wydawał się zbyt dużym kosztem, ale tylko gdy patrzyło się na to z perspektywy wojny, na której mogłeś zginąć każdego dnia. Ale co jeśli wojna się skończy a życie wróci na normalne tory? Pokochają, założą rodziny, zaczną żyć a wtedy… Przyjdzie czas pożegnania, o dziesięć lat za wcześnie. Wtedy każdy dzień byłby darem i przekleństwem, wiedząc że gdyby nie to zaklęcie, wciąż by się żyło. Była to jedna z najtrudniejszych decyzji jakie kiedykolwiek przyszło im podjąć. Dobrowolne oddanie dziesięciu lat życia nikomu nie przychodziło z łatwością. Byli świadomi niebezpieczeństwa jakie na nich czyhało w murach mrocznego zamku. Upokorzeń których zapewne doświadczą, bólu który ich nie ominie. Ciała w proteście przyspieszyły rytm serc, jakby chciały powiedzieć że nie są gotowe na taki krok.
A przecież tam czekają przyjaciele, każdego dnia walcząc o kolejny dzień. A przecież na zewnątrz panuje ból i strach i rządzi śmierć odbierając kolejne oddechy niewinnym ofiarom. Jeżeli czegoś nie zrobią to nigdy się nie skończy… Nagle w ciszy odezwał się delikatny głosik. Tak miły i drżący, jak odgłos czystego dzwoneczka z porcelany.
- Ja to zrobię – powiedziała blondynka prostując się i biorąc głębszy wdech. Wszyscy spojrzeli na nią z przestrachem.
- Luna… - wyszeptała Ginny.
- Ja to zrobię, panie Shacklebolt – powtórzyła Luna pewniejszym głosem. – Ja… -
- Nie możesz! – warknęła Ginny podchodząc do przyjaciółki i chwytając ją za dłonie. – Nie możesz, rozumiesz?
- Ginny… - szepnęła Luna. – Oni tam mają mnie za nic. Od lat nie uczestniczyłam w żadnych akcjach, z resztą… i tak pewnie myślą o mnie jak o wariatce. Dziwnej córce szalonego Lovegooda, którego i tak już zdążyli wykończyć – powiedziała a w jej oczach stanęły łzy. – Nie będą mnie podejrzewać, jestem tego pewna… Zrobię to, tylko… Tylko proszę zaopiekuj się moimi sierotami. Dzieci mogą tego nie zrozumieć… - powiedziała aż nagle zadrżał jej głos.
- Luna! – krzyknęła Ginny i chwyciła ją w ramiona. Łzy spływały po policzkach nie tylko obu dziewczyn.
Stojąc pośrodku namiotu, nie ośmielając się choćby odezwać zebrani poczuli jak wszystko zaczyna się zmieniać. Lata stagnacji i tak licznych strat miały powoli dobiec końca. Okupione poświęceniem młodej dziewczyny zwycięstwo, zaczęło jawić się w jasnych i rzeczywistych barwach. Magiczny ptak będący symbolem oporu, dotychczas wątły i pozbawiony piór miał wkrótce stanąć w ogniu, by narodzić się na nowo i tak jak kiedyś unieść się ku przestworzom, wlewając w serca nową nadzieję.
Feniks zaczął się odradzać.
*Zaklęcie wymyślone przeze mnie. Z łaciny "blokada".
_________________________________________
SŁOWO OD AUTORKI:
Bardzo Wam dziękuję za każdy komentarz i głos. To dla mnie niesamowite wsparcie! Mam nadzieję że rozdział Wam się podobał :) Przypominam że założyłam stronę na Fb poświęconą "Dramione", więc wszystkich zapraszam do jej polubienia i udzielania się bez krępacji :) Buziaki!
https://www.facebook.com/Dramione-Polska-731375073891669/?modal=admin_todo_tour
Komentarze
Prześlij komentarz