Rozdział 13 - Pojednania.
Gruba warstwa puszystego śniegu zaległa między namiotami
Złotego Feniksa. Obóz, dotychczas pełen energii i niecichnących głosów zmienił
się w milczącą, zimową pustynię. Odśnieżone ścieżki w szybkim tempie zasypywał
świeży śnieg. Do rana z pewnością nie zostanie po nich nawet ślad. Wewnątrz
jednego z namiotów, na dużym wygodnym łóżku leżała para, inna niż wszystkie.
Jasnowłosy chłopak przytulał do siebie brązowowłosą dziewczynę, która na głos
czytała jedną ze swoich ulubionych książek.
- Tęsknił za tym, żeby go kochano takim, jaki był, dobry czy
zły, ładny czy brzydki, mądry czy głupi, ze wszystkimi jego wadami, a może
nawet właśnie z ich powodu.* – powiedziała głośno dziewczyna i zamknęła książkę
wkładając wcześniej zakładkę pomiędzy jej stronice. – Na dzisiaj wystarczy. –
odparła i odłożyła lekturę na pobliski stolik nocny. Wróciwszy w objęcia
młodego mężczyzny położyła mu się na kolanach i dotknęła jasnych kosmyków,
które już praktycznie sięgały ramion. –
Twoje włosy są coraz dłuższe. – zauważyła.
- Chyba powinienem je ściąć. – odparł chłopak i obrócił w
palcach jedno pasmo.
- Nie, tak ci ładnie. – powiedziała szatynka i uśmiechnęła
się łagodnie.
- W tej fryzurze coraz bardziej przypominam ojca. – skrzywił
się blondyn.
- W tej fryzurze wyglądasz lepiej od ojca. – odparła z
przekonaniem kasztanowłosa i gdy szarobłękitne oczy chłopaka wpatrywały się w
jej zarumienioną od ciepła twarz, przysunęła się do niego i pocałowała go
czule.
- Wiesz jak mnie przekonać. – powiedział Draco unosząc brwi.
Hermiona zaśmiała się cicho.
- Moje argumenty są nie do podważenia. – dodała i po chwili
przeciągnęła się na kolanach Ślizgona niczym zadowolony kot. Po obu stronach
łóżka stały dwie magiczne, gazowe lampy, które oprócz światła, dawały ciepło
niczym duży kominek w Hogwarcie. W pomarańczowym blasku niczym gwiazda, błysnął
pierścień na palcu Hermiony. Gryfonka znów zawiesiła na nim swój wzrok i
dotknęła brylantu opuszkami palców drugiej ręki. „Narzeczona”, pomyślała i
uśmiechnęła się do wspomnień z września.
~
Gdy nazajutrz, po wieczorze w którym zgodziła się wyjść za
Dracona wraz z arystokratą weszła do namiotu Harry’ego i Ginny zastała ją
obiecana przez przyjaciółkę impreza urodzinowa. Gdy tylko przekroczyła próg,
Harry, Ron, Ginny, Luna, Neville, Hanna, Jakub i Cho wrzasnęli wspólnie „Sto
Lat Hermiono!”. Nieco zmieszana, ale pełna radości przyjęła życzenia i prezent
od wszystkich, którym był delikatny, niewielki wisiorek w kształcie serca,
zrobiony z białego złota. Łzy prawdziwego wzruszenia zaszkliły jej oczy, jednak
zanim zdążyła rozkleić się na dobre czujne oko Weasleyówny dostrzegło
pierścionek na jej palcu.
- Hermiono, widzę że Malfoy dał ci już prezent. –
powiedziała ruda uśmiechając się szeroko.
Kasztanowłosa spojrzała na stojącego obok Ślizgona który
nieco zesztywniał słysząc tę uwagę, jednak skinął głową na znak zgody. Niech
się dzieje co chce. Jeśli ma dostać po pysku, to lepiej teraz, od razu od
wszystkich, a nie na raty przez kolejny tydzień. Brązowowłosa Gryfonka
spąsowiała i lekko się jąkając wydukała.
- Z-zaręczyliśmy się. – powiedziała uciekając wzrokiem. W
namiocie zapadła kompletna cisza. Gdzieś z zewnątrz doszedł ich głos Molly
Weasley, która ochrzaniała swojego męża iż jeśli jeszcze raz nie wytrze butów
przed wejściem do namiotu, to wsadzi mu je w wiadome dla niego miejsce.
Nagle głośny, serdeczny śmiech Ginny rozdarł krępującą
ciszę. Rudowłosa rzuciła się w ramiona Hermiony dzięki czemu atmosfera się
rozluźniła. Luna wraz z Cho Chang głośno wychwalały pierścień podarowany przez
Malfoya, a Jakub mierzwił dziewczynie kasztanowe włosy uśmiechając się czule,
jednak gdzieś głęboko w nich Hermiona dostrzegła przebłysk smutku. Harry mocno
i długo ściskał przyjaciółkę po czym podał Draconowi dłoń i niczym ojciec z poważną
miną powiedział
- Opiekuj się nią. –
Draco odwzajemnił uścisk i skinął głową na znak zrozumienia.
Nie musieli mówić nic więcej. Ron z niedowierzaniem wymalowanym na piegowatej
twarzy bąknął krótkie „gratuluję”, po czym wyszedł przed namiot.
- Porozmawiam z nim. – powiedziała Hermiona uspokajając
prychającą ze złości Ginny.
Czuła że tak może się stać. Nie oszukiwała się hasłami typu „wszystko będzie dobrze”. Ron miał swoją
dumę, a że przez lata była ona nadszarpywana przez Dracona, nic dziwnego że nie
skakał z radości. Malfoy się zmienił, ale krzywdy jakie wyrządził przed laty
zaowocowały niechęcią i uprzedzeniem ze strony rudowłosego Gryfona. Wiedziała
że musi być mu ciężko. W końcu kiedyś byli razem. Spędzali ze sobą każdą
chwilę, dzielili się nie tylko radością ale i smutkiem. Przez lata nadstawiali
dla siebie karku i nawet teraz, gdyby było trzeba, skoczyliby dla siebie w
ogień. Romantyczne uczucie się wypaliło, ale przyjaźń została. Wojna okradła
ich z miłości fizycznej, zrozumienia i czasu, więc pozwoliła by Lavender Brown,
zawsze cicho podkochująca się w Weasley’u, stała się dla niego tym, kim ona już
nie mogła. Mimo iż nie przepadała za blondynką i nigdy nie umiałaby znaleźć z
dziewczyną wspólnego języka, była jej niewymownie wdzięczna. Dzięki niej Ron
nie był samotny, miał kogoś kto o niego dbał, koił w ramionach gdy przychodziły
informacje o kolejnych zabitych i zaginionych. „Dziękuję Lavender”, szepnęła w
duchu.
Znalazła go
siedzącego na jednej z ławek, obok namiotu w którym znajdowała się kuchnia. Gdy
ją dostrzegł westchnął pod nosem i rzucił przed siebie trzymany w dłoni
kamień.
- Wybacz, nie chciałem psuć ci przyjęcia. – odparł.
- Nic nie szkodzi. –
powiedziała Hermiona i usiadła obok Rona. Zapadło milczenie jednak nie było w
tym nic krępującego. W przeciwieństwie do wielu osób, między nimi brak
jakichkolwiek słów nie oznaczał braku porozumienia. Czasami kasztanowłosa czuła
się tak, jakby cisza mogła powiedzieć więcej niż potok bezmyślnie rzucanych
wyrazów.
- Nie będę pytał, dlaczego on, bo to i tak nie miałoby
sensu, prawda? – zaczął Weasley.
- Nie do końca. – odparła Hermiona.
- To znaczy? –
- Cóż. – zastanowiła się przez chwilę dziewczyna. – Owszem,
nie wiem dokładnie dlaczego go pokochałam, ale z czasem zauważyłam w nim cechy
które sprawiły, że zakradł się do mojego serca. On chyba ma podobnie. –
zauważyła. Ron zmarszczył brwi nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi. –
Przeżywasz to bardziej niż powinieneś bo to Malfoy, prawda? - zapytała nachylając się w jego stronę.
Weasley w końcu podniósł na nią swój wzrok.
- A dziwisz mi się? – zapytał.
- Nie. – odparła Hermiona jednak po chwili dodała. – Nie
oczekuję że go polubisz, ale czy ze względu na mnie, mógłbyś chociaż zacząć go
tolerować trochę bardziej? – zapytała nieśmiało. Rudzielec zacisnął usta jakby
postanowił już nigdy więcej się do niej nie odezwać, jednak po dłuższej chwili
westchnął głośno, niemal ryknął i powiedział.
- Achhhhh! W porządku. – jęknął i podrapał się po
rozczochranej czuprynie. – Lavender pewnie byłaby wściekła widząc co teraz
wyprawiam, ciągle się boi że nie kocham jej tak samo mocno jak ona mnie. –
zwierzył się kwaśno.
- A nie kochasz? – zapytała Gryfonka. Ron nagle zrobił się
bardziej czerwony niż zazwyczaj.
- No… kocham.. jasne że ją kocham… bardzo… - powiedział
dukając. Nagle wstał i wyciągnął w stronę Hermiony dłoń. – Ale ciebie też kocham! Zawsze będziesz moją
przyjaciółką, Hermiono.. – dodał ciszej. – Zawsze będę pragnął twojego
szczęścia. – wyszeptał. Brązowowłosa chwyciła jego rękę i już po chwili
pociągała nosem w objęciach rudzielca. Jego słowa tak wiele dla niej znaczyły!
Przez tak długi czas martwiła się że straci jego przyjaźń, a było to ostatnim
czego chciała. Nie mogłaby czerpać prawdziwej radości, gdyby Ron się od niej
odwrócił. – Hermiono, nie żeby mi to przeszkadzało.. – zaczął niepewnie
rudzielec. - Ale tę bluzę dała mi Lavender, jeżeli się poplami tuszem to.. –
Gryfonka odskoczyła od Rona jak oparzona, po czym buchnęła
gromkim śmiechem. Po chwili wspólnie wrócili do namiotu, gdzie po podzieleniu
tortu i wypiciu kilku kolejek Ognistej Whisky (podarunek Kingsley’a
Shacklebolt’a przekazany przez Harry’ego), zaczęły się tańce, gry i śmiechy. Ku
radości Hermiony Draco nie był osamotniony i nawet wdał się w dyskusję z
Neville’m, o przyszłości mugolskiej botaniki w świecie czarodziejów.
Zafascynowany mugolską medycyną Ślizgon chciał poznać każdy jej aspekt, nawet
jeśli chodziło o medycynę naturalną.
- Naprawdę ci gratuluję. – powiedział Jakub siadając obok
dziewczyny. Hermiona uśmiechnęła się do niego i zauważyła odprowadzający Jakuba
wzrok Chang.
- Dziękuję. – odparła. – Czy mi się wydaje, czy ty i Cho
macie się ku sobie? – powiedziała nagle przyciszonym tonem. Wiedziała że może
zadać chłopakowi to pytanie tak otwarcie. Jakub już dawno stał się dla niej prawdziwym
przyjacielem i chciała by tak już zostało. Brunet zrobił wielkie oczy po czym
odkaszlnął porządnie.
- Nie wiem o czym mówisz. –
- Czyżby? – zdziwiła się Hermiona.
- Cho jest piękna, to fakt. – przyznał Jakub. – Oprócz tego
jest świetna w walce wręcz i umie posługiwać się bronią. Cóż, nic dziwnego
skoro trenujemy razem dzień w dzień. – dodał po czym spojrzał przelotnie na
Krukonkę. – Ale nie sądzę by widziała we mnie kogoś więcej, niż partnera do
ćwiczeń. – dodał lekko przygaszony obracając drink w dłoniach.
- Zainwestuj w okulary Jakub. – powiedziała kasztanowłosa i
poklepała go po plecach. – Zaczyna psuć ci się wzrok. – zażartowała i spojrzała
na niego wymownie. Chłopak od razu zrozumiał jej aluzje i znów spojrzał w
kierunku czarnowłosej dziewczyny. Krukonka uśmiechnęła się do niego
przyjaźnie. – Idź do niej. – szepnęła
Hermiona i dała mu kuksańca w bok. Brunet przez chwilę się wahał jednak w końcu
wstał i zajął rozmową wyraźnie zadowoloną Cho. Nagle obok Hermiony z cichym sapnięciem usiadł Draco.
- Nie najgorsza ta impreza. – powiedział i spojrzał w twarz
kasztanowłosej.
- Nie najgorsza. – przyznała mu Hermiona i także spojrzała na
siedzącego obok Ślizgona. Uśmiechnęła się radośnie widząc jego szarobłękitne
tęczówki tak blisko swojej twarzy. Mogłaby tak zostać już na zawsze. Obok
ukochanego, otoczona przyjaciółmi którzy pełni szczęścia i beztroskiej zabawy
świętowali dzień jej urodzin. Spojrzała na usta Dracona które znalazły się
jeszcze bliżej, lecz zanim zdążyła choćby poczuć ich ciepło, Ginny chwyciła ją
za rękę i kazała zatańczyć ze sobą co najmniej kilka skocznych kawałków.
Do namiotu wrócili nad ranem. Podpici, wykończeni i
szczęśliwi.
~
Minęła jesień i nadeszła zima. Mimo iż pogoda nie sprzyjała
przechadzkom, Harry dzielnie stawiał się praktycznie każdego wieczora w
namiocie Hermiony i Dracona, by ćwiczyć oklumencję pod surowym okiem Ślizgona.
Ginny i Ron zrezygnowali już w listopadzie, gdy lodowaty deszcz dostawał im się
do butów i nieprzyjemnie moczył skarpetki. Nie przekonała ich nawet Hermiona
oraz jej suche, ciepłe kapcie, tak więc teraz ćwiczyli we troje, Draco, Harry i
brązowowłosa. Arystokrata nie dawał
swojej narzeczonej żadnej taryfy ulgowej, nie wspominając już o Harry’m. Niczym
wściekły wąż atakował umysł Wybrańca i wynajdywał nowe luki, przez które
wślizgiwał się do głowy bruneta i kradł mu kolejne wspomnienia. Najgorszą
lekcją była jednak chwila, w której Draco wszczepił Harry’emu fałszywą
wizję. Po kilkusekundowym znieruchomieniu
Harry wrócił do siebie, po czym w panice chciał wybiec z namiotu wrzeszcząc, że
Greyback napadł na jego namiot i właśnie w tej chwili morduje bezbronną Ginny.
Jedynie silne i niespodziewane uderzenie Hermiony sprowadziło bruneta na
ziemię.
- Wybacz Harry. – powiedziała Hermiona w przestrachu. – Ale
mówisz totalne bzdury. To co przed chwilą zobaczyłeś było fałszywą wizją,
prawda Draco? – zapytała zwróciwszy się do stojącego ze stoickim spokojem
Ślizgona. Malfoy przytaknął.
- Potter skup się. – zaczął blondyn. – Przypomnij sobie tę
wizję i powiedz co czułeś podczas jej trwania. –
Harry gniewnie zmarszczył brwi i zaczął rozmasowywać obolały
policzek.
- Jak to co czułem?! – wrzasnął. Emocje wciąż go nie
opuszczały. – Przerażenie, strach i wściekłość! – ryknął.
- Nie o to mi chodzi. – odparł arystokrata. – Może coś cię
bolało? – zapytał spokojnie. – I nie chodzi mi teraz o twoją zbolałą duszę. –
dodał cierpko.
Harry wziął głęboki wdech i spróbował się uspokoić. Usiadł
na wyczarowanym przez Hermionę krześle i dopiero po kilku minutach odpowiedział
na zadane wcześniej pytanie.
- Mam wrażenie że bolała mnie głowa. – powiedział
zacisnąwszy palce na prawej skroni. – Tak, teraz jestem tego pewny. – dodał po
chwili. – Ból był silny ale skupiłem się bardziej na tym co się działo z Ginny,
niż ze mną. – westchnął i wzdrygnął się na samo wspomnienie okropnej wizji.
- Właśnie. – powiedział Draco stając przed Wybrańcem. – Twój
mózg zaczął się bronić przed moim atakiem. Jak już to kiedyś wyjaśniłem,
czarodziej który w pełni potrafi posługiwać się oklumencją każdy atak odbierze
jako silny, ostry dyskomfort. Twój mózg co prawda mnie przepuścił, co pozwoliło
zaszczepić mi w nim fałszywy obraz, jednak po chwili zaczął się bronić,
powodując dotkliwy ból. Brawo Potter, robisz postępy. – powiedział Draco sucho
i odszedł w kierunku stojącego dalej stołu, by napić się gorącej herbaty.
Hermiona spojrzała na niego oczami mówiącymi „mógłbyś być bardziej
wyrozumiały!”, jednak blondyn jedynie wzruszył ramionami.
- Jeszcze trochę i w końcu to opanujesz Harry. – powiedziała
Hermiona i położyła przyjacielowi dłoń na ramieniu. Brunet uśmiechnął się do
dziewczyny tak jakby nie do końca sam w to wierzył, po czym życzył obojgu
dobrej nocy i wyszedł w śnieżną zamieć.
Kasztanowłosa odprowadziła go wzrokiem i gdy zniknął za
połami materiału podeszła do wciąż stojącego przy stole Malfoya.
- Musisz być taki ostry? –zapytała marszcząc brwi. – On
naprawdę się stara. –
Blondyn nawet na nią nie spojrzał, jakby bał się karcącego
wzroku.
- Muszę. – odparł Draco i jednym machnięciem różdżki pozbył
się brudnych kubków oraz imbryka. – Inaczej da sobie spokój, tak jak to było ze
Snape’m, a możesz być pewna że Czarny Pan nie odpuści mu z pewnością. –
powiedział po czym spojrzał na dziewczynę. Jej rysy złagodniały. Na twarzy
zamiast zdenerwowania malował się teraz strach i zmartwienie. Objął ją w pasie,
przysunął do siebie jeszcze bliżej i chwycił pod brodę by spojrzała mu w oczy.
- Hermiono, robię to dla jego i waszego dobra. – powiedział
i omiótł wzrokiem jej twarz.
– I dla swojego także. – dodała Gryfonka.
- Nie da się ukryć. – przyznał arystokrata. Hermiona
westchnęła.
- Wiem jak dużo dla nas robisz. Po prostu nie lubię patrzeć
jak się męczy. – powiedziała z bólem.
- Lepiej niech teraz się pomęczy z wizjami, niż żeby
któregoś dnia miały stać się prawdą. – zauważył Ślizgon.
- Nawet tak nie mów! – ofuknęła go Hermiona, jednak po
chwili pogłaskała Dracona po jak zawsze, bladym policzku. – Wiesz.. – zaczęła
nieśmiało. – Tak sobie pomyślałam, że gdy teraz jesteśmy sami.. to.. –
- To co? – zapytał
Draco unosząc jedną brew. Jego dłonie zaczęły wodzić po plecach kasztanowłosej
i delikatnie podciągnęły sweter dziewczyny. Usta chłopaka dotknęły jej
policzka, by po chwili zejść coraz niżej, od żuchwy do szyi i obojczyków.
- Tak sobie pomyślałam…. czy mógłbyś mnie nauczyć
posługiwania się magią bezróżdżkową? – zapytała nagle Hermiona próbując nie
skupiać całej uwagi na pocałunkach Dracona. Blondyn nagle zamarł po czym
wyprostował się i wciąż trzymając Hermionę w objęciach spojrzał w jej brązowe
oczy.
- Chcesz nauczyć się magii bezróżdżkowej? – zapytał
upewniając się czy aby na pewno dobrze ją usłyszał.
- T-tak. O ile nie masz nic przeciwko. – odparła Hermiona.
Draco zamyślił się na chwilę. Wiedział ze wiedza którą
przekazał mu Ephraim była czymś więcej niż magią. Była mocą dzięki której
czarodziej wchodził na wyższy poziom, co powodowało że stawał się nie tylko
bardziej potężny, ale i odpowiedzialny za moc, którą posiadł. Gdyby o naukę tej
sztuki poprosił go Blaise czy Nott, odmówiłby z pewnością. Był przekonany, że
nawet gdyby sam Czarny Pan chciał wymusić na nim zdradzenie tajemnicy magii
bezróżdżkowej, prędzej dałby się żywcem pokroić niż cokolwiek by mu powiedział.
Ale z nią było inaczej. Znał ją, wiedział że jest o stokroć lepszą osobą od
niego. Wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Ephraim właśnie jemu przekazał tę
wiedzę. Uważał, że los powinien był skrzyżować drogi starego czarodzieja z
Hermioną Granger. Lecz tak się nie stało.
Myślał o tym od dawna. Co będzie gdy zginie? Co się stanie z
tą wiedzą jeśli nie przeżyje a on nie znajdzie nikogo, kogo miałby nie tylko
chęć ale i obowiązek nauczać. Byłoby tragiczne, gdyby razem z nim miałaby
przepaść i ta wiedza.
Spojrzał na Hermionę poważnym wzrokiem.
- Nauczę cię. – powiedział nagle, a oczy Gryfonki zalśniły
pełne radości i niedowierzania. – Nauczę, ale zaczniemy od jutra. Dzisiaj mam
siłę już tylko na jedną rzecz. – dodał, po czym mocno pocałował Hermionę i gdy
w końcu się odsunął zdjął z niej ciepły, kremowy sweter.
*
Niewielka szklanka stojąca pośrodku stołu, nie drgnęła ani o
milimetr. Siedząca naprzeciwko niej Hermiona Granger z cichym westchnięciem
utkwiła wzrok w szklanym naczyniu i z wyraźną rezygnacją w oczach położyła się
na stole, dotykając szklankę opuszkami palców. Pierwsze zetknięcie się z magią
bezróżdżkową nie było łatwe. Przypominało lekcje oklumencji. Musiała oczyścić
umysł, poczuć przestrzeń która ją otaczała, dostrzec „poświatę” wszystkich
rzeczy które znajdowały się w jej pobliżu. Było to niezwykle trudne. Gryfonka
nie przepadała za nauką, której nie mogła znaleźć w książkach. Gdyby chociaż
mogła przeczytać kilka rozdziałów, które pomogłyby jej zrozumieć złożoność zachodzących wówczas procesów! Lecz nic
takiego nie istniało. Jedynie przeczucia, słowa i własna silna wola. Tej z
początku Hermionie nie brakowało, lecz gdy minął grudzień, potem styczeń a ona
ledwo zdołała poruszyć małą szklaneczką, poczuła że traci animusz.
- Draco.. – jęknęła wciąż popychając szklankę palcami, aż ta
znalazła się na krawędzi stołu. – Czy naprawdę nie istnieją żadne książki o
magii bezróżdżkowej? –
Ślizgon spojrzał na nią znad czytanej gazety i uśmiechnął
się pod nosem. Widok nieradzącej sobie z czymś Hermiony był rzadki, w
większości przypadków to ona wiodła we wszystkim prym aż tu nagle napotkała
mur, przez który ciężko było jej się przebić. Rozżalenie kasztanowłosej trochę
bawiło Malfoya, ale tylko trochę. Westchnął i odłożywszy gazetę wstał, po czym
podszedł do dziewczyny i podciągnął ją do góry niczym szmacianą lalkę.
- Stań prosto. – rozkazał ściskając ją za ramiona. – Nie
dąsaj się jak obrażona dziewczynka. –
- Nie dąsam się. – odparła Hermiona z wyraźnie naburmuszoną
miną.
Ślizgon stłumił śmiech i wciąż stojąc za Hermioną chwycił ją
za prawą rękę.
- Zamknij oczy. – powiedział i gdy Hermiona wykonała
polecenie sam zrobił to samo. – Wszystko co nas otacza, oraz i my sami,
wytwarzamy energię. Znajduje się w nas jak i między nami. – zaczął i wyciągnął
ich ręce przed siebie. – Próżnia tak naprawdę nie istnieje. Przynajmniej nie w
tym świecie. – zaznaczył. – Kiedy jestem blisko ciebie, ale nie dotykam cię
ciałem, mimo to wciąż czuję tę elektryczność która jest między nami. Wiesz o
czym mówię, prawda? – zapytał. Hermiona kiwnęła głową na znak zgody. – Podobnie
jest z magią bezróżdżkową. Poczuj energię która otacza nawet tę stojącą na
stole szklankę. Ona sama jest martwa, ale wokół niej tętni życie. –
Hermiona nagle poczuła przyjemne mrowienie po wewnętrznej
stronie dłoni. Mając wciąż zamknięte oczy wyobraziła sobie stół i znajdującą
się na nim szklankę. Pomyślała o energii, jasnych, złocistych promykach które
oplatały ją, Dracona, stół i przestrzeń między nimi. Źródło samego życia. Poczuła że powietrze wokół nich robi się
gęstsze, bardziej złożone. Gdy już w pełni oczyściła umysł pomyślała tylko dwa
słowa, „Accio szklanka”. Nagle zacisnęła palce na chłodnym i twardym naczyniu.
Na powrót otworzyła powieki i z niedowierzaniem wpatrywała się w szklankę,
która już nie stała na stole, lecz znajdywała się w jej własnej dłoni.
- Udało mi się… - wyszeptała. – Naprawdę mi się udało. –
dodała po czym obróciła się w miejscu i praktycznie skoczyła ze szczęścia. –
Udało mi się Draco! –
Malfoy uśmiechnął się lekko i założył ręce na piersi. Widok
szczęśliwej Gryfonki która skakała ze szklanką w dłoni napawał go irracjonalną
wręcz radością. Właśnie za to kochał ją najbardziej. Za ciepło które od czasu
do czasu wybuchało niczym supernowa i ogarniało go swoim blaskiem. Kolejny
wieczór stał się dla niego oazą. Oazą dla wędrowca , który cały był pokryty bliznami
wojny, nienawiści i zaszczepianej od dzieciństwa złości. Zawsze coś gmatwał na swojej drodze, nigdy nie
umiał wrócić do domu i odnaleźć w nim wolności. Malfoy Manor, Czarny Dwór.. to
nigdy nie był dla niego dom. Raczej więzienie w którym musiał przebywać. Czy
nigdy nie miał miejsca, które mógłby nazwać domem? Miejsca w którym mógłby być sobą. Ale tym
razem odpowiedź przyszła szybciej niż mógłby się spodziewać. Zrozumiał w końcu,
że to dom odnalazł swego mieszkańca.
„Ona jest moim domem” pomyślał wpatrując się w jej
szczęśliwą i roześmianą twarz.
~
Kolejne tygodnie mijały im na ciężkiej, lecz owocnej pracy.
Harry potrafił już blokować ataki Malfoya a nawet raz czy dwa udało mu się
zaatakować Ślizgona, jednak oczywiście nie było mowy o tym, by zdołał wedrzeć
się do umysłu arystokraty. Hermiona dumna z przyjaciela także nie próżnowała i
w coraz lepszym stopniu posługiwała się magią bezróżdżkową.
- Mimo wszystko lubię mieć swoją różdżkę blisko siebie. –
powiedziała głaszcząc pieszczotliwie magiczny atrybut. Różdżka Hermiony,
wykonana z winorośli i zawierająca włókno ze smoczego serca towarzyszyła jej od
lat w wielu przygodach. Była częścią jej samej i nawet gdyby pewnego dnia
Gryfonka opanowała w pełni magię bezróżdżkową była pewna, że nie odłożyłaby
różdżki do szuflady.
Zbliżał się marzec i tak bardzo wyczekiwany przez rodzinę
Weasley termin porodu Fleur. Piękna blondynka o dziwo zrobiła się bardziej
spokojna niż na samym początku ciąży i gdy tylko przychodziła do szpitala na
kontrole, uśmiechała się zadowolona.
- Naprawdę nie chcecie znać płci? – zapytała po raz kolejny
Hermiona.
- Chcemy mieć niespodziankę. – odparł Bill. – Moja matka
obstawia chłopca, w końcu w naszej rodzinie dziewczynki to prawdziwa rzadkość.
–
- A ja uważam że to będzie dziewczynka. – powiedziała Fleur
głaszcząc duży brzuch. – Oczywiście nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. –
dodała kończąc myśl.
- To prawda. – zgodziła się Hermiona. – Płeć nie jest istotna.
– dodała i pomogła zejść pacjentce z kozetki.
Fleur mogła zacząć rodzić w każdej chwili, jednak nikt nie
spodziewał się że nastąpi to o tydzień wcześniej przed wyznaczoną datą. W
szpitalu oprócz dyżurującego Dracona nie było nikogo. Wczesnowiosenny deszcz
bił strumieniami o poły namiotu sprawiając że powieki Ślizgona stawały się
coraz cięższe. Kilkukrotnie pozwolił sobie na krótką drzemkę. Nagle zerwał się
ze stołka gdy do szpitala wszedł Bill Weasley z nietęgą miną i szybko
oddychającą Fleur w ramionach. Jej mina nie zwiastowała niczego dobrego.
- Powiedziała że od dwóch godzin ma lekkie skurcze, ale
dopiero teraz zaczęło ją porządnie boleć. – powiedział Bill i pomógł żonie
położyć się na łóżku przykrytym białym prześcieradłem. Draco poczuł jak przyśpiesza
mu puls. Wyciągnął różdżkę i dokonał pierwszej diagnozy.
- Ona rodzi. – powiedział sucho.
- Brawo, panie doktorze. – zakpił Bill odgarniając z twarzy
mokre włosy. – Dasz jej coś
przeciwbólowego? – zapytał gdy Fleur zacisnęła ręce na poręczach łóżka. Nie
trzeba było być geniuszem by widzieć, że cierpi.
- Muszę to skonsultować z Hermioną. – powiedział Draco i
wyczarował swojego patronusa. – Przyjdź do szpitala, natychmiast. – rzucił w
stronę duchowego posłańca który ledwo zmieścił się w namiocie.
- C-co to było? – zapytał Bill z szeroko otwartymi oczami
gdy Draco w końcu wysłał wiadomość.
- Mój patronus. – odparł spokojnie Malfoy.
- Czadowy. – przyznał z uznaniem najstarszy syn państwa
Wesley, lecz po chwili cała jego uwaga skupiła się na Fleur, gdy ta po raz
pierwszy krzyknęła z bólu na całe gardło.
~
Deszcz bił o dach namiotu mącąc jej spokojny sen. Mimo
wszystko udało jej się zasnąć i może nawet wyspałaby się porządnie, gdyby nie
dziwne uczucie, że ktoś ją obserwuje. Powoli otworzyła powieki i czując na
skórze dziwne mrowienie odwróciła się by spojrzeć w kierunku przejścia. Już
dawno tak nie krzyczała, zadarła się na całe gardło i rzuciła w kierunku
różdżki, leżącej na jej nocnym stoliku.
- Przyjdź do szpitala, natychmiast. – usłyszała nagle.
- M-Malfoy? – powiedziała wciąż kurczowo ściskając kołdrę. W
przejściu oczywiście nie było Dracona, lecz wielki, duchowy smok, który zdołał
wsadzić do środka jedynie łeb i część skrzydeł. Cała reszta patronusa
znajdowała się na zewnątrz.
- Przyjdź do szpitala, natychmiast. – powtórzył smok
uparcie. Hermiona czując że wydarzyło się coś ważnego wstała, ubrała stare
dżinsy i czarny podkoszulek z długim rękawem i pokonując wewnętrzny opór
stanęła obok smoka. „To tylko patronus”, tłumaczyła sobie w duchu. Biegnąc tuż
obok duchowego posłańca czuła się dziwnie, wiedziała że smok jest tylko czarem,
jednak miała wrażenie że bestia zerka na nią co chwilę, by się upewnić że
dziewczyna wciąż znajduje się blisko niego. Gdy dobiegła do szpitala smok
rozpłynął się w powietrzu. Nie wiedziała czemu, ale zrobiło jej się trochę żal.
Krzyk Fleur zaatakował jej uszy od wejścia. Blondynka,
ubrana już w szpitalną koszulę krążyła po namiocie zgięta wpół i warczała na
każdego kto chciał ją dotknąć. Gdy zauważyła zbliżającą się w jej kierunku
Hermionę wzięła głęboki wdech.
- W końcu. – powiedziała z wyrzutem.
- Już jestem Fleur, pozwól że cię zbadam. – odparła Hermiona
i pomogła blondynce położyć się na kozetce. Zabieg trwał kilkanaście sekund. –
siedem centymetrów rozwarcia, dziecko jest ułożone prawidłowo. – powiedziała
Hermiona ściągając gumowe rękawiczki.
- Może dasz jej coś przeciwbólowego? – zaproponował Bill. W
jego oczach Hermiona dostrzegła ból. Widok cierpiącej żony, mimo iż naturalny,
wywoływał w nim silne emocje.
- Przykro mi. – pokręciła głową kasztanowłosa. – Nie
dysponujemy lekami przeciwbólowymi dla ciężarnych, a nawet gdybym jakieś miała,
to i tak jest już za późno na ich podanie. – powiedziała twardym tonem. Teraz
nie mogła być po prostu Hermioną. Jeśli okaże strach lub niepewność, udzieli
się ona przyszłym rodzicom co może być katastrofalne w skutkach. Panika w
takich sytuacjach nigdy nie była wskazana. – Teraz czekamy na pełne rozwarcie.
– dodała. Wyczarowała parawan dla większej intymności rodzącej i jej męża po czym
odeszła kilka kroków by umyć ręce.
- Jak się trzymasz? – rzuciła w końcu w stronę Dracona który
siedział przy swoim biurku i lekko pozieleniał na twarzy.
- Te wrzaski mnie wykończą. – powiedział cicho. Co kilka
minut skurcz wywoływał u Fleur atak przeszywającego krzyku. Bill praktycznie
zdzierał dłonie masując jej obolały krzyż.
- Cud narodzin. – wzruszyła ramionami Hermiona i usiadła
obok niego. – Twój patronus napędził mi niezłego stracha. – odezwała się po
chwili chcąc zmienić temat. Draco spojrzał na nią odrywając na chwilę myśli od
rodzącej czarownicy.
- Podoba ci się? – zapytał.
- Nie da się ukryć że jest imponujący. – zgodziła się
Hermiona. – Największy jaki w życiu widziałam. – powiedziała i zauważyła jak
Draco prostuje się na krześle. Wiedziała że tą uwagą połechtała jego Ślizgońską
próżność.
- Naprawdę największy? – zapytał Malfoy z łobuzerskim
uśmiechem.
- Tylko bez takich. – rzuciła spode łba Hermiona. – To nie
czas na dwuznaczności. – dodała i szybko odwróciła twarz w kierunku wejścia,
gdyż do namiotu wpadła zdyszana i mokra Luna Lovegood. Jej długie, jasne
kosmyki ociekały deszczem a brązowy płacz pod wpływem wody zmienił kolor na
czarny.
- Hermiona! – krzyknęła Luna i podeszła do Gryfonki szybkim
krokiem. Kasztanowłosa wstała, wygląd Krukonki bardzo ją zaniepokoił. Luna może
i była specyficzna, ale nie miała problemów z głową, więc i nocne spacery w
ulewnym deszczu nie leżały w jej naturze. – Dwoje dzieci z sierocińca dostało
silnej gorączki. – powiedziała dziewczyna łapiąc oddech. – Trzecie obudziły
okropne wymioty, nie wiem co robić, McGonagall nie zna się na chorobach. –
dodała z rozpaczą. Luna od ponad roku zajmowała się dziećmi osieroconymi w
wyniku wojny. Stworzyła im w Złotym Feniksie namiastkę domu. Przynajmniej bardzo
się starała. Była dla nich niczym starsza siostra. Czytała do snu, wymyślała
przeróżne zabawy, koiła i osuszała łzy. Gdy w obozie pojawiła się McGonagall
razem zorganizowały prowizoryczną szkołę, by dzieciaki wciąż miały styczność z
edukacją. Starsza siostra Luna i surowa ale wspaniałomyślna ciotka McGonagall
stały się dla dzieci substytutem rodziny.
Hermiona była w kropce. Poród Fleur już niedługo miał wejść
w ostatnią, najbardziej skomplikowaną fazę, ale i sieroty były nie mniej ważne.
Jej wahanie trwało mniej niż minutę. Chwyciła za stojącą obok torbę i włożyła
do niej kilka właściwych eliksirów.
- Draco. – powiedziała stanowczo. – Poród przebiega
prawidłowo, przed chwilą badałam Fleur więc nie powinno być żadnych
komplikacji. Ja za chwilę wrócę, wyślę patronusa do Sary by przyszła pomóc przy
dzieciach, Albert jest przeziębiony więc nie może zbliżać się do pacjentów. –
powiedziała i wcisnęła torbę pod pachę. Arystokrata zrobił wielkie oczy.
- Nie ma mowy. – syknął. – Nie zostawisz mnie tu samego! –
- Nie histeryzuj. – odparła Hermiona i uwolniła rękę którą
Draco zaczął boleśnie ściskać. – Weź się w garść i w razie czego wyślij mi
patronusa. – powiedziała i w pośpiechu wyszła za Luną, która już pognała w
stronę namiotu dzieci.
Draco stał bezmyślnie wpatrując się w wyjście, aż nagle z
zamyślenia wyrwał go kolejny rozdzierający krzyk Fleur.
~
„Świetnie”, pomyślał, „Wspaniale”. „To dla niej takie
typowe!” jęczał w duchu przez kolejnych kilka minut. Obolała i będąca u kresu
sił Fleur stała zaciskając ręce na poręczy łóżka. Bill Weasley wydawał się być
spokojny, jednak coś w jego oczach zdradzało narastającą wewnątrz panikę.
Wrzaski stały się już nie do zniesienia, aż nagle ustały. Draco spojrzał na
rodzącą i coś mu się w jej wyglądzie nie zgadzało.
- Czy ty przesz? – zapytał bez ogródek prostując się na
krześle. Blondynka jednak nie odpowiedziała tylko zacisnąwszy usta zaparła się
kolejny raz. Dracona sparaliżowało. Kompletnie o tym zapomniał. Mógł być
czarodziejem czystej krwi, człowiekiem, mężczyzną czy kim tam chciał, ale czego
człowiek by nie stworzył nie mógł się wyprzeć na tym świecie jednej, jedynej
rzeczy. Instynktu. I to właśnie on, w tej właśnie chwili, podpowiedział
kobiecie że nadszedł właściwy moment.
Malfoy zerwał się na równe nogi i za pomocą różdżki
przetransmutował łóżko w wygodny fotel porodowy. Uczył się tego od miesięcy ale
wierzył że mimo wszystko to Granger przyjdzie odebrać poród. „Przeklęta
wiedźma! Że też zostawiła mnie samego akurat teraz..”. Strach ścisnął go za
gardło jednak nie mógł pozwolić by go obezwładnił. Wraz z Billem pomógł Fleur
wejść na fotel i gdy już odkaził ręce, wziął głębszy wdech. Poczuł że zaczynają
trząść mu się dłonie. Blondynka znów zaczęła krzyczeć, bóle parte także nie
należały do przyjemnych nie mówiąc już o pchającym się na świat dziecku.
- Fleur, oddychaj. – powiedział władczym tonem. – Gdy
policzę do trzech masz przeć, rozumiesz? –
Blondynka kiwnęła głową na znak zrozumienia. Ślizgon
podwinął rękawy białego kitla i zanim założył rękawiczki na ułamek sekundy
zawiesił wzrok na Mrocznym Znaku. Fleur z oczywistych powodów nie mogła go
dostrzec, jednak Bill również na niego spojrzał. Nagle oczy Malfoya i Weasley’a
spotkały się na moment. Nie wiedział czego się spodziewać. Czy czarodziej
chwyci go za fraki i każe mu się wynosić? Jednak Bill jedynie lekko skinął
głową, jakby chciał powiedzieć „rób co musisz”, więc Draco marszcząc brwi
zaczął odliczać.
- Fleur, musisz mi pomóc! Na trzy. Raz, dwa, trzy! Przyj! –
Nic w tamtej chwili nie miało już znaczenia. Ani to kim był,
ani to kim miał się w przyszłości stać. Mroczny Znak przestał mieć na niego
jakikolwiek wpływ. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Mógł się o tym uczyć, czytać
o tym w mądrych książkach, oglądać magiczne wizualizacje. Jednak nijak miało
się to do prawdziwego życia. Dawniej odbierał życie, porywał wbrew swojej woli,
bądź jakże często, stawał się świadkiem czyjejś śmierci. Teraz, przerażony lecz
zdeterminowany pomagał nowej istocie pojawić się na tej okrutnej, lecz równie
pięknej planecie.
Krzyk na powrót wypełnił namiot. Gęsty, lodowaty deszcz
uderzał o dach namiotu i zagłuszał wrzaski. Gdzieś niedaleko młoda dziewczyna
biegła w zimnych strugach ulewy, a uśpione dzieci odpoczywały po trudach
choroby. Ale to wszystko było nieważne. Rodziło się nowe życie. Już wkrótce
miała zabłysnąć kolejna, wspaniała gwiazda.
~
Hermiona biegła przed siebie błagając w duchu, by wszystko
było dobrze. Gdy po podaniu dzieciom lekarstw w namiocie pojawiła się Sara, z
ulgą pobiegła w stronę szpitala. „Skoro Draco nie wysłał patronusa, to znaczy
że wszystko jest w porządku, prawda?”, pocieszała się nie zwalniając kroku. Nagle
wpadła przez wejście niczym strzała i stanęła jak wryta widząc odgrywającą się
w środku scenę.
Draco trzymał w ramionach małe, zakrwawione dziecko, które
wciąż było połączone z matką grubą pępowiną. Nagle płacz maluszka wyrwał
Gryfonkę z szoku. Założyła czysty kitel, odkaziła ręce i założyła nowe
rękawiczki. Gdy już przecięła pępowinę kazała Draconowi wstać i położyć dziecko
w celu zbadania.
- Zajmij się Fleur, jeszcze łożysko. – powiedziała
przytomnie. Ślizgon niczym zaprogramowany robot zrobił co mu kazano i gdy już
okrył kobietę czystą kołdrą podszedł do Hermiony.
- Dobra robota, Draco. – szepnęła cicho kasztanowłosa i podała
mu małe zawiniątko. – Pokaż im dziecko. – dodała. Blondyn ułożył ręce w kształt
łódki i delikatnie oraz pewnie wziął maleństwo w ramiona. Gdy podchodził do
świeżo upieczonych rodziców, Fleur już wyciągała przed siebie ręce.
- Gratuluję. – powiedział arystokrata gdy noworodek spoczął
w czułych objęciach matki. – Macie córkę. – dodał.
- Victoire.. – szepnęła Fleur przybliżając twarz do policzka
dziewczynki. – Victoire, Victoire.. – zamruczała z miłością. Bill otarł łzy
wzruszenia i nagle, bez zapowiedzi podszedł do Dracona i objąwszy go mocno
poklepał po plecach.
- Dziękuję ci Draco. – powiedział puszczając wciąż
oniemiałego Ślizgona. – Dziękuję. –
- Draco. – zaczęła Fleur zmęczonym głosem. – Merci . –
powiedziała w swoim ojczystym języku patrząc na niego czule.
Hermiona stanęła obok ukochanego i przytuliła się do jego
ramienia. Poczuła że wciąż drży, jakby emocje całego wieczoru chciały w końcu
znaleźć ujście.
- Zostawmy ich na chwilę samych. – szepnęła do blondyna po
czym zasunęła parawan. Dopiero gdy Draco usiadł przy biurku i zasłonił twarz dłońmi,
zauważyła jak po policzkach spływają mu najprawdziwsze łzy.
~
Uścisk Billa Weasley’a był niczym, w porównaniu z uściskami
Molly Wealsy która następnego dnia wraz z mężem, Ginny, Ronem, Harrym i przybyłymi
kilka godzin wcześniej bliźniakami stawiła się w szpitalu. Łzom nie było końca.
Victoire przechodziła z rąk do rąk. Ginny, jako matka chrzestna obiecała w
przyszłości nauczyć swoją bratanicę wielu sztuczek na czarodziejskiej miotle.
Największym zaskoczeniem był Ron, który słysząc że to Malfoy odebrał poród i
szczęśliwie sprowadził dziewczynkę na świat, podszedł do Ślizgona i podał mu
rękę. Blondyn próbował ewakuować się poza namiot jednak Molly mu na to nie
pozwoliła. Ciągle wychwalała jego zdolności magomedyczne i wróżyła mu wspaniałą
przyszłość, jakakolwiek by ona nie była. Bliźniacy wyciągnęli wielki, magiczny
aparat oraz mniejszy, mugolski pożyczony od Colina Creevey i stawiając oba
aparaty na wyczarowanych stojakach włączyli samowyzwalacze. Fleur, mimo iż była
ledwie dzień po porodzie wyglądała na zadowoloną i szczęśliwą co sprawiało iż
wydawała się jeszcze piękniejsza. Leżała na szpitalnym łóżku trzymając w
objęciach córeczkę a rodzina ustawiła się dookoła niej.
- Hermiono, chodź do zdjęcia. – zawołała Molly Weasley
machając na nią ręką. Gryfonka zajęła miejsce obok Harry’ego.
- Ty też Malfoy. – odezwał się nagle Ron. Wszyscy na niego
spojrzeli. Kilkusekundową ciszę przerwał głos świeżo upieczonej mamy.
- Chodź Draco. W pewnym sensie należysz do rodziny. W końcu
jesteś pierwszą osobą na świecie, która trzymała moją córeczkę w ramionach. –
powiedziała czule. Draco spojrzał w maleńką twarzyczkę zaspanej Victoire. Nie
wiedział czemu, ale coś w obliczu dziewczynki kazało mu się przełamać.
Przyszedł czas pojednania.
Stanąwszy obok Gryfonki i obdarzając ją ledwie widocznym
uśmiechem spojrzał przed siebie. W tym samym momencie oba aparaty wydały z
siebie głośne kliknięcia. Mała Victoire zaczęła marszczyć nosek, aż w końcu
głośno i przeciągle zapłakała.
- Chyba nie przepada za zdjęciami. – zauważył Fred na co
wszyscy się zaśmiali.
Zza chmur nieśmiało wyszło słońce, niewątpliwie zwiastując
nadejście tak wyczekiwanej przez wszystkich wiosny.
~
Była wdzięczna losowi, mimo iż ten wystawiał ją raz po raz
na trudne próby. Była wdzięczna za przyjaciół, dzielnie stojących u jej boku
podczas najgorszych chwil. Była wdzięczna za rodziców, którzy za sprawą
zaklęcia nie pamiętali teraz o niej, lecz zawczasu nauczyli ją kochać i
dostrzegać piękno drugiego człowieka, nieraz tak głęboko ukryte. Była wdzięczna
za obóz, w którym tak wielu znalazło bezpieczną przystań. I w końcu, była wdzięczna
za niego. Za mężczyznę który sam przeszedł ogromną zmianę i pokazał że nikt nie
rodzi się zły.
Każdy dzień był dla niej powodem do radości. Wstawała rano i
muskała wargami czoło chłopaka, wciąż pogrążonego we śnie. Szła do szpitala i
witała się z Sarą oraz Albertem. Zakładała biały kitel i po kilku łykach
ulubionej kawy zapraszała pierwszych pacjentów. W porze obiadu przelotnie
witała się z pozostałymi mieszkańcami obozu, a wieczorem, po całym dniu znów
znajdowała ukojenie w ramionach ukochanego, o szarobłękitnych tęczówkach.
Pewnej nocy, gdy jasnowłosy chłopak myślał że śpi zauważyła
że pisze coś, będąc przy tym niesamowicie skupionym. Schował list do swojej
nocnej szafki i gdy nazajutrz wyszedł do szpitala pierwszy, odważyła się
zajrzeć. Gdyby list zaadresowano do matki bądź kogokolwiek innego, nie
ośmieliłaby się go przeczytać. Jednak na kopercie widniało jej imię i nazwisko.
DO HERMIONY GRANGER, przeczytała. Treść listu sprawiła iż
łzy płynęły po jej policzkach strumieniami, lecz zmusiła się do zachowania tego
dla siebie. Schowała kopertę z powrotem do szafki i wyszła z namiotu. Tego dnia
nie mieli zbyt dużo pacjentów. Po śniadaniu, gdy razem wracali w stronę
szpitala nagle stanął przed nimi ryś. Duchowy patronus Kingsley’a
Shacklebolt’a.
- Proszę o natychmiastowe stawienie się w moim namiocie. –
powiedział spiczasto uchy kot, po czym zniknął. Pobiegli razem, co chwilę
zerkając w swoją stronę. Zapewne musiało się coś stać, a ona czuła, że było to
złe.
W namiocie Kingsley’a był już Artur Weasley, Remus Lupin,
bliźniacy Weasley, Jakub wraz z Gabrielem i Adrianem oraz Bill Weasley. Wszyscy
wpatrywali się w czarnoskórego przywódcę obozu z napięciem. I wtedy Hermiona
usłyszała słowa Shacklebolta, które zmroziły ją aż do kości. Miały zmienić
wszystko, co do tej pory znała i uważała za słuszne. Były niemal jak wyrok.
- Śmierciożercy zaatakowali szpital Świętego Munga. Są już
pierwsze ofiary, lecz nie znam nazwisk. – zaczął z powagą Kingsley. – Ruszamy
natychmiast. Zabrałem Potterowi różdżkę, bo jestem przekonany że poszedł by za
nami. Arturze, twojemu najmłodszemu synowi również, Molly już mnie kiedyś o to
prosiła. – dodał w kierunku wstrząśniętego Artura.
Hermiona nie miała nawet czasu by się przebrać. Zdjęła
jedynie lekarski kitel, który położyła zaraz obok tego, należącego do Ślizgona.
Długie włosy spięła w wysoki kucyk, a zaręczynowy pierścień powiesiła na
srebrnym wisiorku, dostanym jako urodzinowy prezent od przyjaciół i schowała go
pod białą koszulką. Do przedniej kieszeni czarnych dżinsów wsunęła różdżkę, gdy
Draco podał jej dłoń w celu odbycia teleportacji łącznej. Spojrzała mu
głęboko w oczy. Miała wrażenie że
nadchodzi coś o stokroć gorszego niż wszystko inne. Coś, co na zawsze zmieni nie tylko jej życie, ale i ją samą.
Podając Lupinowi drugą rękę i czując silne szarpnięcie w
okolicy pępka myślała tylko o tym, by nie stracić Dracona z oczu.
Komentarze
Prześlij komentarz