Rozdział 13 - Pojednania.


Gruba warstwa puszystego śniegu zaległa między namiotami Złotego Feniksa. Obóz, dotychczas pełen energii i niecichnących głosów zmienił się w milczącą, zimową pustynię. Odśnieżone ścieżki w szybkim tempie zasypywał świeży śnieg. Do rana z pewnością nie zostanie po nich nawet ślad. Wewnątrz jednego z namiotów, na dużym wygodnym łóżku leżała para, inna niż wszystkie. Jasnowłosy chłopak przytulał do siebie brązowowłosą dziewczynę, która na głos czytała jedną ze swoich ulubionych książek.
- Tęsknił za tym, żeby go kochano takim, jaki był, dobry czy zły, ładny czy brzydki, mądry czy głupi, ze wszystkimi jego wadami, a może nawet właśnie z ich powodu.* – powiedziała głośno dziewczyna i zamknęła książkę wkładając wcześniej zakładkę pomiędzy jej stronice. – Na dzisiaj wystarczy. – odparła i odłożyła lekturę na pobliski stolik nocny. Wróciwszy w objęcia młodego mężczyzny położyła mu się na kolanach i dotknęła jasnych kosmyków, które już praktycznie sięgały ramion.  – Twoje włosy są coraz dłuższe. – zauważyła.
- Chyba powinienem je ściąć. – odparł chłopak i obrócił w palcach jedno pasmo.
- Nie, tak ci ładnie. – powiedziała szatynka i uśmiechnęła się łagodnie.
- W tej fryzurze coraz bardziej przypominam ojca. – skrzywił się blondyn.
- W tej fryzurze wyglądasz lepiej od ojca. – odparła z przekonaniem kasztanowłosa i gdy szarobłękitne oczy chłopaka wpatrywały się w jej zarumienioną od ciepła twarz, przysunęła się do niego i pocałowała go czule.
- Wiesz jak mnie przekonać. – powiedział Draco unosząc brwi. Hermiona zaśmiała się cicho.
- Moje argumenty są nie do podważenia. – dodała i po chwili przeciągnęła się na kolanach Ślizgona niczym zadowolony kot. Po obu stronach łóżka stały dwie magiczne, gazowe lampy, które oprócz światła, dawały ciepło niczym duży kominek w Hogwarcie. W pomarańczowym blasku niczym gwiazda, błysnął pierścień na palcu Hermiony. Gryfonka znów zawiesiła na nim swój wzrok i dotknęła brylantu opuszkami palców drugiej ręki. „Narzeczona”, pomyślała i uśmiechnęła się do wspomnień z września.

~

Gdy nazajutrz, po wieczorze w którym zgodziła się wyjść za Dracona wraz z arystokratą weszła do namiotu Harry’ego i Ginny zastała ją obiecana przez przyjaciółkę impreza urodzinowa. Gdy tylko przekroczyła próg, Harry, Ron, Ginny, Luna, Neville, Hanna, Jakub i Cho wrzasnęli wspólnie „Sto Lat Hermiono!”. Nieco zmieszana, ale pełna radości przyjęła życzenia i prezent od wszystkich, którym był delikatny, niewielki wisiorek w kształcie serca, zrobiony z białego złota. Łzy prawdziwego wzruszenia zaszkliły jej oczy, jednak zanim zdążyła rozkleić się na dobre czujne oko Weasleyówny dostrzegło pierścionek na jej palcu.
- Hermiono, widzę że Malfoy dał ci już prezent. – powiedziała ruda uśmiechając się szeroko.
Kasztanowłosa spojrzała na stojącego obok Ślizgona który nieco zesztywniał słysząc tę uwagę, jednak skinął głową na znak zgody. Niech się dzieje co chce. Jeśli ma dostać po pysku, to lepiej teraz, od razu od wszystkich, a nie na raty przez kolejny tydzień. Brązowowłosa Gryfonka spąsowiała i lekko się jąkając wydukała.
- Z-zaręczyliśmy się. – powiedziała uciekając wzrokiem. W namiocie zapadła kompletna cisza. Gdzieś z zewnątrz doszedł ich głos Molly Weasley, która ochrzaniała swojego męża iż jeśli jeszcze raz nie wytrze butów przed wejściem do namiotu, to wsadzi mu je w wiadome dla niego miejsce.
Nagle głośny, serdeczny śmiech Ginny rozdarł krępującą ciszę. Rudowłosa rzuciła się w ramiona Hermiony dzięki czemu atmosfera się rozluźniła. Luna wraz z Cho Chang głośno wychwalały pierścień podarowany przez Malfoya, a Jakub mierzwił dziewczynie kasztanowe włosy uśmiechając się czule, jednak gdzieś głęboko w nich Hermiona dostrzegła przebłysk smutku. Harry mocno i długo ściskał przyjaciółkę po czym podał Draconowi dłoń i niczym ojciec z poważną miną powiedział
- Opiekuj się nią. –
Draco odwzajemnił uścisk i skinął głową na znak zrozumienia. Nie musieli mówić nic więcej. Ron z niedowierzaniem wymalowanym na piegowatej twarzy bąknął krótkie „gratuluję”, po czym wyszedł przed namiot.
- Porozmawiam z nim. – powiedziała Hermiona uspokajając prychającą ze złości Ginny.
Czuła że tak może się stać. Nie oszukiwała się hasłami  typu „wszystko będzie dobrze”. Ron miał swoją dumę, a że przez lata była ona nadszarpywana przez Dracona, nic dziwnego że nie skakał z radości. Malfoy się zmienił, ale krzywdy jakie wyrządził przed laty zaowocowały niechęcią i uprzedzeniem ze strony rudowłosego Gryfona. Wiedziała że musi być mu ciężko. W końcu kiedyś byli razem. Spędzali ze sobą każdą chwilę, dzielili się nie tylko radością ale i smutkiem. Przez lata nadstawiali dla siebie karku i nawet teraz, gdyby było trzeba, skoczyliby dla siebie w ogień. Romantyczne uczucie się wypaliło, ale przyjaźń została. Wojna okradła ich z miłości fizycznej, zrozumienia i czasu, więc pozwoliła by Lavender Brown, zawsze cicho podkochująca się w Weasley’u, stała się dla niego tym, kim ona już nie mogła. Mimo iż nie przepadała za blondynką i nigdy nie umiałaby znaleźć z dziewczyną wspólnego języka, była jej niewymownie wdzięczna. Dzięki niej Ron nie był samotny, miał kogoś kto o niego dbał, koił w ramionach gdy przychodziły informacje o kolejnych zabitych i zaginionych. „Dziękuję Lavender”, szepnęła w duchu.
 Znalazła go siedzącego na jednej z ławek, obok namiotu w którym znajdowała się kuchnia. Gdy ją dostrzegł westchnął pod nosem i rzucił przed siebie trzymany w dłoni kamień. 
- Wybacz, nie chciałem psuć ci przyjęcia. – odparł.
- Nic nie szkodzi.  – powiedziała Hermiona i usiadła obok Rona. Zapadło milczenie jednak nie było w tym nic krępującego. W przeciwieństwie do wielu osób, między nimi brak jakichkolwiek słów nie oznaczał braku porozumienia. Czasami kasztanowłosa czuła się tak, jakby cisza mogła powiedzieć więcej niż potok bezmyślnie rzucanych wyrazów.
- Nie będę pytał, dlaczego on, bo to i tak nie miałoby sensu, prawda? – zaczął Weasley.
- Nie do końca. – odparła Hermiona.
- To znaczy? –
- Cóż. – zastanowiła się przez chwilę dziewczyna. – Owszem, nie wiem dokładnie dlaczego go pokochałam, ale z czasem zauważyłam w nim cechy które sprawiły, że zakradł się do mojego serca. On chyba ma podobnie. – zauważyła. Ron zmarszczył brwi nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi. – Przeżywasz to bardziej niż powinieneś bo to Malfoy, prawda?  - zapytała nachylając się w jego stronę. Weasley w końcu podniósł na nią swój wzrok.
- A dziwisz mi się? – zapytał.
- Nie. – odparła Hermiona jednak po chwili dodała. – Nie oczekuję że go polubisz, ale czy ze względu na mnie, mógłbyś chociaż zacząć go tolerować trochę bardziej? – zapytała nieśmiało. Rudzielec zacisnął usta jakby postanowił już nigdy więcej się do niej nie odezwać, jednak po dłuższej chwili westchnął głośno, niemal ryknął i powiedział.
- Achhhhh! W porządku. – jęknął i podrapał się po rozczochranej czuprynie. – Lavender pewnie byłaby wściekła widząc co teraz wyprawiam, ciągle się boi że nie kocham jej tak samo mocno jak ona mnie. – zwierzył się kwaśno.
- A nie kochasz? – zapytała Gryfonka. Ron nagle zrobił się bardziej czerwony niż zazwyczaj.
- No… kocham.. jasne że ją kocham… bardzo… - powiedział dukając. Nagle wstał i wyciągnął w stronę Hermiony dłoń.  – Ale ciebie też kocham! Zawsze będziesz moją przyjaciółką, Hermiono.. – dodał ciszej. – Zawsze będę pragnął twojego szczęścia. – wyszeptał. Brązowowłosa chwyciła jego rękę i już po chwili pociągała nosem w objęciach rudzielca. Jego słowa tak wiele dla niej znaczyły! Przez tak długi czas martwiła się że straci jego przyjaźń, a było to ostatnim czego chciała. Nie mogłaby czerpać prawdziwej radości, gdyby Ron się od niej odwrócił. – Hermiono, nie żeby mi to przeszkadzało.. – zaczął niepewnie rudzielec. - Ale tę bluzę dała mi Lavender, jeżeli się poplami tuszem to.. –
Gryfonka odskoczyła od Rona jak oparzona, po czym buchnęła gromkim śmiechem. Po chwili wspólnie wrócili do namiotu, gdzie po podzieleniu tortu i wypiciu kilku kolejek Ognistej Whisky (podarunek Kingsley’a Shacklebolt’a przekazany przez Harry’ego), zaczęły się tańce, gry i śmiechy. Ku radości Hermiony Draco nie był osamotniony i nawet wdał się w dyskusję z Neville’m, o przyszłości mugolskiej botaniki w świecie czarodziejów. Zafascynowany mugolską medycyną Ślizgon chciał poznać każdy jej aspekt, nawet jeśli chodziło o medycynę naturalną.
- Naprawdę ci gratuluję. – powiedział Jakub siadając obok dziewczyny. Hermiona uśmiechnęła się do niego i zauważyła odprowadzający Jakuba wzrok Chang.
- Dziękuję. – odparła. – Czy mi się wydaje, czy ty i Cho macie się ku sobie? – powiedziała nagle przyciszonym tonem. Wiedziała że może zadać chłopakowi to pytanie tak otwarcie. Jakub już dawno stał się dla niej prawdziwym przyjacielem i chciała by tak już zostało. Brunet zrobił wielkie oczy po czym odkaszlnął porządnie.
- Nie wiem o czym mówisz. –
- Czyżby? – zdziwiła się Hermiona.
- Cho jest piękna, to fakt. – przyznał Jakub. – Oprócz tego jest świetna w walce wręcz i umie posługiwać się bronią. Cóż, nic dziwnego skoro trenujemy razem dzień w dzień. – dodał po czym spojrzał przelotnie na Krukonkę. – Ale nie sądzę by widziała we mnie kogoś więcej, niż partnera do ćwiczeń. – dodał lekko przygaszony obracając drink w dłoniach.
- Zainwestuj w okulary Jakub. – powiedziała kasztanowłosa i poklepała go po plecach. – Zaczyna psuć ci się wzrok. – zażartowała i spojrzała na niego wymownie. Chłopak od razu zrozumiał jej aluzje i znów spojrzał w kierunku czarnowłosej dziewczyny. Krukonka uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.  – Idź do niej. – szepnęła Hermiona i dała mu kuksańca w bok. Brunet przez chwilę się wahał jednak w końcu wstał i zajął rozmową wyraźnie zadowoloną Cho. Nagle obok Hermiony  z cichym sapnięciem usiadł Draco.
- Nie najgorsza ta impreza. – powiedział i spojrzał w twarz kasztanowłosej.
- Nie najgorsza. – przyznała mu Hermiona i także spojrzała na siedzącego obok Ślizgona. Uśmiechnęła się radośnie widząc jego szarobłękitne tęczówki tak blisko swojej twarzy. Mogłaby tak zostać już na zawsze. Obok ukochanego, otoczona przyjaciółmi którzy pełni szczęścia i beztroskiej zabawy świętowali dzień jej urodzin. Spojrzała na usta Dracona które znalazły się jeszcze bliżej, lecz zanim zdążyła choćby poczuć ich ciepło, Ginny chwyciła ją za rękę i kazała zatańczyć ze sobą co najmniej kilka skocznych kawałków.
Do namiotu wrócili nad ranem. Podpici, wykończeni i szczęśliwi.

~

Minęła jesień i nadeszła zima. Mimo iż pogoda nie sprzyjała przechadzkom, Harry dzielnie stawiał się praktycznie każdego wieczora w namiocie Hermiony i Dracona, by ćwiczyć oklumencję pod surowym okiem Ślizgona. Ginny i Ron zrezygnowali już w listopadzie, gdy lodowaty deszcz dostawał im się do butów i nieprzyjemnie moczył skarpetki. Nie przekonała ich nawet Hermiona oraz jej suche, ciepłe kapcie, tak więc teraz ćwiczyli we troje, Draco, Harry i brązowowłosa. Arystokrata  nie dawał swojej narzeczonej żadnej taryfy ulgowej, nie wspominając już o Harry’m. Niczym wściekły wąż atakował umysł Wybrańca i wynajdywał nowe luki, przez które wślizgiwał się do głowy bruneta i kradł mu kolejne wspomnienia. Najgorszą lekcją była jednak chwila, w której Draco wszczepił Harry’emu fałszywą wizję.  Po kilkusekundowym znieruchomieniu Harry wrócił do siebie, po czym w panice chciał wybiec z namiotu wrzeszcząc, że Greyback napadł na jego namiot i właśnie w tej chwili morduje bezbronną Ginny. Jedynie silne i niespodziewane uderzenie Hermiony sprowadziło bruneta na ziemię.
- Wybacz Harry. – powiedziała Hermiona w przestrachu. – Ale mówisz totalne bzdury. To co przed chwilą zobaczyłeś było fałszywą wizją, prawda Draco? – zapytała zwróciwszy się do stojącego ze stoickim spokojem Ślizgona. Malfoy przytaknął.
- Potter skup się. – zaczął blondyn. – Przypomnij sobie tę wizję i powiedz co czułeś podczas jej trwania. –
Harry gniewnie zmarszczył brwi i zaczął rozmasowywać obolały policzek.
- Jak to co czułem?! – wrzasnął. Emocje wciąż go nie opuszczały. – Przerażenie, strach i wściekłość! – ryknął.
- Nie o to mi chodzi. – odparł arystokrata. – Może coś cię bolało? – zapytał spokojnie. – I nie chodzi mi teraz o twoją zbolałą duszę. – dodał cierpko.
Harry wziął głęboki wdech i spróbował się uspokoić. Usiadł na wyczarowanym przez Hermionę krześle i dopiero po kilku minutach odpowiedział na zadane wcześniej pytanie.
- Mam wrażenie że bolała mnie głowa. – powiedział zacisnąwszy palce na prawej skroni. – Tak, teraz jestem tego pewny. – dodał po chwili. – Ból był silny ale skupiłem się bardziej na tym co się działo z Ginny, niż ze mną. – westchnął i wzdrygnął się na samo wspomnienie okropnej wizji.
- Właśnie. – powiedział Draco stając przed Wybrańcem. – Twój mózg zaczął się bronić przed moim atakiem. Jak już to kiedyś wyjaśniłem, czarodziej który w pełni potrafi posługiwać się oklumencją każdy atak odbierze jako silny, ostry dyskomfort. Twój mózg co prawda mnie przepuścił, co pozwoliło zaszczepić mi w nim fałszywy obraz, jednak po chwili zaczął się bronić, powodując dotkliwy ból. Brawo Potter, robisz postępy. – powiedział Draco sucho i odszedł w kierunku stojącego dalej stołu, by napić się gorącej herbaty. Hermiona spojrzała na niego oczami mówiącymi „mógłbyś być bardziej wyrozumiały!”, jednak blondyn jedynie wzruszył ramionami.
- Jeszcze trochę i w końcu to opanujesz Harry. – powiedziała Hermiona i położyła przyjacielowi dłoń na ramieniu. Brunet uśmiechnął się do dziewczyny tak jakby nie do końca sam w to wierzył, po czym życzył obojgu dobrej nocy i wyszedł w śnieżną zamieć.
Kasztanowłosa odprowadziła go wzrokiem i gdy zniknął za połami materiału podeszła do wciąż stojącego przy stole Malfoya.
- Musisz być taki ostry? –zapytała marszcząc brwi. – On naprawdę się stara. –
Blondyn nawet na nią nie spojrzał, jakby bał się karcącego wzroku.
- Muszę. – odparł Draco i jednym machnięciem różdżki pozbył się brudnych kubków oraz imbryka. – Inaczej da sobie spokój, tak jak to było ze Snape’m, a możesz być pewna że Czarny Pan nie odpuści mu z pewnością. – powiedział po czym spojrzał na dziewczynę. Jej rysy złagodniały. Na twarzy zamiast zdenerwowania malował się teraz strach i zmartwienie. Objął ją w pasie, przysunął do siebie jeszcze bliżej i chwycił pod brodę by spojrzała mu w oczy.
- Hermiono, robię to dla jego i waszego dobra. – powiedział i omiótł wzrokiem jej twarz.
– I dla swojego także. – dodała Gryfonka.
- Nie da się ukryć. – przyznał arystokrata. Hermiona westchnęła.
- Wiem jak dużo dla nas robisz. Po prostu nie lubię patrzeć jak się męczy. – powiedziała z bólem.
- Lepiej niech teraz się pomęczy z wizjami, niż żeby któregoś dnia miały stać się prawdą. – zauważył Ślizgon.
- Nawet tak nie mów! – ofuknęła go Hermiona, jednak po chwili pogłaskała Dracona po jak zawsze, bladym policzku. – Wiesz.. – zaczęła nieśmiało. – Tak sobie pomyślałam, że gdy teraz jesteśmy sami.. to.. –
 - To co? – zapytał Draco unosząc jedną brew. Jego dłonie zaczęły wodzić po plecach kasztanowłosej i delikatnie podciągnęły sweter dziewczyny. Usta chłopaka dotknęły jej policzka, by po chwili zejść coraz niżej, od żuchwy do szyi i obojczyków.
- Tak sobie pomyślałam…. czy mógłbyś mnie nauczyć posługiwania się magią bezróżdżkową? – zapytała nagle Hermiona próbując nie skupiać całej uwagi na pocałunkach Dracona. Blondyn nagle zamarł po czym wyprostował się i wciąż trzymając Hermionę w objęciach spojrzał w jej brązowe oczy.
- Chcesz nauczyć się magii bezróżdżkowej? – zapytał upewniając się czy aby na pewno dobrze ją usłyszał.
- T-tak. O ile nie masz nic przeciwko. – odparła Hermiona.
Draco zamyślił się na chwilę. Wiedział ze wiedza którą przekazał mu Ephraim była czymś więcej niż magią. Była mocą dzięki której czarodziej wchodził na wyższy poziom, co powodowało że stawał się nie tylko bardziej potężny, ale i odpowiedzialny za moc, którą posiadł. Gdyby o naukę tej sztuki poprosił go Blaise czy Nott, odmówiłby z pewnością. Był przekonany, że nawet gdyby sam Czarny Pan chciał wymusić na nim zdradzenie tajemnicy magii bezróżdżkowej, prędzej dałby się żywcem pokroić niż cokolwiek by mu powiedział. Ale z nią było inaczej. Znał ją, wiedział że jest o stokroć lepszą osobą od niego. Wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Ephraim właśnie jemu przekazał tę wiedzę. Uważał, że los powinien był skrzyżować drogi starego czarodzieja z Hermioną Granger. Lecz tak się nie stało.
Myślał o tym od dawna. Co będzie gdy zginie? Co się stanie z tą wiedzą jeśli nie przeżyje a on nie znajdzie nikogo, kogo miałby nie tylko chęć ale i obowiązek nauczać. Byłoby tragiczne, gdyby razem z nim miałaby przepaść i ta wiedza.
Spojrzał na Hermionę poważnym wzrokiem.
- Nauczę cię. – powiedział nagle, a oczy Gryfonki zalśniły pełne radości i niedowierzania. – Nauczę, ale zaczniemy od jutra. Dzisiaj mam siłę już tylko na jedną rzecz. – dodał, po czym mocno pocałował Hermionę i gdy w końcu się odsunął zdjął z niej ciepły, kremowy sweter.


*

Niewielka szklanka stojąca pośrodku stołu, nie drgnęła ani o milimetr. Siedząca naprzeciwko niej Hermiona Granger z cichym westchnięciem utkwiła wzrok w szklanym naczyniu i z wyraźną rezygnacją w oczach położyła się na stole, dotykając szklankę opuszkami palców. Pierwsze zetknięcie się z magią bezróżdżkową nie było łatwe. Przypominało lekcje oklumencji. Musiała oczyścić umysł, poczuć przestrzeń która ją otaczała, dostrzec „poświatę” wszystkich rzeczy które znajdowały się w jej pobliżu. Było to niezwykle trudne. Gryfonka nie przepadała za nauką, której nie mogła znaleźć w książkach. Gdyby chociaż mogła przeczytać kilka rozdziałów, które pomogłyby jej zrozumieć złożoność  zachodzących wówczas procesów! Lecz nic takiego nie istniało. Jedynie przeczucia, słowa i własna silna wola. Tej z początku Hermionie nie brakowało, lecz gdy minął grudzień, potem styczeń a ona ledwo zdołała poruszyć małą szklaneczką, poczuła że traci animusz.
- Draco.. – jęknęła wciąż popychając szklankę palcami, aż ta znalazła się na krawędzi stołu. – Czy naprawdę nie istnieją żadne książki o magii bezróżdżkowej? –
Ślizgon spojrzał na nią znad czytanej gazety i uśmiechnął się pod nosem. Widok nieradzącej sobie z czymś Hermiony był rzadki, w większości przypadków to ona wiodła we wszystkim prym aż tu nagle napotkała mur, przez który ciężko było jej się przebić. Rozżalenie kasztanowłosej trochę bawiło Malfoya, ale tylko trochę. Westchnął i odłożywszy gazetę wstał, po czym podszedł do dziewczyny i podciągnął ją do góry niczym szmacianą lalkę.
- Stań prosto. – rozkazał ściskając ją za ramiona. – Nie dąsaj się jak obrażona dziewczynka. –
- Nie dąsam się. – odparła Hermiona z wyraźnie naburmuszoną miną.
Ślizgon stłumił śmiech i wciąż stojąc za Hermioną chwycił ją za prawą rękę.
- Zamknij oczy. – powiedział i gdy Hermiona wykonała polecenie sam zrobił to samo. – Wszystko co nas otacza, oraz i my sami, wytwarzamy energię. Znajduje się w nas jak i między nami. – zaczął i wyciągnął ich ręce przed siebie. – Próżnia tak naprawdę nie istnieje. Przynajmniej nie w tym świecie. – zaznaczył. – Kiedy jestem blisko ciebie, ale nie dotykam cię ciałem, mimo to wciąż czuję tę elektryczność która jest między nami. Wiesz o czym mówię, prawda? – zapytał. Hermiona kiwnęła głową na znak zgody. – Podobnie jest z magią bezróżdżkową. Poczuj energię która otacza nawet tę stojącą na stole szklankę. Ona sama jest martwa, ale wokół niej tętni życie. –
Hermiona nagle poczuła przyjemne mrowienie po wewnętrznej stronie dłoni. Mając wciąż zamknięte oczy wyobraziła sobie stół i znajdującą się na nim szklankę. Pomyślała o energii, jasnych, złocistych promykach które oplatały ją, Dracona, stół i przestrzeń między nimi. Źródło samego życia.  Poczuła że powietrze wokół nich robi się gęstsze, bardziej złożone. Gdy już w pełni oczyściła umysł pomyślała tylko dwa słowa, „Accio szklanka”. Nagle zacisnęła palce na chłodnym i twardym naczyniu. Na powrót otworzyła powieki i z niedowierzaniem wpatrywała się w szklankę, która już nie stała na stole, lecz znajdywała się w jej własnej dłoni.
- Udało mi się… - wyszeptała. – Naprawdę mi się udało. – dodała po czym obróciła się w miejscu i praktycznie skoczyła ze szczęścia. – Udało mi się Draco! –
Malfoy uśmiechnął się lekko i założył ręce na piersi. Widok szczęśliwej Gryfonki która skakała ze szklanką w dłoni napawał go irracjonalną wręcz radością. Właśnie za to kochał ją najbardziej. Za ciepło które od czasu do czasu wybuchało niczym supernowa i ogarniało go swoim blaskiem. Kolejny wieczór stał się dla niego oazą. Oazą dla wędrowca , który cały był pokryty bliznami wojny, nienawiści i zaszczepianej od dzieciństwa złości.  Zawsze coś gmatwał na swojej drodze, nigdy nie umiał wrócić do domu i odnaleźć w nim wolności. Malfoy Manor, Czarny Dwór.. to nigdy nie był dla niego dom. Raczej więzienie w którym musiał przebywać. Czy nigdy nie miał miejsca, które mógłby nazwać domem?  Miejsca w którym mógłby być sobą. Ale tym razem odpowiedź przyszła szybciej niż mógłby się spodziewać. Zrozumiał w końcu, że to dom odnalazł swego mieszkańca.
„Ona jest moim domem” pomyślał wpatrując się w jej szczęśliwą i roześmianą twarz.

~

Kolejne tygodnie mijały im na ciężkiej, lecz owocnej pracy. Harry potrafił już blokować ataki Malfoya a nawet raz czy dwa udało mu się zaatakować Ślizgona, jednak oczywiście nie było mowy o tym, by zdołał wedrzeć się do umysłu arystokraty. Hermiona dumna z przyjaciela także nie próżnowała i w coraz lepszym stopniu posługiwała się magią bezróżdżkową.
- Mimo wszystko lubię mieć swoją różdżkę blisko siebie. – powiedziała głaszcząc pieszczotliwie magiczny atrybut. Różdżka Hermiony, wykonana z winorośli i zawierająca włókno ze smoczego serca towarzyszyła jej od lat w wielu przygodach. Była częścią jej samej i nawet gdyby pewnego dnia Gryfonka opanowała w pełni magię bezróżdżkową była pewna, że nie odłożyłaby różdżki do szuflady.
Zbliżał się marzec i tak bardzo wyczekiwany przez rodzinę Weasley termin porodu Fleur. Piękna blondynka o dziwo zrobiła się bardziej spokojna niż na samym początku ciąży i gdy tylko przychodziła do szpitala na kontrole, uśmiechała się zadowolona.
- Naprawdę nie chcecie znać płci? – zapytała po raz kolejny Hermiona.
- Chcemy mieć niespodziankę. – odparł Bill. – Moja matka obstawia chłopca, w końcu w naszej rodzinie dziewczynki to prawdziwa rzadkość. –
- A ja uważam że to będzie dziewczynka. – powiedziała Fleur głaszcząc duży brzuch. – Oczywiście nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. – dodała kończąc myśl.
- To prawda. – zgodziła się Hermiona. – Płeć nie jest istotna. – dodała i pomogła zejść pacjentce z kozetki.
Fleur mogła zacząć rodzić w każdej chwili, jednak nikt nie spodziewał się że nastąpi to o tydzień wcześniej przed wyznaczoną datą. W szpitalu oprócz dyżurującego Dracona nie było nikogo. Wczesnowiosenny deszcz bił strumieniami o poły namiotu sprawiając że powieki Ślizgona stawały się coraz cięższe. Kilkukrotnie pozwolił sobie na krótką drzemkę. Nagle zerwał się ze stołka gdy do szpitala wszedł Bill Weasley z nietęgą miną i szybko oddychającą Fleur w ramionach. Jej mina nie zwiastowała niczego dobrego.
- Powiedziała że od dwóch godzin ma lekkie skurcze, ale dopiero teraz zaczęło ją porządnie boleć. – powiedział Bill i pomógł żonie położyć się na łóżku przykrytym białym prześcieradłem. Draco poczuł jak przyśpiesza mu puls. Wyciągnął różdżkę i dokonał pierwszej diagnozy.
- Ona rodzi. – powiedział sucho.
- Brawo, panie doktorze. – zakpił Bill odgarniając z twarzy mokre włosy.  – Dasz jej coś przeciwbólowego? – zapytał gdy Fleur zacisnęła ręce na poręczach łóżka. Nie trzeba było być geniuszem by widzieć, że cierpi.
- Muszę to skonsultować z Hermioną. – powiedział Draco i wyczarował swojego patronusa. – Przyjdź do szpitala, natychmiast. – rzucił w stronę duchowego posłańca który ledwo zmieścił się w namiocie.
- C-co to było? – zapytał Bill z szeroko otwartymi oczami gdy Draco w końcu wysłał wiadomość.
- Mój patronus. – odparł spokojnie Malfoy.
- Czadowy. – przyznał z uznaniem najstarszy syn państwa Wesley, lecz po chwili cała jego uwaga skupiła się na Fleur, gdy ta po raz pierwszy krzyknęła z bólu na całe gardło.

~

Deszcz bił o dach namiotu mącąc jej spokojny sen. Mimo wszystko udało jej się zasnąć i może nawet wyspałaby się porządnie, gdyby nie dziwne uczucie, że ktoś ją obserwuje. Powoli otworzyła powieki i czując na skórze dziwne mrowienie odwróciła się by spojrzeć w kierunku przejścia. Już dawno tak nie krzyczała, zadarła się na całe gardło i rzuciła w kierunku różdżki, leżącej na jej nocnym stoliku.
- Przyjdź do szpitala, natychmiast. – usłyszała nagle.
- M-Malfoy? – powiedziała wciąż kurczowo ściskając kołdrę. W przejściu oczywiście nie było Dracona, lecz wielki, duchowy smok, który zdołał wsadzić do środka jedynie łeb i część skrzydeł. Cała reszta patronusa znajdowała się na zewnątrz.
- Przyjdź do szpitala, natychmiast. – powtórzył smok uparcie. Hermiona czując że wydarzyło się coś ważnego wstała, ubrała stare dżinsy i czarny podkoszulek z długim rękawem i pokonując wewnętrzny opór stanęła obok smoka. „To tylko patronus”, tłumaczyła sobie w duchu. Biegnąc tuż obok duchowego posłańca czuła się dziwnie, wiedziała że smok jest tylko czarem, jednak miała wrażenie że bestia zerka na nią co chwilę, by się upewnić że dziewczyna wciąż znajduje się blisko niego. Gdy dobiegła do szpitala smok rozpłynął się w powietrzu. Nie wiedziała czemu, ale zrobiło jej się trochę żal.
Krzyk Fleur zaatakował jej uszy od wejścia. Blondynka, ubrana już w szpitalną koszulę krążyła po namiocie zgięta wpół i warczała na każdego kto chciał ją dotknąć. Gdy zauważyła zbliżającą się w jej kierunku Hermionę wzięła głęboki wdech.
- W końcu. – powiedziała z wyrzutem. 
- Już jestem Fleur, pozwól że cię zbadam. – odparła Hermiona i pomogła blondynce położyć się na kozetce. Zabieg trwał kilkanaście sekund. – siedem centymetrów rozwarcia, dziecko jest ułożone prawidłowo. – powiedziała Hermiona ściągając gumowe rękawiczki.
- Może dasz jej coś przeciwbólowego? – zaproponował Bill. W jego oczach Hermiona dostrzegła ból. Widok cierpiącej żony, mimo iż naturalny, wywoływał w nim silne emocje.
- Przykro mi. – pokręciła głową kasztanowłosa. – Nie dysponujemy lekami przeciwbólowymi dla ciężarnych, a nawet gdybym jakieś miała, to i tak jest już za późno na ich podanie. – powiedziała twardym tonem. Teraz nie mogła być po prostu Hermioną. Jeśli okaże strach lub niepewność, udzieli się ona przyszłym rodzicom co może być katastrofalne w skutkach. Panika w takich sytuacjach nigdy nie była wskazana. – Teraz czekamy na pełne rozwarcie. – dodała. Wyczarowała parawan dla większej intymności rodzącej i jej męża po czym odeszła kilka kroków by umyć ręce.
- Jak się trzymasz? – rzuciła w końcu w stronę Dracona który siedział przy swoim biurku i lekko pozieleniał na twarzy.
- Te wrzaski mnie wykończą. – powiedział cicho. Co kilka minut skurcz wywoływał u Fleur atak przeszywającego krzyku. Bill praktycznie zdzierał dłonie masując jej obolały krzyż.
- Cud narodzin. – wzruszyła ramionami Hermiona i usiadła obok niego. – Twój patronus napędził mi niezłego stracha. – odezwała się po chwili chcąc zmienić temat. Draco spojrzał na nią odrywając na chwilę myśli od rodzącej czarownicy.
- Podoba ci się? – zapytał.
- Nie da się ukryć że jest imponujący. – zgodziła się Hermiona. – Największy jaki w życiu widziałam. – powiedziała i zauważyła jak Draco prostuje się na krześle. Wiedziała że tą uwagą połechtała jego Ślizgońską próżność.
- Naprawdę największy? – zapytał Malfoy z łobuzerskim uśmiechem.
- Tylko bez takich. – rzuciła spode łba Hermiona. – To nie czas na dwuznaczności. – dodała i szybko odwróciła twarz w kierunku wejścia, gdyż do namiotu wpadła zdyszana i mokra Luna Lovegood. Jej długie, jasne kosmyki ociekały deszczem a brązowy płacz pod wpływem wody zmienił kolor na czarny.
- Hermiona! – krzyknęła Luna i podeszła do Gryfonki szybkim krokiem. Kasztanowłosa wstała, wygląd Krukonki bardzo ją zaniepokoił. Luna może i była specyficzna, ale nie miała problemów z głową, więc i nocne spacery w ulewnym deszczu nie leżały w jej naturze. – Dwoje dzieci z sierocińca dostało silnej gorączki. – powiedziała dziewczyna łapiąc oddech. – Trzecie obudziły okropne wymioty, nie wiem co robić, McGonagall nie zna się na chorobach. – dodała z rozpaczą. Luna od ponad roku zajmowała się dziećmi osieroconymi w wyniku wojny. Stworzyła im w Złotym Feniksie namiastkę domu. Przynajmniej bardzo się starała. Była dla nich niczym starsza siostra. Czytała do snu, wymyślała przeróżne zabawy, koiła i osuszała łzy. Gdy w obozie pojawiła się McGonagall razem zorganizowały prowizoryczną szkołę, by dzieciaki wciąż miały styczność z edukacją. Starsza siostra Luna i surowa ale wspaniałomyślna ciotka McGonagall stały się dla dzieci substytutem rodziny.
Hermiona była w kropce. Poród Fleur już niedługo miał wejść w ostatnią, najbardziej skomplikowaną fazę, ale i sieroty były nie mniej ważne. Jej wahanie trwało mniej niż minutę. Chwyciła za stojącą obok torbę i włożyła do niej kilka właściwych eliksirów.
- Draco. – powiedziała stanowczo. – Poród przebiega prawidłowo, przed chwilą badałam Fleur więc nie powinno być żadnych komplikacji. Ja za chwilę wrócę, wyślę patronusa do Sary by przyszła pomóc przy dzieciach, Albert jest przeziębiony więc nie może zbliżać się do pacjentów. – powiedziała i wcisnęła torbę pod pachę. Arystokrata zrobił wielkie oczy.
- Nie ma mowy. – syknął. – Nie zostawisz mnie tu samego! –
- Nie histeryzuj. – odparła Hermiona i uwolniła rękę którą Draco zaczął boleśnie ściskać. – Weź się w garść i w razie czego wyślij mi patronusa. – powiedziała i w pośpiechu wyszła za Luną, która już pognała w stronę namiotu dzieci.
Draco stał bezmyślnie wpatrując się w wyjście, aż nagle z zamyślenia wyrwał go kolejny rozdzierający krzyk Fleur.

~

„Świetnie”, pomyślał, „Wspaniale”. „To dla niej takie typowe!” jęczał w duchu przez kolejnych kilka minut. Obolała i będąca u kresu sił Fleur stała zaciskając ręce na poręczy łóżka. Bill Weasley wydawał się być spokojny, jednak coś w jego oczach zdradzało narastającą wewnątrz panikę. Wrzaski stały się już nie do zniesienia, aż nagle ustały. Draco spojrzał na rodzącą i coś mu się w jej wyglądzie nie zgadzało.
- Czy ty przesz? – zapytał bez ogródek prostując się na krześle. Blondynka jednak nie odpowiedziała tylko zacisnąwszy usta zaparła się kolejny raz. Dracona sparaliżowało. Kompletnie o tym zapomniał. Mógł być czarodziejem czystej krwi, człowiekiem, mężczyzną czy kim tam chciał, ale czego człowiek by nie stworzył nie mógł się wyprzeć na tym świecie jednej, jedynej rzeczy. Instynktu. I to właśnie on, w tej właśnie chwili, podpowiedział kobiecie że nadszedł właściwy moment.
Malfoy zerwał się na równe nogi i za pomocą różdżki przetransmutował łóżko w wygodny fotel porodowy. Uczył się tego od miesięcy ale wierzył że mimo wszystko to Granger przyjdzie odebrać poród. „Przeklęta wiedźma! Że też zostawiła mnie samego akurat teraz..”. Strach ścisnął go za gardło jednak nie mógł pozwolić by go obezwładnił. Wraz z Billem pomógł Fleur wejść na fotel i gdy już odkaził ręce, wziął głębszy wdech. Poczuł że zaczynają trząść mu się dłonie. Blondynka znów zaczęła krzyczeć, bóle parte także nie należały do przyjemnych nie mówiąc już o pchającym się na świat dziecku.
- Fleur, oddychaj. – powiedział władczym tonem. – Gdy policzę do trzech masz przeć, rozumiesz? –
Blondynka kiwnęła głową na znak zrozumienia. Ślizgon podwinął rękawy białego kitla i zanim założył rękawiczki na ułamek sekundy zawiesił wzrok na Mrocznym Znaku. Fleur z oczywistych powodów nie mogła go dostrzec, jednak Bill również na niego spojrzał. Nagle oczy Malfoya i Weasley’a spotkały się na moment. Nie wiedział czego się spodziewać. Czy czarodziej chwyci go za fraki i każe mu się wynosić? Jednak Bill jedynie lekko skinął głową, jakby chciał powiedzieć „rób co musisz”, więc Draco marszcząc brwi zaczął odliczać.
- Fleur, musisz mi pomóc! Na trzy. Raz, dwa, trzy! Przyj! –
Nic w tamtej chwili nie miało już znaczenia. Ani to kim był, ani to kim miał się w przyszłości stać. Mroczny Znak przestał mieć na niego jakikolwiek wpływ. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Mógł się o tym uczyć, czytać o tym w mądrych książkach, oglądać magiczne wizualizacje. Jednak nijak miało się to do prawdziwego życia. Dawniej odbierał życie, porywał wbrew swojej woli, bądź jakże często, stawał się świadkiem czyjejś śmierci. Teraz, przerażony lecz zdeterminowany pomagał nowej istocie pojawić się na tej okrutnej, lecz równie pięknej planecie.
Krzyk na powrót wypełnił namiot. Gęsty, lodowaty deszcz uderzał o dach namiotu i zagłuszał wrzaski. Gdzieś niedaleko młoda dziewczyna biegła w zimnych strugach ulewy, a uśpione dzieci odpoczywały po trudach choroby. Ale to wszystko było nieważne. Rodziło się nowe życie. Już wkrótce miała zabłysnąć kolejna, wspaniała gwiazda.

~

Hermiona biegła przed siebie błagając w duchu, by wszystko było dobrze. Gdy po podaniu dzieciom lekarstw w namiocie pojawiła się Sara, z ulgą pobiegła w stronę szpitala. „Skoro Draco nie wysłał patronusa, to znaczy że wszystko jest w porządku, prawda?”, pocieszała się nie zwalniając kroku. Nagle wpadła przez wejście niczym strzała i stanęła jak wryta widząc odgrywającą się w środku scenę.
Draco trzymał w ramionach małe, zakrwawione dziecko, które wciąż było połączone z matką grubą pępowiną. Nagle płacz maluszka wyrwał Gryfonkę z szoku. Założyła czysty kitel, odkaziła ręce i założyła nowe rękawiczki. Gdy już przecięła pępowinę kazała Draconowi wstać i położyć dziecko w celu zbadania.
- Zajmij się Fleur, jeszcze łożysko. – powiedziała przytomnie. Ślizgon niczym zaprogramowany robot zrobił co mu kazano i gdy już okrył kobietę czystą kołdrą podszedł do Hermiony.
- Dobra robota, Draco. – szepnęła cicho kasztanowłosa i podała mu małe zawiniątko. – Pokaż im dziecko. – dodała. Blondyn ułożył ręce w kształt łódki i delikatnie oraz pewnie wziął maleństwo w ramiona. Gdy podchodził do świeżo upieczonych rodziców, Fleur już wyciągała przed siebie ręce.
- Gratuluję. – powiedział arystokrata gdy noworodek spoczął w czułych objęciach matki. – Macie córkę. – dodał.
- Victoire.. – szepnęła Fleur przybliżając twarz do policzka dziewczynki. – Victoire, Victoire.. – zamruczała z miłością. Bill otarł łzy wzruszenia i nagle, bez zapowiedzi podszedł do Dracona i objąwszy go mocno poklepał po plecach.
- Dziękuję ci Draco. – powiedział puszczając wciąż oniemiałego Ślizgona. – Dziękuję. –
- Draco. – zaczęła Fleur zmęczonym głosem. – Merci . – powiedziała w swoim ojczystym języku patrząc na niego czule.
Hermiona stanęła obok ukochanego i przytuliła się do jego ramienia. Poczuła że wciąż drży, jakby emocje całego wieczoru chciały w końcu znaleźć ujście.
- Zostawmy ich na chwilę samych. – szepnęła do blondyna po czym zasunęła parawan. Dopiero gdy Draco usiadł przy biurku i zasłonił twarz dłońmi, zauważyła jak po policzkach spływają mu najprawdziwsze łzy.

~

Uścisk Billa Weasley’a był niczym, w porównaniu z uściskami Molly Wealsy która następnego dnia wraz z mężem, Ginny, Ronem, Harrym i przybyłymi kilka godzin wcześniej bliźniakami stawiła się w szpitalu. Łzom nie było końca. Victoire przechodziła z rąk do rąk. Ginny, jako matka chrzestna obiecała w przyszłości nauczyć swoją bratanicę wielu sztuczek na czarodziejskiej miotle. Największym zaskoczeniem był Ron, który słysząc że to Malfoy odebrał poród i szczęśliwie sprowadził dziewczynkę na świat, podszedł do Ślizgona i podał mu rękę. Blondyn próbował ewakuować się poza namiot jednak Molly mu na to nie pozwoliła. Ciągle wychwalała jego zdolności magomedyczne i wróżyła mu wspaniałą przyszłość, jakakolwiek by ona nie była. Bliźniacy wyciągnęli wielki, magiczny aparat oraz mniejszy, mugolski pożyczony od Colina Creevey i stawiając oba aparaty na wyczarowanych stojakach włączyli samowyzwalacze. Fleur, mimo iż była ledwie dzień po porodzie wyglądała na zadowoloną i szczęśliwą co sprawiało iż wydawała się jeszcze piękniejsza. Leżała na szpitalnym łóżku trzymając w objęciach córeczkę a rodzina ustawiła się dookoła niej.
- Hermiono, chodź do zdjęcia. – zawołała Molly Weasley machając na nią ręką. Gryfonka zajęła miejsce obok Harry’ego.
- Ty też Malfoy. – odezwał się nagle Ron. Wszyscy na niego spojrzeli. Kilkusekundową ciszę przerwał głos świeżo upieczonej mamy.
- Chodź Draco. W pewnym sensie należysz do rodziny. W końcu jesteś pierwszą osobą na świecie, która trzymała moją córeczkę w ramionach. – powiedziała czule. Draco spojrzał w maleńką twarzyczkę zaspanej Victoire. Nie wiedział czemu, ale coś w obliczu dziewczynki kazało mu się przełamać. Przyszedł czas pojednania.
Stanąwszy obok Gryfonki i obdarzając ją ledwie widocznym uśmiechem spojrzał przed siebie. W tym samym momencie oba aparaty wydały z siebie głośne kliknięcia. Mała Victoire zaczęła marszczyć nosek, aż w końcu głośno i przeciągle zapłakała.
- Chyba nie przepada za zdjęciami. – zauważył Fred na co wszyscy się zaśmiali.
Zza chmur nieśmiało wyszło słońce, niewątpliwie zwiastując nadejście tak wyczekiwanej przez wszystkich wiosny.

~

Była wdzięczna losowi, mimo iż ten wystawiał ją raz po raz na trudne próby. Była wdzięczna za przyjaciół, dzielnie stojących u jej boku podczas najgorszych chwil. Była wdzięczna za rodziców, którzy za sprawą zaklęcia nie pamiętali teraz o niej, lecz zawczasu nauczyli ją kochać i dostrzegać piękno drugiego człowieka, nieraz tak głęboko ukryte. Była wdzięczna za obóz, w którym tak wielu znalazło bezpieczną przystań. I w końcu, była wdzięczna za niego. Za mężczyznę który sam przeszedł ogromną zmianę i pokazał że nikt nie rodzi się zły.
Każdy dzień był dla niej powodem do radości. Wstawała rano i muskała wargami czoło chłopaka, wciąż pogrążonego we śnie. Szła do szpitala i witała się z Sarą oraz Albertem. Zakładała biały kitel i po kilku łykach ulubionej kawy zapraszała pierwszych pacjentów. W porze obiadu przelotnie witała się z pozostałymi mieszkańcami obozu, a wieczorem, po całym dniu znów znajdowała ukojenie w ramionach ukochanego, o szarobłękitnych tęczówkach.
Pewnej nocy, gdy jasnowłosy chłopak myślał że śpi zauważyła że pisze coś, będąc przy tym niesamowicie skupionym. Schował list do swojej nocnej szafki i gdy nazajutrz wyszedł do szpitala pierwszy, odważyła się zajrzeć. Gdyby list zaadresowano do matki bądź kogokolwiek innego, nie ośmieliłaby się go przeczytać. Jednak na kopercie widniało jej imię i nazwisko.
DO HERMIONY GRANGER, przeczytała. Treść listu sprawiła iż łzy płynęły po jej policzkach strumieniami, lecz zmusiła się do zachowania tego dla siebie. Schowała kopertę z powrotem do szafki i wyszła z namiotu. Tego dnia nie mieli zbyt dużo pacjentów. Po śniadaniu, gdy razem wracali w stronę szpitala nagle stanął przed nimi ryś. Duchowy patronus Kingsley’a Shacklebolt’a.
- Proszę o natychmiastowe stawienie się w moim namiocie. – powiedział spiczasto uchy kot, po czym zniknął. Pobiegli razem, co chwilę zerkając w swoją stronę. Zapewne musiało się coś stać, a ona czuła, że było to złe.
W namiocie Kingsley’a był już Artur Weasley, Remus Lupin, bliźniacy Weasley, Jakub wraz z Gabrielem i Adrianem oraz Bill Weasley. Wszyscy wpatrywali się w czarnoskórego przywódcę obozu z napięciem. I wtedy Hermiona usłyszała słowa Shacklebolta, które zmroziły ją aż do kości. Miały zmienić wszystko, co do tej pory znała i uważała za słuszne. Były niemal jak wyrok.
- Śmierciożercy zaatakowali szpital Świętego Munga. Są już pierwsze ofiary, lecz nie znam nazwisk. – zaczął z powagą Kingsley. – Ruszamy natychmiast. Zabrałem Potterowi różdżkę, bo jestem przekonany że poszedł by za nami. Arturze, twojemu najmłodszemu synowi również, Molly już mnie kiedyś o to prosiła. – dodał w kierunku wstrząśniętego Artura.
Hermiona nie miała nawet czasu by się przebrać. Zdjęła jedynie lekarski kitel, który położyła zaraz obok tego, należącego do Ślizgona. Długie włosy spięła w wysoki kucyk, a zaręczynowy pierścień powiesiła na srebrnym wisiorku, dostanym jako urodzinowy prezent od przyjaciół i schowała go pod białą koszulką. Do przedniej kieszeni czarnych dżinsów wsunęła różdżkę, gdy Draco podał jej dłoń w celu odbycia teleportacji łącznej. Spojrzała mu głęboko  w oczy. Miała wrażenie że nadchodzi coś o stokroć gorszego niż wszystko inne. Coś, co na zawsze zmieni nie tylko jej życie, ale i ją samą.
Podając Lupinowi drugą rękę i czując silne szarpnięcie w okolicy pępka myślała tylko o tym, by nie stracić Dracona z oczu.







*Fragment powieści "Niekończąca się historia" - Michael Ende

_____________________________________

 SŁOWO OD AUTORKI:

 Kochani! Wiem że miał być to ostatni rozdział pierwszej części, ale jest to jednak przedostatni rozdział. Było zbyt dużo wątków bym mogła je pominąć i potraktować po macoszemu.. Ostatni rozdział pojawi się na dniach, także do napisania! :) Dziękuję że jesteście i komentujecie :* 




Komentarze