Rozdział 16 - Ból.
Gdyby mógł cofnąć czas, zapewne wszystko zrobiłby inaczej.
Dokonałby innych wyborów, podjął inne decyzje. Brutalność i bezwzględność
otaczającego go świata gwałtem i przemocą raz po raz udowadniała mu, że bycie
„wybranym”, nic nie znaczy. Nie posiadał ani szczególnych mocy, ani wybitnego
umysłu. Jedyne co miał, to siłę i determinację którą podsycał ból sprzed lat.
Gdyby wszystko było proste, nie zawahałby się ani chwili i od razu podał się
śmierci na talerzu. Jednak los kpił z niego w najbardziej okrutny sposób. Miał
wrażenie, że każdy krok który robił zamiast przybliżać, oddalał go od celu.
Mocniej zacisnął palce na trzymanej w dłoni różdżce. Ile
jeszcze będzie w stanie znieść? Ilu ludzi będzie musiało się poświęcić? Jak
długo będą żyć w ten sposób? Nie wiedział.. Nie znał odpowiedzi na te pytania. Ani
na te, ani na żadne inne które były przed nimi, ani po nich. Czasami czuł że
nie wie już nic. Nazywają go „Chłopcem Który Przeżył”, „Wybrańcem”, lecz on
czuł się jedynie głupcem, który krąży w całkowitych ciemnościach i próbuje
złapać nieuchwytną postać Voldemorta. Voldemorta, który po raz kolejny odebrał
mu kogoś bliskiego.
Hermiona..
Gdy tydzień temu wraz z Draconem Malfoyem została pojmana
przez Śmierciożerców, myślał że to już koniec. Koniec wszystkiego. Koniec Rona,
który popadł w dziwny stan otępienia, koniec Luny, która co chwilę wybuchała
płaczem, koniec Ginny, która od kilku dni była zamknięta w namiocie szpitalnym,
po tym jak prawie rzuciła się własnemu ojcu do gardła. Po pogrzebie wszystkich
ofiar z ataku na Szpital Świętego Munga, Kingsley Shacklebolt zarządził
natychmiastowe przeniesienie obozu w inne miejsce, na wypadek gdyby Voldemort
dowiedział się o ich położeniu za sprawą Hermiony i Dracona. Ginny nie chciała
o tym słyszeć. Wrzeszcząc i płacząc broniła wejścia do namiotu porwanej
przyjaciółki i nie pozwalała nikomu go tknąć.
- Oni mogą tu wrócić! – wrzeszczała. – Co jeśli wrócą i
zobaczą że ich zostawiliśmy?! –
Molly próbowała przemówić jej do rozsądku, jednak żadne
słowa nie były w stanie ukoić serca dziewczyny.
Gdy w końcu przyszła pora, Artur z ciężkim sercem i sam niemal płacząc
rzucił w stronę córki zaklęcie. Coś wtedy w niej pękło. Jakaś jej część umarła
na zawsze, bo gdy tylko dostrzegła różdżkę ojca z dziką furią w oczach rzuciła
się w jego kierunku, nawet nie próbując się bronić. Na domiar złego świadkiem
wszystkiego był Ron, Luna i on sam, Harry Potter, który widząc ukochaną w takim
stanie miał ochotę wyć z rozpaczy. Jedyne co mógł zrobić to błagać ją by się
uspokoiła i gdy Sara przypięła ją pasami do szpitalnego łóżka, głaskać po
włosach i szeptać do ucha jak bardzo ją kocha. Lecz ona nie odezwała się już
ani słowem. Zamknęła się szczelnie w skorupie bólu i nie spojrzała na niego ani
jeden raz. Tylko od czasu do czasu, gdy przychodziła do niej cicha i
szlochająca Luna spoglądała w oczy blondynki, jakby wtedy wspólnie przeżywały
nieme cierpienie. Zawsze wtedy wychodził.
Z Hermioną odeszła radość i wiara w wygraną. Złamał się
filar podtrzymujący wszystkich na duchu i choć Neville próbował pozbierać się
do kupy i przyjąć ducha walki, nikt go nie słuchał. A przecież sam stracił
wszystko. Babcię, ojca, matkę… Harry wstał z ławki i zauważywszy przechodzącego
obok Neville’a podszedł do niego wołając.
- Cześć Neville. –
Gryfon zatrzymał się słysząc przyjaciela.
- Cześć Harry – odparł. – Idę na poligon, pomyślałem że
ćwiczenia dobrze mi zrobią – powiedział i skręcił w uliczkę prowadzącą na
strzelnicę.
- Pójdę z tobą – powiedział Harry i przyłączył się do
Neville’a. Cieszył się że chłopak nijak tego nie skomentował.
*
Ciężkie księgi i zwoje woluminów dawały jej ukojenie. Zapach
starego papieru, szelest kartek, faktura skórzanych okładek. Mogła spędzać tak
czas godzinami. Nie niepokojona przez nikogo w skupieniu i oddaniu segregowała
i czyściła zbiór Severusa Snape’a. Wielkie szafy powoli odzyskiwały blask, a na
ich półkach z wolna zaczął panować porządek. Robiła to w ciszy i skupieniu i
choć czasami Severus siedział przy swoim biurku i od czasu do czasu rzucał w
jej kierunku przelotne spojrzenia, ona nie czuła skrępowania. Gdy trzymała w
rękach kolejną książkę, tak starą że jej zapach przechodził na dłonie, nic
innego nie miało dla niej znaczenia. Czasami pozwalała sobie na chwilę
zapomnienia i przymykając oczy zatapiała się w zapachu starych ksiąg. Pachniały
domem, Hogwartem, wolnością, nauką… Pachniały wiedzą i wspomnieniami dziesiątek
lat. Zapach ten koił jej zmysły i dodawał odwagi. Zawsze gdy później otwierała
na powrót oczy, pozwalała sobie na blady uśmiech. Gdyby przyjaciele mogli teraz
ją zobaczyć, zrobiłaby wszystko, żeby tylko móc spojrzeć na nich jeszcze jeden,
jedyny raz. Znów sięgnęła do szyi. Natrafiła na pustkę i kolejny raz zrozumiała
że czegoś tam brakuje. Nie wiedziała dokładnie czego, ale przeczuwała że może
to znaleźć w rzeczach które miała na sobie w dniu, w którym trafiła do Czarnego
Dworu. Problem tkwił jednak w tym, że wszystkie jej ubrania i rzeczy osobiste,
w tym różdżkę, skonfiskował Snape. Wątpiła by mistrz eliksirów zgodził się
oddać jej rzeczy, nawet gdyby błagała go na kolanach bijąc głową o podłogę. Z
pewnością byłby zachwycony, jednak była pewna że i tak nie pozwoliłby jej
zabrać nawet skarpetki.
Westchnęła i odłożyła na półkę kolejną księgę. Severus,
siedząc przy biurku utkwił wzrok w jakimś woluminie i udawał że jej tutaj nie
ma.
- Panie – zaczęła Hermiona. Na ten zwrot Snape zmarszczył
brwi lecz nie zaszczycił jej spojrzeniem. – Czy mogłabym przerwać pracę?
Dochodzi południe, muszę pomóc Becky w sprzątaniu i roznoszeniu posiłków. –
Snape w końcu na nią spojrzał.
- W porządku, ale przyjdź tutaj gdy tylko skończysz –
powiedział i wrócił do czytania.
- Tak jest – odparła Hermiona i dygnęła krótko. Zamknąwszy
za sobą drzwi udała się długimi, pięknie zdobionymi schodami na sam dół. W
hollu uśmiechnęła się do Karen, niosącej jedną z tac, po czym skręciła w lewo
do kuchni.
- Świetnie że przyszłaś – powiedziała stara Marietta i
wytarła ręce w biało - granatową ściereczkę. Stajenny Peter właśnie kończył
jeść swoją porcję zupy, tak samo jak Becky. – Zanieś to proszę Pani Malfoy –
wskazała na srebrną tacę na której leżał talerz zupy, drugie danie i puchar
soku dyniowego. – Później wróć po porcję dla Profesora Snape’a i panicza
Malfoya. – dodała Marietta i wróciła do przygotowywania deseru. Hermiona
posłusznie sięgnęła po leżącą tacę i chwyciwszy ją oburącz otworzyła sobie
drzwi łokciem. Była tu już od tygodnia i choć przez pierwsze dni starała się
unikać domowników i nie wchodzić nikomu w drogę, szybko przekonała się że nie
będzie to zbytnio możliwe. Pałac był ogromny, oprócz sprzątania którym
zajmowała się na spółkę z Becky i Karen, trzy razy dziennie musiała roznosić
posiłki do pokoi, nie wspominając już o innych, nagłych zajęciach. Ktoś wołał o
czysty ręcznik, ktoś o herbatę, a jeszcze kto inny akurat miał zachciankę na
kawałek czekoladowego ciasta. Gdy była zajęta układaniem ksiąg u Snape’a nie
musiała zaprzątać sobie głowy innymi zadaniami, jednak wiedziała że nie może
zostawić koleżanek całkiem samych. Czuła, ze byłoby to nie w porządku. W
większości mieszkańcy Czarnego Dworu udawali że nie widzą jej osoby,
zachowywali się tak, jakby jej tutaj nie było, za co była wdzięczna. Gdy
musiała zanieść śniadanie Teodorowi Nott’owi z początku się biała, jednak
chłopak jedynie skinął na nią głową gdy weszła i ruchem dłoni kazał wyjść, gdy
taca leżała już na stole. Podobnie było z Blaise’m Zabinim, chociaż ten
zaszczycał ją przelotnym spojrzeniem. Becky i Karen zanosiły posiłki innym
Śmierciożerom w obawie, że wyrządzą jej krzywdę tak, jak to zrobiła pierwszego
dnia Bellatrix Lestrange. Odetchnęła więc z ulgą gdy okazało się że nie musi
usługiwać Rudolfowi Lestrange i jego żonie, Corban’owi Yaxley’owi, Augustusowi
Rookwood’owi, Lucjuszowi Malfoyowi i staremu Nott’owi, ojcu Teodora, który tak
jak pozostali mieszkał w tym zamku. Nie wiedziała dlaczego, ale zawsze gdy
wchodziła do pokoju Dracona Malfoya czuła się dziwnie. Chłopak zazwyczaj
siedział przy swoim biurku i patrzył na nią od chwili w której przekraczała
jego próg. Miała wrażenie że chce coś powiedzieć, zapytać o coś, lecz jak dotąd
nie odezwał się do niej ani słowem.
Trzymając w rękach tacę przeznaczoną dla Narcyzy Malfoy,
weszła na schody i w tym samym momencie usłyszała zduszony krzyk i dźwięk
tłuczonej porcelany. Przerażona i z bijącym sercem przyśpieszyła kroku i gdy znalazła
się na pierwszym piętrze, dostrzegła Karen leżącą wśród odłamków talerzy i
resztek obiadu. Podszedłszy do dziewczyny położyła tacę na podłodze i podała
jej rękę.
- P –potknęłam się – wydukała blondynka i otrzepała się z
jedzenia. – Nie wiem co mam zrobić, to był obiad pana Malfoya – dodała
przerażona. Cała się trzęsła, wiedziała że nie ominie jej kara. Hermiona bez
słowa schyliła się po swoją tacę i podała ją dziewczynie. Zanim jednak zdołała
wytłumaczyć wszystko zdezorientowanej koleżance i wcisnąć jej w dłonie tacę, na
korytarz wyszedł Lucjusz.
- Proszę, proszę. Co my tutaj mamy – powiedział mrużąc
powieki. W ręku trzymał swoją czarną laskę, zakończoną metalową głową węża.
Hermiona wiedziała że w lasce ukryta jest różdżka czarodzieja. – Mój obiad. –
powiedział wskazując resztki wsiąkające w dywan. - Doprawdy Shaw, jesteś
beznadziejna. Głupsza nawet od tej szlamy – wskazał tym razem na Hermionę. Jego
wzrok na chwilę zatrzymał się na Gryfonce, jednak po chwili znów spojrzał na
roztrzęsioną blondynkę. – Rozepnij suknię od góry – rozkazał. – I stań twarzą
do ściany – dodał i wyjął różdżkę z laski. Karen zaniosła się płaczem.
- Nie, Panie, błagam! Błagam o wybaczenie! – łkała niemal
krzycząc.
- Zamknij się i rób co mówię! – wrzasnął Lucjusz. Hermiona czuła
że serce obija jej się o żebra. Waliło jak oszalałe, bo wiedziało co zamierza
zrobić jego właścicielka. Nie czekając dłużej Hermiona wepchnęła tacę w ręce
Karen i bez słowa rozpięła suknię, odsłaniając białe plecy. Stanąwszy przed
zapłakaną dziewczyną zmusiła się by nie okazać strachu.
- To moja wina Panie. Zaszłam jej drogę i dlatego upadła.
Proszę o ukaranie – powiedziała spokojnie. Lucjusz zmarszczył brwi.
- Wiem że łżesz wstrętna szlamo, jak wszyscy twojego pokroju
– powiedział wymierzając w nią różdżkę.
- Ale niech ci będzie – dodał po chwili. – Może to was czegoś nauczy. –
Nagle z różdżki czarodzieja wystrzelił długi, gruby bicz. Pod Hermioną prawie
ugięły się kolana. Wiedziała że tego bólu nigdy nie zapomni. Nagle oczy jej i
pozostałych zwróciły się w kierunku chłopaka, który zszedł z wyższego piętra.
- Draco, wspaniale – powiedział Lucjusz widząc syna. –
Przyszedłeś w samą porę. –
- Co się tutaj dzieje? – zapytał spokojnie blondyn, jednak w
jego głosie Hermiona wyczuła nutę zdenerwowania.
- Szlama upuściła mój obiad – wyjaśnił mu ojciec. Draco
spojrzał na zaplamioną suknię Karen i tacę którą trzymała, a która trzęsła się
teraz pod wpływem drżenia jej rąk. Znajdował się na niej kwiat z zamkowego
ogrodu, taki o który zawsze prosiła jego matka. Od razu zrozumiał że to nie
Granger upuściła tacę, lecz roztrzęsiona blondynka. Nie wiedział co ma zrobić.
Skoro to nie Granger zbiła zastawę, to dlaczego teraz stoi przed nimi z
odsłoniętymi plecami? Nie rozumiał tego. Nagle zrozumienie przyszło szybciej,
niż mógłby się spodziewać. Przecież to takie proste… Bo to Granger.
Przyjaciółka Harry’ego Pottera, Gryfonka. Od dnia w którym pierwszy raz
zobaczył ją w tym zamku targały nim silne emocje, których nie rozumiał. Było
coś w jej oczach gdy przychodziła do niego z posiłkami. Było coś w jej długich,
brązowych włosach spiętych czarną klamrą. Było coś w jej dłoniach które
podawały mu talerze. Było coś w niej… Coś, czego nie umiał zrozumieć. Nagle z
zamyślenia wyrwał go głos ojca.
- Chodź tutaj, pora na naukę wymierzania kar. Skoro masz w
przyszłości zostać panem tego zamku, musisz się nauczyć obchodzić ze służbą –
powiedział Lucjusz i z niecierpliwością czekał aż syn do niego podejdzie. Gdy
Draco zbliżył się do niego mijając dziewczyny, ojciec wcisnął mu do ręki różdżkę,
będącą teraz biczem. Chciał spojrzeć w jej twarz, znaleźć w niej odpowiedź lecz
ona zdążyła odwrócić się już do ściany. Założyła włosy na ramię i zacisnęła
ręce. – Chwileczkę – powiedział nagle Lucjusz i wyciągnąwszy różdżkę Dracona z
kieszeni, skrępował dłonie Gryfonki zaklęciem ponad jej głową. Oddech Hermiony
przyspieszył. – Zaczynaj – rozkazał
Lucjusz.
Draco spojrzał na bicz i zacisnął mocniej rękę. Rzucił okiem
na jej plecy i poczuł ból w głowie, tak silny że niemal syknął. Chwila mijała aż
w końcu Lucjusz, wściekły i rozsierdzony opieszałością syna wyrwał Draconowi
bicz z ręki.
- Ciągle jesteś słabeuszem! – warknął i bez chwili wahania
wymierzył cios.
Wrzask wypełnił korytarz. Czerwona, podłużna pręga przecięła
plecy Hermiony. Gdyby nie zaklęcie upadłaby na podłogę. Drżąc i krzycząc
przyjmowała kolejne baty które, zdawać by się mogło, sięgnęły już do kości. Skóra,
jeszcze tak niedawno jasna i lekko zaróżowiona teraz barwiła się krwią i
podłużnymi ranami. Wrzask wwiercał się w jej uszy i czuła że już więcej nie
wytrzyma. Gdyby ją teraz zabił, byłaby mu wdzięczna.
- Ojcze! – wrzasnął Draco. – Wystarczy! –
Lecz Lucjusz nie słuchał. W jego oczach Draco dostrzegł
czyste zło i satysfakcję z zadawanego cierpienia. Nie było już tam ojca, którego
znał jako mały chłopiec. Miał wrażenie, że nie odkrywa tego po raz pierwszy.
- Powiedziałem dosyć! – wrzasnął powtórnie i stanął przed
Gryfonką. W tej samej chwili bicz smagnął go po twarzy. Zapiekło żywym ogniem.
- Lucjusz! – w korytarzu niczym czarna zjawa pojawił się
Severus Snape. Wściekły podszedł do
starego Malfoya i niemal chwycił go za koszulę. – Co ty wyprawiasz do cholery!
–
- Wymierzam karę, nie wtrącaj się!-
- Niby za co. –
Lucjusz wskazał na wciąż leżące na podłodze resztki.
- Baty za stłuczony obiad? – warknął Snape. – I z tego co
widzę, to raczej nie ona go zniszczyła. –
- Ale wzięła to na siebie. –
- Nie obchodzi mnie to! – wrzasnął. - Wiesz że Granger jest
teraz pod moimi rozkazami, w takim stanie ta dziewucha nie będzie mogła nawet
dotknąć książek bo jeszcze zaplami je swoją krwią! – dodał po czym ruchem
różdżki zdjął zaklęcie krępujące dłonie dziewczyny. Nieprzytomna szatynka upadła
na twarz. – Karen, zostaw obiad Panu i odejdź – powiedział w stronę wciąż
trzęsącej się dziewczyny. – Rób co mówię! – wrzasnął po chwili gdy blondynka
wciąż stała zaciskając place na srebrnej tacy. Karen postawiła tacę na podłodze
i niemal wybiegła z korytarza. – Draco, chodź ze mną – zwrócił się w stronę
blondyna Severus. – Ciebie też trzeba opatrzyć – dodał, po czym lewitując przed
sobą zakrwawioną Gryfonkę skierował się do swojej komnaty.
*
Była daleko, najdalej jak tylko mogła. Siedziała na długiej,
drewnianej huśtawce w ogrodzie swoich rodziców a obok niej była mama. Słońce
przedzierało się spomiędzy liści i ogrzewało ich twarze. Przymknęła powieki.
Mogła tak zostać choćby i do końca świata.
- Przyjemny dzień, prawda? – usłyszała ukochany głos.
- Tak – zgodziła się uśmiechając, lecz po chwili
spochmurniała. – Mamo? –
- Słucham kochanie. –
- Boję się otworzyć oczy – powiedziała szeptem. – Czy mogę
zostać tak jeszcze przez chwilę? –
- Zostań jak długo zechcesz. – usłyszała w odpowiedzi.
Nie chciała niczego więcej.
*
Drzwi otworzyły się z hukiem. Do wielkiego pokoju zawalonego
antycznymi meblami, książkami, zwojami pergaminów i masą butelek wszelkiej
maści wszedł wściekły Severus Snape, lewitując przed sobą omdlałą dziewczynę. Położył
ją na swoim wielkim łożu z baldachimem i gdy tylko ciało Hermiony dotknęło
miękkiej pościeli, rozerwał jej suknię tak, by odsłaniała całe plecy, będące
teraz w strzępach. Draco Malfoy przyglądał się temu z szeroko otwartymi oczami.
Długie, kasztanowe włosy falą opadały niemal do samej podłogi, zauważył że
kapie z nich krew. Bezwiednie sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej białą
chusteczkę ze złotym haftem. Gdy podszedł do łóżka uklęknął przed dziewczyną i
starł krew z jej włosów.
- Siadaj – syknął do niego Snape i wskazał mu stojący obok
łóżka wygodny fotel. Sam zaczął wyczarowywać czyste, jedwabne chusty, by opatrzyć
nimi poszarpane ciało Gryfonki. – Dobrze że zemdlała, inaczej popękałyby nam
uszy – powiedział Snape i najdelikatniej jak potrafił przemył rany środkiem
dezynfekującym. Gdy zakrył plecy Hermiony jedną z jedwabnych chust podszedł do
Dracona i chwycił go pod brodę by przyjrzeć się ranie na policzku. – Wypij to –
powiedział i wręczył mu małą buteleczkę. Draco wykonał polecenie i od razu
poczuł jak opuszcza go ból. Gdy już został znieczulony Severus rzucił na niego
kilka zaklęć, posmarował ranę grubą warstwą maści i założył opatrunek. – Muszę
wyjść, wrócę wieczorem. Gdy się obudzi podaj jej środek przeciwbólowy i nanieś
na rany maść. Zapobiegnie bliznom – powiedział Severus kładąc na stoliku
potrzebne ingrediencje.
- Dlaczego ja? – wykrztusił zaskoczony Draco.
- A dlaczego nie – odparł szorstko Snape i po chwili wyszedł
zamykając za sobą drzwi.
Draco westchnął i oparł czoło o dłoń. Zauważył że jedwabne
chusty na plecach dziewczyny coraz bardziej nasiąkają krwią.
~
Obudził go wrzask. Wzdrygnął się na krześle i otworzywszy
oczy zaskoczył go panujący dookoła półmrok. Jedynie kilka gazowych lamp
stojących w poszczególnych częściach pokoju, dawało blask żółtego światła.
Spojrzał w jej stronę, Hermiona krzyczała płacząc i zaciskając ręce o brzegi
kołdry. Wstał i chwycił za eliksir znieczulający.
- Uspokój się – powiedział podchodząc do niej. – Wypij to,
przestanie boleć –
- N -nie dotykaj mnie Malfoy! – wrzasnęła przez łzy.
- Nie mam zamiaru. Tylko odwróć głowę tak, bym mógł wlać ci
to do ust. I przestań wrzeszczeć. –
Spocona od wysiłku i bólu kasztanowłosa odwróciła w jego
stronę twarz i pozwoliła by arystokrata przystawił jej butelkę do ust. Już po
chwili ból zelżał, lecz wciąż czuła w plecach nieprzyjemne rwanie.
- Wiem że miałem cię nie dotykać, ale muszę posmarować ci
plecy. – powiedział sięgając po pudełeczko z maścią. Hermiona zmarszczyła brwi.
- Nic nie musisz – odparła.
- Chcesz mieć blizny? – zapytał stając przed łóżkiem.
- Nic mnie to nie obchodzi –
Draco zacisnął pięść lecz po chwili delikatnie i powoli
ściągnął z pleców dziewczyny opatrunek. Nabrawszy maści na palce przejechał
nimi po ranach od bicza. Poczuł jak Gryfonka drży. Robił do powoli i dokładnie,
a gdy w końcu skończył poszedł do znajdującej się obok łazienki, umył ręce i na
powrót usiadł w fotelu. Hermiona odwróciła twarz w jego kierunku.
- Co z twoim policzkiem – zapytała cicho. Blondyn wzruszył
ramionami.
- Bicz ojca jest dosyć długi – odparł utkwiwszy wzrok w
podłodze.
Hermiona zmarszczyła brwi, lecz zanim zdążyła powiedzieć coś
jeszcze nagle do komnaty wszedł Severus Snape. Bez słowa podszedł do swojego
biurka i zaczął wyciągać z torby nowe eliksiry. Ruchem różdżki zapalił
znajdujący się pod sklepieniem sufitu żyrandol, tak więc pokój wypełniło jasne
światło. Po chwili odwrócił się od biurka i podszedł w ich stronę.
- Żyjesz – powiedział przyglądając się Hermionie.
- Tak Panie – odparła Gryfonka.
- Skończ już z tym Panem! Mów do mnie Profesorze Snape. –
warknął mistrz eliksirów i delikatnie zdjął jej z pleców opatrunek.
- Dobrze, profesorze. –
Severus zaczął rzucać na jej plecy skomplikowane zaklęcia
lecznicze i gdy skończył podszedł do młodego Malfoya. Gdy skończył rozległo się
pukanie do drzwi.
- Severusie, to ja – usłyszeli głos Lucjusza. Draco spojrzał
na Snape’a, a Hermiona zacisnęła palce na pościeli.
- Właź na łóżko i oboje ani słowa – powiedział Snape do
Dracona i gdy ten usiadł po drugiej stronie łoża, zaraz obok Hermiony, opuścił
zaklęciem kotary. – Wejdź – rzucił w stronę drzwi.
Hermiona spojrzała na siedzącego obok blondyna. Napotkała
przenikliwe spojrzenie jego szarobłękitnych oczu i poczuła że zna te oczy. Ale
nie tak, jak za czasów Hogwartu. Przemyślenia przerwała jej rozmowa tocząca się
tuż za kotarami.
- Mam nadzieję, że się na mnie nie gniewasz – powiedział
Lucjusz siadając przed biurkiem Snape’a. Severus patrzył na arystokratę nie
ukrywając złości.
- Ja nie, ale Czarny Pan nie był zadowolony – odparł.
Lucjusz wyprostował się jak struna.
- C-Czarny Pan? Nie rozumiem. Przecież to tylko szlama, co
go obchodzi taka.. – zaczął, lecz Snape przerwał mu w połowie zdania.
- Nie chodziło mu o Granger, gdyż w istocie nie dba o jej
życie. Był wielce niezadowolony, że przez twoje widzimisię praca całego zamku
została zachwiana. Wiesz jak on tego nie znosi – powiedział Snape patrząc
Lucjuszowi prosto w oczy. – Następnym razem zanim cokolwiek zrobisz, przyjdź do
mnie. Wiesz że wszystkie służące w tym domu podlegają mnie. –
- Ale to ja jestem panem tego domu! – uniósł się Lucjusz odzyskując
rezon i waląc pięścią w poręcz krzesła.
- Haaa? – Snape uniósł brew ze zdziwienia. – To Czarny Pan
jest prawowitym władcą w tym zamku, ty można rzec, spełniasz jedynie funkcję
reprezentanta ze względu na swą czystość krwi i rodowód. Nie zapominaj jednak,
że prawdziwy „król” mieszka w zachodnio północnej wieży. –
Lucjusz zacisnął szczęki i powstrzymał się od komentarza. Doskonale
zdawał sobie sprawę ze swojego położenia i czuł prawdziwą wściekłość na myśl,
że mistrz eliksirów mimo swego mieszanego pochodzenia, jest wyżej w hierarchii
od niego.
- Żądam by jedna ze służek była pod moją wyłączną
jurysdykcją – wrzasnął. – To samo tyczy
się Dracona. Nie pozwolę byście zepchnęli nas do ról zamkowych ozdóbek –
powiedział wstając. Snape przyglądał mu
się przez chwilę aż w końcu odparł.
- W porządku. Od jutra Becky będzie pod twoją władzą. Niech
Granger podlega Draconowi. Zaznaczam jedynie, ze jeśli dojdzie do czegoś z czym
nie będę się zgadzał, prawo do decydowania o ich losie zostanie wam odebrane. –
powiedział i jak gdyby nigdy nic zajął się leżącymi na biurku papierami.
Lucjusz uśmiechnął się pod nosem.
- To okrutne, wiesz? – powiedział cynicznie. – Pozwolić, by
akurat tych dwoje było na siebie skazanych w ten właśnie sposób. –
- Skończyłem rozmowę Lucjuszu! Wyjdź proszę. – uciął szybko
temat Snape. W jego głosie wyczuć można było napięcie. – Przekażę służbie nowe
wytyczne. Dobranoc. – dodał i gdy Lucjusz zamknął za sobą drzwi wstał od biurka
i podszedł do łóżka rozsuwając kotary zaklęciem.
- Nie pozwolę by ten łajdak miał jakiekolwiek prawo do
Becky! – warknęła Hermiona wciąż leżąc na brzuchu.
- Będzie tak jak każę, Granger, a ty lepiej naucz się
trzymać język za zębami. – dodał i otworzył słoiczek z maścią. Draco wstał i
życząc Severusowi dobrej nocy, wyszedł z komnaty. Hermiona odprowadziwszy go
wzrokiem zaczęła zastanawiać się nad słowami Lucjusza. Niestety, nic nie mogła
z nich zrozumieć.
~
Gdy dwa dni później była w stanie założyć nową suknię i
zejść do kuchni od progu powitało ją grono wzruszonych ludzi. Marietta obiecała
podać jej największy kawałek ciasta, a Becky nieco zgaszona i cicha cieszyła
się z jej powrotu. Hermiona podejrzewała że za nastrojem dziewczyny musi stać
wiadomość, iż od teraz będzie na każde skinienie Lucjusza Malfoya i to on
będzie wyznaczał jej kary. Peter, jak zawsze pachnący świeżym sianem poklepał
ją delikatnie po ramieniu i poprosił by wieczorem pomogła mu w stajni, na co
Hermiona przystała z ochotą gdyż od samego początku była ciekawa tutejszych
koni. Za to Karen… Widząc Hermionę
praktycznie rzuciła się jej do stóp. Płacząc i jąkając się przepraszała ją raz
po raz, aż w końcu Gryfonka podniosła blondynkę z kuchennej posadzki i otarła
jej łzy rękawem.
- To nie twoja wina, Karen – powiedziała uśmiechając się
łagodnie. – Nas w ogóle nie powinno tutaj być. Ból który mi zadano nie był z
twojej winy, lecz ze zła które powinno zniknąć. Nie obwiniaj się, proszę –
dodała i przytuliła dziewczynę która na nowo zaniosła się płaczem. Od tej
chwili Karen pełna wdzięczności postanowiła pracować jeszcze ciężej, wierząc że
zyskała nową, wspaniałą przyjaciółkę. Z uśmiechem pomagała Mariettcie w kuchni
i zanosiła jedzenie uważając na to, by znowu się nie potknąć. Hermiona widząc
jej optymizm sama pozwalała sobie na uśmiech.
- Becky.. – zagadnęła brunetkę Gryfonka podczas czyszczenia
schodów. Dziewczyna stała się dziwnie milcząca. – Jeśli Lu.. Pan Malfoy coś ci
zrobi, powiedz mi o tym od razu, dobrze? –
Becky spojrzała na nią i po chwili skinęła głową na znak
zgody. Hermiona miała wrażenie że już jest coś, o czym powinna była wiedzieć.
- Wiesz.. – usłyszała nagle Hermiona. – Masz szczęście –
powiedziała Becky szorując poręcze. – Panicz Draco z pewnością jest dobrym
Panem. –
Gryfonka zamyśliła się nad jej słowami. Musiała przyznać że
młody arystokrata rzadko kiedy prosił ją o cokolwiek. Jej dzień wyglądał
podobnie do tych, które spędzała zanim stała się jego „własnością”. Wciąż z
rana dostarczała jemu i jego matce tacę ze śniadaniem. Później na dwie godziny
szła do profesora Snape’a by kontynuować porządki w jego szafach, a w porze
obiadu tak jak reszta roznosiła posiłki, by popołudniami oddać się sprzątaniu i
innym poleceniom wydanym przez Mariettę. Prawdę mówiąc Draco poprosił ją do
siebie tylko raz, po to by zmienić znak na jej łopatce z litery „M” na „D”.
Zanim przystąpił do działania kazał wypić jej eliksir znieczulający, za co była
mu wdzięczna. Bellatrix z pewnością nie byłaby dla niej tak łaskawa. Z resztą,
nie tylko ona. Hermiona spojrzała na klęczącą obok Becky. Już od jakiegoś czasu
podejrzewała że dziewczyna może darzyć młodego Malfoya szczególnymi uczuciami,
jednak nie miała odwagi ją o to zapytać. Dziwiła się też co takiego widzi w
arystokracie. Ona pamiętała go tylko jako rozkapryszonego, wiecznie nadętego
dzieciaka z czystokrwistej rodziny. Chociaż… Jak zawsze miała wrażenie, że o
czymś zapomniała.
Gdy wróciły do kuchni było już dobrze po dziewiątej.
Marietta wyszorowawszy stół usiadła na zawsze zajmowanym przez siebie miejscu i
utkwiła wzrok w notatkach, a Karen kończyła wycierać naczynia do sucha.
- Słuchajcie dziewczyny – odezwała się nagle Marietta i
poprawiła swój siwy kok. – Od jutra będziemy mieć jeszcze więcej pracy. W zamku
zamieszkają dwie nowe osoby, więc tak jak i wy zacznę roznosić posiłki. Inaczej
nie wyrobimy się ze wszystkim – powiedziała odrywając wzrok od papierów.
- Kto przyjeżdża? – zapytała Karen odwieszając szmatkę.
- Panna Pansy Parkinson i panna Astoria Greengrass – odparła
Marietta wstając.
Hermiona poczuła, że najgorsze upokorzenia są dopiero przed
nią.
SŁOWO OD AUTORKI:
Jak zawsze dziękuję za każdy głos i komentarz. Mam nadzieję że rozdział przypadł Wam do gustu! Kolejna część już wkrótce :)
Komentarze
Prześlij komentarz