Rozdział 12- Przysięga.


W powietrzu unosił się zapach wczesnej jesieni. Pierwsze liście straciły swój zielony kolor na rzecz złota i brązu. Dzień wcześniej padał rzęsisty deszcz, lecz teraz mocno świeciło słońce. Wysoki, jasnowłosy chłopak o szarobłękitnych oczach wpatrywał się w taflę jeziora, na której nie było ani jednej zmarszczki. Do czasu. Nagle powierzchnia wody zadrżała, jak gdyby miało miejsce trzęsienie ziemi, po czym z samego środka zbiornika buchnęła potężna fala, sięgająca kilkudziesięciu metrów. Opadała powoli, niespiesznie, opryskując pojedynczymi kropelkami pobliskie krzewy. Draco westchnął. Manipulacja przyrodą szła mu coraz lepiej, lecz nie po to przyszedł w to odosobnione miejsce, by bawić się magią bezróżdżkową. Utkwił wzrok w wodzie, która z chwili na chwilę stawała się coraz bardziej spokojna. Przypomniał sobie słowa Kingsley’a Shacklebolta i zmrużył powieki. „Udowodniłeś że jesteś po naszej stronie i zasłużyłeś na to, by w pełni cieszyć się z przywilejów Złotego Feniksa. Od tej chwili jesteś pełnoprawnym mieszkańcem tego obozu.” Echo tych słów wciąż szumiało mu w głowie. Po raz pierwszy stał się częścią jedności, grupy, społeczności która tak bardzo różniła się od zbieraniny popleczników Voldemorta. Tutaj nikt niczego mu nie nakazywał, nie ograniczał, nie karał. Mógł iść na spacer pod ramię z Hermioną Granger i jedynie zaciśnięte z niezadowolenia usta Rona Weasleya świadczyły o tym, że nie każdy jest tym zachwycony. Codziennie wstawał rano i szedł do szpitala, by pod czujnym okiem Alberta oraz Sary wraz z Gryfonką doskonalić swoje magomedyczne zdolności. Jednak to mugolska medycyna przyprawiała go o mocniejsze bicie serca. Była bardziej „niecywilizowana”, jak to zapewne powiedziałby jego ojciec, jednak coś w jej surowości sprawiało że chciał poznać ją lepiej. Odkażanie ran, szycie, zapoznawanie się z lekami i ich chemicznym składem. Nauka chemii szła mu dobrze, jednak musiał przyznać że była to o wiele trudniejsza sztuka niż szkolne eliksiry. Hermiona jak zawsze dotrzymywała mu kroku. Była pojętną i pilną uczennicą i z chęcią zasiadała z Malfoyem do wspólnej nauki. Podczas tych pełnych skupienia chwil, pozwalał sobie od czasu do czasu zerknąć na jej twarz. Miała w zwyczaju zatykać różdżkę za ucho, jakby ta była mugolskim długopisem. Wyglądała wtedy na jeszcze młodszą, a przecież dopiero w tym roku skończy dwadzieścia dwa lata. Podczas tych ukradkowych spojrzeń czasem brązowe oczy dziewczyny napotykały jego szarobłękitne tęczówki. Uśmiechała się wtedy, oblewała delikatnym rumieńcem i kazała skupić się na notatkach, po czym sama zerkała na jego twarz.
Czas tak szybko mu uciekał… Doceniał chwile spędzone w Złotym Feniksie, poranki i wieczory w ramionach kasztanowłosej, naukę w szpitalu, wdzięcznych pacjentów, uśmiech Ginny Weasley która widząc ich razem mrużyła oczy z zadowolenia i ciągle żartowała co by powiedział Severus Snape widząc ich razem. No właśnie, co by powiedział.. Draco dobrze zdawał sobie sprawę jak wielką cenę przyszłoby im zapłacić, gdyby ktoś z Czarnego Dworu odkrył co ich łączy. Nagle smutne rozważania przerwało mu silne uczucie bólu w głowie. Miał wrażenie jakby ktoś próbował się dostać do wnętrza jego czaszki przy pomocy tępego noża. Syknął i aż osunął się na kamienisty brzeg jeziora. W dłonie boleśnie wbiły się ostre kamyki lecz nawet nie zwrócił na to uwagi. Coś, a raczej ktoś wciąż uparcie próbował wedrzeć się do jego myśli.
„Wynoś się!” wrzasnął w duchu i odepchnął mentalny atak. Gdy poczuł że napastnik  w końcu odpuścił wziął głęboki oddech. Nabierał powietrza łapczywie i głośno je wypuszczał, chcąc by tlen dotarł do każdej komórki w jego ciele. Kropelki potu spływały mu po karku a serce waliło jak oszalałe. Nagle czyjaś dłoń dotknęła jego ramienia. Niczym ranne zwierzę odsunął się do tyłu z przerażeniem w oczach.
- Draco.. – delikatny i pełen lęku głos Hermiony sprowadził go na ziemię. – Draco. – powtórzyła wyciągając przed siebie dłoń. – Co się stało? – zapytała z troską. W jej dużych oczach Ślizgon dostrzegł strach i zdenerwowanie.
- N-nic. – odparł po chwili ścierając pot z czoła i wstając niezgrabnie.
- Jak to nic? – zmarszczyła brwi Gryfonka. Nie przyjmowała do siebie takiego tłumaczenia. – Przyszłam po ciebie bo mama Rona chce dopasować ci garnitur na wesele. – zaczęła tłumacząc. – Przychodzę nad jezioro, a ty klęczysz wbijając ręce w kamienie i łapiesz powietrze jakbyś się dusił. Co się stało?  - ponowiła pytanie ostrzejszym tonem. – Twoje ręce.. -  dodała zauważywszy ściekającą z dłoni blondyna krew. Podeszła do niego i bez pytania chwyciła go za dłonie.  Za pomocą różdżki oczyściła rany i wyczarowała prowizoryczne bandaże. – Chodźmy szybko do szpitala, te rany trzeba odkazić. – powiedziała po czym spojrzała mu prosto w oczy. – Doczekam się odpowiedzi? –
- Nie teraz, proszę. – odparł chłopak. W jego głosie wciąż słychać było zmęczenie, więc kasztanowłosa postanowiła odpuścić.
- W porządku. – odparła, po czym ruszyła w stronę obozu. Wiedziała że coś się stało, coś naprawdę istotnego. Schowała różdżkę do kieszeni czarnego płaszcza i upewniła się że Ślizgon idzie tuż za nią. „Nie zamykaj się przede mną” pomyślała zanim przekroczyli granice bariery.


*

Obóz tętnił życiem. Dzieci z uśmiechami wymalowanymi na twarzach przyozdabiały każdy możliwy kąt, pod nadzorem zadowolonej Luny Lovegood. Do ślubu został jeszcze niecały tydzień, jednak obóz był zbyt duży by można było go udekorować w dwa dni. Girlandy z kolorowych liści, wczesnojesiennych kwiatów i ogromnych kasztanów zawisły między namiotami. Mężczyźni zaabsorbowani byli tworzeniem sceny, gdzie młoda para przysięgnie sobie wieczną miłość. Hermiona i Draco minęli właśnie grupkę młodych czarodziejów którzy ćwiczyli grę na magicznych instrumentach, po czym aż podskoczyli słysząc pełen wyrzutu głos pani Weasley.
- W końcu! – wrzasnęła Molly i podeszła w ich kierunku szybkim krokiem. – Gdzie wyście się szwendali? Za kilka dni wesele i ani ty Hermiono, ani ty Draconie nie macie gotowych strojów, a przecież jesteście świadkami! – dodała z oburzeniem. – Doprawdy, niby dorośli z was ludzie a zachowujecie się jak dzieci. Toż to Ronald z Lavender już od dawna wszystko mają gotowe, a jak wiecie mój Ron nie pali się do takich rzeczy. – zauważyła.
- Przepraszamy, zasiedzieliśmy się nad jeziorem. – odparła ze skruchą Hermiona. Molly Weasley spojrzała na oboje i dostrzegła ich nietęgie miny. Jako matka siódemki dzieci, teściowa i przyszła babcia doskonale wiedziała że między tą dwójką coś musiało się stać.
- Już dobrze. – odparła po chwili spokojnie. – Wejdźcie do mojego namiotu i zaczekajcie tam na mnie. Muszę zerknąć do kuchni, Minerva McGonagall zaoferowała się pomóc przy codziennych posiłkach, jednak mam pewne wątpliwości co do jej zdolności kulinarnych. – dodała po czym szybkim krokiem odeszła w kierunku wielkiego namiotu. Hermiona posłała Draconowi nieśmiały uśmiech i przekroczyła próg pani Weasley. Ku jej zdumieniu ktoś już tam był.
- Hermi-ona! Draco! – zawołała Fleur i odłożyła trzymany w ręku materiał. Ginny podniosła wzrok znad krawieckiej igły, pomachała do przyjaciółki i wróciła do wykonywanego wcześniej zajęcia.
- W końcu jesteście. – dodała z przejęciem ciężarna żona Billa Weasleya. – Już nie mogłam się was doczekać. – dodała z szerokim uśmiechem. – Ginny, skończyłaś już z sukienką dla Hermiony? – zapytała zwróciwszy się do szwagierki. Rudowłosa właśnie odkładała igły i nici na swoje miejsce.
- Tak. Wszystko już gotowe. –
- Świetnie. Draco, ty zostaniesz ze mną, Hermi-ono idź z Ginny do jej namiotu. – zakomenderowała blondynka. Gryfonka zmarszczyła brwi.
- Ale po co? – zdziwiła się.
- Nie chcę by Draco widział twoją sukienkę przed ślubem. – odparła Fleur takim tonem jakby to było oczywiste. Hermiona zaśmiała się krótko.
- Fleur, przecież to nie my bierzemy ślub tylko Hanna i Neville, nie mam nic przeciwko temu by Draco zobaczył mnie w mojej sukience. – odparła lecz coś w oczach blondynki kazało jej zrozumieć, że sprawa już została przesądzona. – Ale skoro tak bardzo ci na tym zależy.. – dodała i spojrzała na Ginny, która przewracała oczami za plecami bratowej. Po chwili obie dziewczyny zostawiły lekko poirytowanego arystokratę z potomkinią wili, a same zaszyły się w przytulnie urządzonym namiocie Ginny i Harry’ego.
- Pamiętaj, nigdy nie próbuj się wykłócać z Fleur, i tak nie wygrasz. – zaśmiała się Ginny, jednak w jej głosie Hermiona wyczuła nutę sympatii. Dawna niechęć minęła, za sprawą wojny i mijającego czasu. Wszyscy już dorośli i zapomnieli o dziecięcych niesnaskach. Hermiona spojrzała na trzymaną przez przyjaciółkę suknię i wydała z siebie ciche westchnienie, gdy ta pokazała ją w końcu w całości.
- Wspaniała. – powiedziała szatynka i czym prędzej zaczęła ściągać z siebie swoje codzienne ubrania.
 
~

 Draco opuścił namiot pani Weasley dopiero w porze kolacji. Czuł że za chwilę padnie z nóg, jednak ciągła peplanina Fleur i matki Rona pozwoliła mu na chwilę zapomnieć o porannym zdarzeniu nad jeziorem. Wszedłszy do namiotu zauważył Hermionę siedzącą przy niskim stoliku pośrodku przejścia. Obejmowała kubek z herbatą obiema dłońmi i gdy tylko usłyszała jak przekracza próg podniosła na niego swój wzrok.
- Jak było? – zapytała przyjaźnie. Draco poluzował swój czarny krawat, zdjął go i niechlujnie rzucił na łóżko.
- Muszę oddać Weasleyowi honor, wytrzymać z taką matką… - odparł wzdychając, po czym sam położył się na posłaniu i przymknął powieki.
- Chciałabym z tobą porozmawiać. – zaczęła Hermiona puściwszy wzmiankę o Molly mimo uszu. – Jednak widzę że jesteś zmęczony. – dodała i znów utkwiła wzrok w herbacie. Draco spojrzał na nią spod wpółotwartych powiek. Nie miał zbytniej ochoty do rozmowy, nie uśmiechało mu się opowiadanie o tym czego doświadczył i nie chciał dzielić się swoimi spostrzeżeniami, jednak wiedział że powinien porozmawiać o tym z Gryfonką. Jeśli nie z nią, to z kim? Wstał niespiesznie i usiadł na miękkich poduszkach po drugiej stronie stolika.
- Zanim przyszłaś… - zaczął po chwili a Hermiona zamieniła się w słuch. Wiedziała że szczerość musi chłopaka dużo kosztować. – Z początku nic się nie działo, trochę myślałem o.. o obozie i o tym jak dobrze mi się tutaj żyje. – dodał i uciekł wzrokiem w najdalsze kąty namiotu. Mówienie o swoich uczuciach przychodziło mu z trudem. – Z początku nic się nie działo. – zaczął. - Trochę pobawiłem się magią bezródżkową, Ephraim zawsze powtarzał abym ćwiczył i nigdy nie spoczywał na laurach. – dodał i znów spojrzał na zasłuchaną Hermionę. – Ale nagle, poczułem okropny ból głowy. Jeszcze nigdy nie czułem czegoś podobnego. – odparł i dotknął skroni na wspomnienie bólu.
- Rozbolała cię głowa? – zmartwiła się Hermiona.
- Tak, ale to nie był zwykły ból. – zaprzeczył Draco. – Ktoś ewidentnie próbował wedrzeć się do mojego umysłu za pomocą legilimencji. – dodał po chwili. – Wiem, że oprócz mnie nikogo nie było nad jeziorem, więc atak musiał nastąpić z bardzo daleka. –
- To niemożliwe. – zaprzeczyła dziewczyna. – Nikt nie potrafi  wedrzeć się do czyjejś głowy bez wcześniejszego nawiązania kontaktu wzrokowego z tą osobą, nikt.. – powiedziała, lecz zaraz zamilkła. Nikt oprócz..
- Czarny Pan. – potwierdził Draco jej przypuszczenia. – Jestem pewny że to był on. –
Hermiona siedziała w pełnym osłupieniu. A więc znów zaczął atakować. Miesiące bycia biernym musiały w końcu się skończyć. Voldemort nie był typem, który czekał aż ofiara sama wpadnie mu do sieci. Atakował jeśli uznał czas za odpowiedni.
- Czy cokolwiek zobaczył? – zapytała po chwili namysłu.
- Nie. – zaprzeczył Malfoy. – Udało mi się go odeprzeć, ale nie powiem, było to niesamowicie wyczerpujące. –
Hermiona znów się zamyśliła.
- Draco, powiedz mi, skoro Sam Wiesz Komu nie udało się nawet wejść do twojej głowy, to znaczy że… cały czas stosujesz oklumencję? – zapytała nie spuściwszy z chłopaka wzroku.
- Tak. – odparł krótko.
- Niesamowite. – szepnęła po czym wstała i zaczęła przechadzać się po namiocie. Zawsze wiedziała że Draco jest bystrym i utalentowanym czarodziejem, jednak teraz zrozumiała jak bardzo się myliła. Draco Malfoy był na prostej drodze do stania się nie tyle silnym, co wręcz potężnym magiem. Stosowanie oklumencji na co dzień, musiało wymagać od Malfoya ogromnych pokładów energii i umiejętności. A przecież dodatkowo stosował magię bezróżdżkową i skupiał się na innych czynnościach, takich jak nauka czy praca w szpitalu. Nic dziwnego że Voldemort pragnął mieć chłopaka w swoich szeregach. Nagle stanęła jak wryta. – Harry.. – powiedziała i z przestrachem spojrzała na Ślizgona.
- Co ma do tego Potter? – zmarszczył brwi blondyn. Hermiona pospiesznie usiadła naprzeciwko arystokraty i zaczęła mu opowiadać wszystko od początku.
– Pamiętasz co się wydarzyło w piątej klasie? – zaczęła i wzięła głębszy wdech. Opowiedzenie całej historii z Voldemortem, fałszywymi wizjami Harry’ego, nieowocnymi lekcjami oklumencji u Snape’a  i śmiercią Syriusza zajęło jej ponad godzinę. Gdy skończyła oparła czoło o dłoń i westchnęła. – Musimy go ostrzec. – powiedziała twardo i spojrzała na blondyna który wstał i obracał różdżkę między palcami. – Sam Wiesz Kto zamknął przed nim swój umysł, ale Harry nie zrobił tego samego. Ponoć od roku nie miał żadnej wizji, ale w każdym momencie może stać się celem ataku. – dodała.
- Wyślij mu patronusa, niech tu przyjdzie. – polecił jej Draco. Hermiona już po chwili wysłała małą, duchową wydrę po swojego przyjaciela.

~

Jedna czarna i dwie rude głowy stanęły zaraz przy wejściu do namiotu. Hermiona zaklęciem pozbyła się stolika i poduszek i gdy tylko Harry w asyście Rona oraz Ginny pojawił się w środku podeszła do nich raźnym krokiem.
- Co się stało Hermiono? – zapytał Harry i utkwił wzrok w przyjaciółce. Kasztanowłosa zauważyła że cała trójka trzyma różdżki w pogotowiu, jakby sądzili że woła ich po pomoc.
- Ja i Draco musimy z tobą porozmawiać. – odpowiedziała szybko. – Opuśćcie te różdżki. – ofuknęła ich i kazała usiąść na swoim łóżku.
- Właśnie, z tobą. – odezwał się nagle Ślizgon. – Weasleye mogą wyjść. – dodał, lecz spojrzał przy tym na Ginny która pokazała mu język. Przewrócił oczami i westchnął. Uśmiech rozbawienia błąkał się na jego twarzy.
- Nigdzie nie idziemy Malfoy! – zaperzył się Ron. – Jeśli macie coś do powiedzenia Harry’emu, to również i nam. – dodał i mocniej zacisnął palce na różdżce.
- Wieprzlej, czy mógłbyś mnie łaskawie nie dene.. – zaczął Draco lecz sprzeczkę ukróciła Hermiona.
- Nie pora teraz na waśnie! – powiedziała podnosząc głos. – Draco, powiedz co przytrafiło ci się dzisiaj nad jeziorem. – dodała oddając Ślizgonowi głos. Draco skinął głową na znak zrozumienia i usiadł na swoim łóżku zostawiając miejsce dla brązowowłosej. Nie wiedział czemu ale opowiedzenie tej historii po raz drugi przyszło mu łatwiej. Mimo iż naprzeciwko siedział Potter z Weasleyem. Mimo iż powrót do tego wspomnienia napawał go niepokojem i lękiem. Mówił, aż w końcu zamilkł i czekał na ich głos. Mina Harry’ego zdradzała stan jego duszy. Był przerażony i wściekły zarazem.
- Harry. – odezwała się w końcu Hermiona wyrywając go z zamyślenia. – Musisz zacząć ćwiczyć oklumencję. Porządnie i bez taryfy ulgowej. – dodała poważnie. – Jeżeli Sam Wiesz Kto wedrze się do twojego umysłu, nie tylko może odkryć położenie obozu, ale i podesłać ci kolejne fałszywe wizje. –
Harry spojrzał w twarz przyjaciółki. Wspomnienie z piątej klasy nie dawało o sobie zapomnieć. Ból po stracie Syriusza wcale nie zelżał, jedynie ucichł pod naporem nowych wspomnień. Żal i wyrzuty sumienia od czasu do czasu wracały, by znów dręczyć go nocami i nie pozwalać zasnąć.
- Nigdy nie byłem w tym dobry. – zaczął niepewnie i podrapał się po rozczochranej głowie.
- To nie jest argument! – zezłościła się Hermiona. – Draco jest świetny w oklumencji, zablokował Riddle’a i odparł jego atak, może cię uczyć, prawda? – dodała i spojrzała w twarz zaskoczonego arystokraty. Jej oczy wpatrywały się w niego uparcie, a on czuł że i tak nie miałby szansy jej odmówić. To ostatnie na co miał ochotę, dawać Potterowi lekcje mentalnej samoobrony, ale czy miał inny wybór? Jeżeli Potter nawali, wszyscy znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Westchnął i spojrzał wprost na czarnowłosego chłopaka.
- Tylko pamiętaj Potter, ja nie zrezygnuję z powodu osobistych wycieczek. – powiedział i uniósł wyzywająco jedną brew. Harry od razu zrozumiał o co mu chodzi. Domyślił się iż Hermiona musiała opowiedzieć mu o jego pożal się Merlinie lekcjach oklumencji ze Snape’m.
- Jasne. – odparł Harry i wstał by wyjść.
- A ty dokąd? – zdziwił się Draco.
- Myślałem że zaczynamy od jutra, jest już późno. – zaczął tłumaczyć się Harry jednak głośne westchnięcie Ślizgona skutecznie go uciszyło.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę jak bardzo narażasz cały ten obóz? – zapytał lodowatym tonem. - Nawet nie wiesz, kiedy Czarny Pan wejdzie do twojej głowy i zmiecie was wszystkich z powierzchni ziemi, łącznie ze mną. - dodał kwaśno po czym zaatakował bez ostrzeżenia. Wspomnienia i myśli Wybrańca zalały mu umysł i wypełniły głowę obrazami. Śmierć Dumbledore’a, wesele Billa i Fleur, namiętny pocałunek z Ginny, las i zapłakana Hermiona, obóz, Horkruksy, Ginny, pocałunek, łzy, krzyk. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie aż nagle ustało. Draco patrzył na Harry’ego ze stoickim spokojem jednak zielonookim aż zachwiało.
- Co się stało? – zapytał skonfundowany. – Chyba się wyłączyłem na kilka sekund. –
Malfoy prychnął.
- Właśnie przed chwilą pogrzebałem ci w głowie. – przyznał się spokojnie. – Straszny panuje tam chaos. – dodał kąśliwie, po czym na zmianę atakował Ginny i Rona. Wszystko trwało kilkanaście sekund. Nim się zorientowali Draco był w posiadaniu ich najcenniejszych wspomnień. 
- Ruda, fajną masz tę kieckę na wesele. – powiedział i uśmiechnął się pod nosem. Ginny zrobiła wielkie oczy.
- Ale nie widziałeś sukienki Hermiony, prawda!? – zdenerwowała się.
- Nie. – zaprzeczył ruchem głowy. – Chcę mieć niespodziankę. – odparł i poczuł na sobie wzrok kasztanowłosej.
- Jesteś niemożliwy. – mruknęła szatynka i znów spojrzała na Harry’ego. – Widzisz? A co gdyby był to Sam Wiesz Kto? –
Harry zacisnął usta. Mógł nie przepadać za Draconem, mógł mu do końca nie ufać, jednak nie mógł zaprzeczyć że młody arystokrata przewyższa go magicznymi umiejętnościami. Czasy w których wystarczyło mieć szczęście i oparcie w postaci Albusa Dumbledore’a dawno minęły. Jeśli chciał pokonać Voldemorta, musiał zacząć ćwiczyć i stać się lepszy w sztuce magicznej. Od tego zależało nie tylko jego życie, ale również życie wszystkich których kochał.  
- Co mam robić? – zapytał z powagą w głosie i wrócił na zajmowane wcześniej miejsce.
Draco wstał i tonem profesora zaczął tłumaczyć nie tylko Harry’emu, ale również pozostałym, na czym polega sztuka oklumencji jak i legilimencji. Czuł się jak ryba w wodzie, co nie uszło uwadze Hermiony. Gdy po dwóch godzinach i kilku próbach z Harrym w końcu postanowili że na dzisiaj koniec, Malfoy położył się na łóżku lecz od razu jęknął z niezadowolenia.
- To łóżko jest do niczego. – marudził. – Wąskie, twarde i skrzypi. – dodał i spojrzał na Hermionę która właśnie wychodziła ze swojej łazienki. Mimo iż ich kara już minęła, postanowili zatrzymać obie toalety. Hermiona ubrana w białe, dresowe spodnie i czarny podkoszulek suszyła włosy różdżką i usiadła na swoim łóżku.
- Ja tam swoje lubię. –odparła wzruszając ramionami, jednak wiedziała o co tak naprawdę blondynowi chodzi. Chciała by to on pierwszy wyszedł z inicjatywą, więc udawała że nie ma o niczym bladego pojęcia.
- W takim razie dzisiaj śpię z tobą. – powiedział Malfoy po czym wstał i już miał się położyć na pachnącej pościeli kasztanowłosej, gdy ta zatrzymała go wyciągniętą przed siebie dłonią.
- Najpierw prysznic. – odparła i uśmiechnęła się słodko. Ślizgon przyznał jej rację lecz gdy dwadzieścia minut później, czysty i przebrany w świeżą piżamę wyszedł z łazienki, nie wiedział czy aby na pewno jest w swoim namiocie. Dwa żelazne łóżka po bokach namiotu zniknęły, za to po stronie zachodniej pojawiło się jedno, wielkie łoże które po obu stronach miało po jednej małej nocnej szafce. Hermiona, ubrana już nie w dres lecz zwiewną, białą tunikę do spania leżała pośrodku łóżka i podpierała głowę na prawej ręce.
- Zapraszam, profesorze Malfoy. – powiedziała klepiąc miejsce obok siebie. – Może teraz ja czegoś pana nauczę. – zamruczała i uśmiechnęła się zalotnie. Nie musiała długo czekać. Draco obdarzył ją tak ukochanym przez nią łobuzerskim uśmiechem i już po chwili znalazł się obok niej, by kolejny raz poczuć, jak bardzo go kocha.
A noc trwała. Cicha, chłodna i bez gwiazd.
Spojrzała na niego swoimi migdałowymi oczami i ujęła jego twarz w obie dłonie. Po chwili przeczesała palcami wciąż wilgotne włosy chłopaka i przymknęła powieki gdy poczuła kolejny pocałunek jego miękkich warg na swojej skórze. Nagle usłyszała ciche, lecz wyraźne dwa słowa.
- Kocham cię. –
Jego szept pieścił jej uszy. Objęła go mocniej jakby to wyznanie zabolało ją na wskroś. „A więc to koniec” pomyślała, nie ma odwrotu. Serce zadrżało jej w piersi a usta złożyły się do szeptu.
- Też cię kocham. – odparła i znów pocałowała go zachłannie.
Czasami wydawał jej się odległy, niedostępny i skryty jak niepoznane lądy, pełne tajemnic i mroku. Jednak teraz, gdy czuła go tak mocno i blisko, gdy wiedziała jakim uczuciem zaczął ją darzyć i co ona czuła w zamian, wiedziała że na swój sposób go zna. Był niedoskonały, tak samo jak i ona. Pełen bólu i cierpienia. Tęsknoty za miłością i rodziną, wewnętrznie rozdarty i otoczony tajemnicą. Lecz z drugiej strony był silny, uparty i wierzył, tak samo jak i ona, że któregoś dnia, w innym, lepszym świecie, znów przyjdzie im się darzyć miłością. I choć nie wiedzieli jaki to będzie świat i kiedy będą mogli w nim żyć, pragnęli razem iść w jego kierunku.
A noc trwała nadal. 

*

Jeszcze się dobrze nie zaczęło, a już miał wszystkiego serdecznie dosyć. Garnitur, choć skrojony idealnie, wydawał mu się za ciasny. Nie wiedział czy problem na prawdę tkwi w ubraniu czy jednak w nim samym. Od kilku dni nauczał Pottera oklumencji co okropnie go wyczerpywało i działało na nerwy. Tak jak przypuszczał, Potter był uparty, butny i narwany. Starał się, to fakt, lecz każde niepowodzenie przeżywał w jego mniemaniu, bardziej niż powinien. Gdyby on, na służbie u Czarnego Pana wszystko tak bardzo brał do siebie, już po roku wykończyłby się psychicznie. Dystans i brak okazywania emocji nie raz ratowały go przed nim samym, lecz teraz, gdy w jego sercu zagościła kasztanowłosa dziewczyna coraz trudniej było mu zachować pokerową twarz. Westchnął i po raz kolejny poprawił krawat. W tym samym momencie, z jego łazienki, wyszedł już w pełni ubrany Neville Longbottom.
- I jak wyglądam? – zapytał Gryfon rozkładając ręce i obracając się w miejscu. Kremowy garnitur leżał na nim świetnie.
- Jak pajac. – rzucił obojętnym tonem Draco i włożył na siebie marynarkę. Gryfon nie przejął się słowami blondyna i tylko spojrzał na niego z lekkim politowaniem.
- Czy mi się wydaje, czy denerwujesz się bardziej ode mnie? – zapytał Neville i znów obejrzał się w ogromnym lustrze stojącym przy łóżku Hermiony i Dracona.
- Doprawdy nie wiem Longbottom, dlaczego to właśnie mnie poprosiłeś o bycie swoim świadkiem. – odbił piłeczkę Draco. – Nie powiem ci nic pokrzepiającego. – dodał od niechcenia.
- I nie musisz. – uśmiechnął się szatyn. – Nie wiem dlaczego, ale twoja obecność mnie uspokaja. Przy Ronie i Harry’m pewnie zacząłbym panikować, a tak skupiam się na tym co najważniejsze. –
Malfoy spojrzał na Neville’a z kwaśną miną.
- To pewnie wynika z obopólnej niechęci. Nie widzę innego wytłumaczenia. – odparł blondyn.
- Zapewne masz rację. – zgodził się Gryfon dyplomatycznie i odwrócił w stronę Ślizgona. – Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale w najbliższy piątek Hermiona ma urodziny. – powiedział po czym przyjrzał się coraz bardziej zamyślonej twarzy Ślizgona.
- Ach tak. – odparł blondyn. – To znaczy, wiem. – dodał szybko.
– Cóż, czas na nas. – powiedział raźnie Neville przerywając chwilę ciszy i ruszył w stronę wyjścia. – Idziesz? – zapytał zatrzymawszy się po chwili. Draco wciąż stał pośrodku namiotu.
- Tak. – odparł w końcu arystokrata i otrząsnął się z zamyślenia. Wraz z Gryfonem wyszedł na zalany słońcem trawnik.

~

Hanna wyglądała bajecznie. Właśnie to pomyślała sobie Hermiona, gdy wraz z Ginny skończyły ubierać pannę młodą.  Koronkowa, biała suknia w fasonie syreny podkreślała wdzięki Puchonki, a upięte w miękki kok ciemnoblond włosy dziewczyny przyozdabiał nisko przypięty, długi welon. Całości dopełniał bukiet z biało – kremowych kwiatów, w których zdolna ręka Fleur umieściła imitacje pereł.
- Wyglądasz jak księżniczka. – uśmiechnęła się Ginny do Hanny. Puchonka wyglądała na nieźle wystraszoną.
- Ty też wyglądasz wspaniale, i ty także Hermiono. – odparła dziewczyna i spojrzała dokładniej na swoją świadkową i pierwszą druhnę.
- Daj spokój, przy tobie nikt nie będzie na nas patrzył. – machnęła ręką Hermiona, jednak w duchu musiała przyznać że pani Weasley i Fleur odwaliły wręcz kawał świetnej roboty. Ginny miała na sobie srebrną, połyskującą , opływową suknię. Była niczym iskrzący się wodospad. Długie, ogniste włosy lekko pofalowała i spięła, mogłoby się wydawać niedbale, jednak był to zamierzony efekt. Do kompletu miała srebrne, wysokie szpilki. Za to suknia Hermiony nie przypominała jej nic, co kiedykolwiek wcześniej nosiła. Nawet na Balu Bożonarodzeniowym  w czwartej klasie. Góra była w kształcie serca i odsłaniała ramiona. Od bioder szedł kilkuwarstwowy materiał, układający się falami lecz to nawet nie kształt zaskakiwał, lecz kolor. Cała suknia była czarna od góry do dołu, lecz takiej czerni Gryfonka jeszcze nie widziała. Była głęboka, wręcz pochłaniała światło znajdujące się dookoła. Dodatkowo każdy centymetr materiału pokrywały małe, srebrne diamenty, rozsiane po sukni niczym nocne niebo gwiazdami. Przy każdym kroku Hermiony suknia pochłaniała i jednocześnie oddawała zabraną wcześniej światłość. Włosy jej rozpuszczono i jedynie z kilku pasemek zrobiono dwa warkocze, które stworzyły nad głową miękką koronę. Oprócz diamentowych kolczyków nie miała na sobie więcej dodatków, sama suknia była jedną wielką biżuterią. Na nogi włożyła aksamitne, wysokie, czarne sandałki na szpilce. Wszystkie dziewczyny postawiły na mocniejszy makijaż oczu, więc usta pozostawiły nietknięte, jedynie bezbarwny balsam miał zapobiec ewentualnemu przesuszeniu.
Z zewnątrz zaczęły dochodzić dźwięki muzyki i coraz bardziej rozemocjonowane głosy zaproszonych gości. Hanna wzięła głęboki wdech po czym wstała.
- Nie pozwolisz mi upaść ? – zwróciła się w kierunku Hermiony która miała ją zaprowadzić do ołtarza. Z racji iż ojciec Hanny zmarł nie miał kto tego zrobić, a z żadnym innym mężczyzną Hanna nie miała tak bliskiego kontaktu, by prosić go o tak wielką przysługę. Gryfonka uśmiechnęła się  czule i wyciągnęła przed siebie dłoń.
- Oczywiście, że nie. – odparła i już po chwili mocno ścisnęła rękę dziewczyny.
- W takim razie idę pierwsza. – puściła im oczko Ginny, po czym się wyprostowała i wyszła przed namiot.
To ten moment prawda? Chwila w której wszystkie dziecięce lęki odchodzą w zapomnienie. Więzy które łączyły cię z domem, z rodziną, z twoją dawną tobą. Stają się cieńsze, wciąż istnieją, lecz obok nich pojawiają się nowe. Mocne i silne, jakby były zrobione ze stali. Idziesz białą ścieżką, na której leżą płatki kwiatów i wiesz, że na jej końcu czeka na ciebie ktoś niezwykle ważny. Twoja druga połowa, twoje nowe, nieznane życie. Boisz się trochę ale jego oczy mówią ci wszystko. Razem damy sobie radę, razem nic nie może nam się stać. Będę przy tobie w chwilach radości i cierpienia, bo po to przyszedłem na świat. Pozwól, że stanę się twoją nową rodziną. Pozwól, że pokażę ci ile dla mnie znaczysz.
Hermiona i Hanna już praktycznie dotarły pod sam ołtarz, gdzie girlandy kwiatów, kolorowych wstążek i ozdób tworzyły swego rodzaju zadaszenie. Neville ocierał łzy wzruszenia z policzków i gdy kasztanowłosa przekazała mu dłoń Hanny, pocałował ją w policzek. Gryfonka stanęła obok Dracona, który przez cały czas nie spuszczał z niej wzroku. Już chciał coś powiedzieć lecz w tym samym momencie zabrzmiał głos Kingsley’a Shacklebolta.
- Radosny to dzień w którym możemy być świadkami tak wspaniałego wydarzenia. – zaczął i uśmiechnął się pogodnie do Neville'a i Hanny. – Lecz pamiętajmy że radość musi iść wraz z odpowiedzialnością. – zaznaczył. – Dzisiaj staniecie się rodziną. – zwrócił się w kierunku młodych. – Dzisiaj połączy was nie tylko magia, lecz także miłość, nadzieja i wiara, że od teraz każdy nowy dzień, każdy nowy krok w waszym życiu, będzie drogą ku wspaniałej przyszłości. – powiedział po czym wyciągnął swoją różdżkę i uniósł ją wysoko. – Hanno Abbott, czy przysięgasz temu czarodziejowi wieczną miłość, wsparcie oraz wierność? – zapytał patrząc na Puchonkę.
- Przysięgam. – odparła Hanna z oczami pełnymi łez.
- Nevillu Longbottom. – zwrócił się Kingsley do Gryfona. – Czy przysięgasz tej czarownicy wieczną miłość, wsparcie oraz wierność? –
- Przysięgam. – odparł Neville stanowczo i z uśmiechem spojrzał na Hannę. 
Kingsley wypowiedział słowa trudnego zaklęcia, a z jego różdżki posypały się złote i srebrne iskry.
- A więc ogłaszam was mężem i żoną. Od dzisiaj, aż do wieczności, niech łączy was szczęście, miłość i magia. Możesz pocałować pannę młodą. – dodał z uśmiechem, na co Neville tylko czekał. Delikatnie objął Hannę i przysunął do siebie. Usta młodych połączył pierwszy, małżeński pocałunek. Rozległy się brawa i wiwaty. Dzieci rzuciły płatkami kwiatów, a gdy w końcu Neville i Hanna odsunęli się lekko od siebie, goście ruszyli z gratulacjami. Nikt nie zauważył, jak inna para w tym samym momencie obdarza się pocałunkiem, tak samo mocno wypełnionym miłością.

~

- Wyglądasz oszałamiająco. – szepnął Draco do Hermiony, gdy wyszli na parkiet by zaraz po Nevillu i Hannie zatańczyć w pierwszym tańcu.
- Ty też nad wyraz dobrze. – odparła Hermiona i zaśmiała się cicho. Sunęli po parkiecie w rytm nastrojowej muzyki. Kilkunastometrowy podest, zrobiony z pomalowanych na ciemny brąz desek służył za miejsce do tańca. Dookoła stały krzesła i stoły, przykryte białymi obrusami. Na każdym stole stał jesienny stroik umieszczony w wysokim, szklanym wazonie. Bukiety kolorowych liści, kwiatów i czerwonej jarzębiny opływały w sznury kremowych pereł. Pobliskie drzewa, muśnięte kolorami przez nadchodzącą jesień mieniły się od magicznych lampionów, które rozświetlały zapadający powoli wieczór. W takiej scenerii wszyscy zapomnieli że są w obozie, a za jego granicami trwa wojna. Tańczyli i śmiali się wznosząc toasty za młodą parę, która nie odrywała od siebie wzroku.
- Draco, czas na przemówienia. – szepnęła Hermiona do Ślizgona. Chłopak skrzywił się nieznacznie.
- I co niby mam powiedzieć? – odparł marszcząc brwi.
- Och, cokolwiek. – jęknęła Gryfonka i lekko popchnęła swojego partnera w stronę orkiestry.  Nagle przyszła jej do głowy myśl, iż pozwolenie mówienia arystokracie czego tylko chce, nie było zbyt dobrą radą. Miała nadzieję że Draco mimo swej niechęci do Neville’a, zachowa klasę. Muzyka ucichła a Malfoy odkaszlnąwszy parę razy przyłożył różdżkę do gardła, by wszyscy mogli go usłyszeć. Denerwował się bardziej, niż by chciał. Dziesiątki oczu patrzyły wprost na niego a uszy gości niecierpliwie wyczekiwały słów drużby. Koszmar. Przełknął ślinę i w końcu się odezwał.
- Jako świadek pana młodego, chciałbym najpierw podziękować wszystkim gościom za obecność i wsparcie, jakim obdarzyliście młodą parę w tak ważnym dla nich dniu. – zaczął. – Największe brawa należą się Fleur Weasley oraz Molly Weasley, które zadbały nie tylko o ten wspaniały wystrój, ale również o te wszystkie przepyszne dania. Panie, wasze zdrowie. – powiedział po czym tłum gości wzniósł kielichy i wypił na cześć Molly i Fleur. – Neville, Hanno.. – kontynuował, a głos lekko mu zadrżał gdy pierwszy raz w życiu odezwał się do Gryfona po imieniu. – Mam nadzieję, że czeka was świetlana przyszłość. Oby miłość która was połączyła trwała jak najdłużej. – dodał, a Neville który siedział przy długim stole nowożeńców lekko skinął głową na znak podziękowania. Hanna wykonała ten sam gest. Draco opuścił różdżkę i w ułamku sekundy znalazł się przy Gryfonce, która sama teraz przebierała z nogi na nogę.
- Powodzenia. – szepnął blondyn i tak jak ona wcześniej jego, pchnął ją lekko ku orkiestrze. Hermiona wzięła głęboki wdech. Przez lata dzielnie i bez zawahania udzielała się na lekcjach, brała udział w szkolnych wydarzeniach, była nawet na Balu Bożonarodzeniowym w centrum uwagi, ale nie wiedzieć czemu właśnie ten moment stresował ją najbardziej. Zanim przyłożyła różdżkę do gardła w celu zwielokrotnienia głośności swego głosu, omiotła wzrokiem salę weselną. Wszyscy wyglądali pięknie. Ubrani w eleganckie suknie bądź szaty, siedzieli z widoczną radością wymalowaną na twarzach. Tak bardzo chciała by ten moment trwał wiecznie… Spojrzała na stół przy którym siedziała Hanna z Neville'm. Uśmiechnęła się do nich przyjacielsko i zaczęła mówić.
- Pamiętam dzień w którym poznałam Neville'a. – zaczęła wracając wspomnieniami do pierwszego dnia szkoły. – Jechaliśmy pociągiem a on, jak zwykle, zgubił swoją ropuchę, Teodorę. – uśmiechnęła się a Neville przytaknął jej gestem śmiejąc się pod nosem. – Zaoferowałam ci pomoc i razem szukaliśmy biedaczki. Pamiętam wiele wspólnych chwil jednak to co zapamiętałam najlepiej, to dowody twojej przyjaźni. – powiedziała patrząc wprost na przyjaciela. - Niejednokrotnie stawałeś przy mnie, oraz przy Harrym i Ronie by nas wesprzeć. Często ryzykując przy tym własnym życiem. Ale dzisiaj. Dzisiaj Neville, pokazałeś że nie tylko masz w sobie odwagę ale również nadzieję, że nawet pośród tak ciężkich czasów można wierzyć w miłość. – powiedziała i podeszła do stołu nowożeńców. Oprócz niej do pary młodej zbliżył się także Harry, Ron, Ginny i Draco, który stanął trochę dalej niż reszta.
- Oto prezent od nas wszystkich. – powiedziała Hermiona i podała Hannie pięknie rzeźbione pudełeczko, które wcześniej podał jej Malfoy. Panna młoda otworzyła wieczko i aż jęknęła z zachwytu.
- Och Neville, patrz. – powiedziała Hanna a łzy wzruszenia popłynęły po jej policzkach.
W środku, na białej, satynowej poduszeczce leżały dwie złote obrączki, z wygrawerowanymi imionami małżonków. Na ich przetopienie złożyły się dwie pary złotych kolczyków Hermiony, naszyjnik Ginny oraz jeden z pierścieni Malfoya. Obrączki zalśniły w świetle lampionów i gdy w końcu Neville lekko trzęsącymi się dłońmi wsunął na palec Hanny jeden z pierścionków, znów wybuchły oklaski. Po wzruszających i pełnych łez gratulacjach impreza zaczęła się rozkręcać. Orkiestra postanowiła rozruszać towarzystwo i grała mocniejsze oraz szybsze kawałki. Neville oraz Hanna przechodzili z rąk do rąk a na parkiecie oprócz Harry’ego i Ginny, Hermiona dostrzegła Rona i Lavender. Blondynka ubrana była w długą suknię na ramiączkach w kolorze pudrowego różu, a włosy wyprostowała, tak więc jasne kosmyki sięgały jej aż za biodra. Wyglądała równie pięknie jak pozostałe dziewczyny. Nagle kasztanowłosa poczuła ciepłe usta na swoim ramieniu.
- Podoba cię się wesele? – zapytała wplatając palce w jasne włosy Dracona.
- Nie jest najgorsze. – przyznał i stanął naprzeciwko niej.  – Pozwolisz? – zapytał wyciągając przed siebie dłoń.
- Z przyjemnością. – odparła Hermiona i już po chwili lawirowała między tańczącymi, w objęciach Malfoya. Gdy na chwilę oderwała wzrok od swojego partnera dostrzegła tańczącego obok Jakuba, który trzymał w ramionach Cho Chang. Krukonka również wyglądała wspaniale. Długa, granatowa suknia bez ramion uwydatniała jej kształty, a czarne włosy spięte w elegancki kok odsłaniały smukłą szyję, którą opinała brylantowa kolia.Gdzieś na uboczu parkietu roześmiana Luna wraz z całą bandą dzieciaków tańczyła w kółku i śmiała się w głos. Jej długa, błękitna suknia falowała w rytm tańca, a upięte figlarnie włosy gdzieniegdzie uwolniły niesforne kosmyki. Dzisiaj wszyscy byli piękni, wolni i szczęśliwi. Gdyby Hermiona mogła, zamknęła by ten dzień jak cenny skarb w szkatułce i wyciągała za każdym razem, gdy tylko poczułaby smutek bądź strach. W ramionach ukochanego, otoczona przyjaciółmi i pięknem nie czuła zbliżającego się niebezpieczeństwa. Dzisiaj ono nie istniało. Tylko ona i jego szarobłękitne oczy, które wpatrywały się w jej szczęśliwą twarz. „Obyśmy zawsze potrafili odnaleźć tę radość” pomyślała i złożyła na ustach Dracona kolejny, gorący pocałunek.
Wieczór przeszedł w ciemną noc, a orkiestra wciąż nie przestawała grać.

*

Z nastaniem nowego tygodnia Draco oraz Hermiona musieli dzielić czas między szpitalem i lekcjami oklumencji wraz z Harrym, Ronem i Ginny. Z początku tylko Wybraniec miał opanować sztukę mentalnej samoobrony, jednak po namyśle Hermiona stwierdziła że ta sztuka przyda się każdemu, kto zechce brać w tym udział. Jak można było się domyśleć, brązowowłosa Gryfonka najszybciej ze wszystkich, bo już trzeciego dnia ćwiczeń, zdołała zablokować atak Malfoya.
- To zabolało! – zawołała wystraszona. – Miałam wrażenie, że coś ostrego chce mi wejść do głowy. – powiedziała chwyciwszy się za skronie.
- I tak ma być. – odparł Draco tonem znawcy. – Jeśli masz zamknięty umysł i cały czas stosujesz oklumencję, każdy atak będziesz odczuwać jako fizyczny ból. Dzięki temu będziesz wiedziała, że ktoś cię atakuje. – dodał.
- To trochę działa tak, jak mugolski system przeciwwłamaniowy. – zaśmiała się Hermiona, jednak tylko Harry był w stanie zrozumieć jej żart.
- Wystarczy na dzisiaj. – odparł w końcu Draco. – Potter, postaraj się nie myśleć o niczym przed kolejnymi zajęciami. Zawsze myślałem że akurat to, nie będzie stanowić dla ciebie problemu. – dodał kąśliwie.
- Uważaj Malfoy. – odparł Harry unosząc wyzywająco brwi. – Któregoś dnia ci się odpłacę. –
- Jasne, jasne. – machnął ręką Ślizgon i udał że do reszty pochłonęło go podziwianie jego własnych, wypielęgnowanych paznokci. Hermiona westchnęła słysząc tę dziecinadę i odprowadziła przyjaciół za namiot.
- On tylko tak się z tobą droczy. – powiedziała do Harry’ego który przystanął na chwilę.
- Przecież wiem. – odparł Wybraniec. – Z resztą, ja z nim też. Czasem lubię go sprowokować, brakuje mi tych naszych Hogwarckich wojenek. –
- Jesteście jak dzieci. – oburzyła się Hermiona lecz Ginny przytuliła ją mocno.
- Pamiętaj, jutro w naszym namiocie urządzamy dla ciebie przyjęcie urodzinowe. – powiedziała ruda z entuzjazmem. Hermiona skrzywiła się lekko.
- Mówiłam że to całkowicie niepotrzebne. – westchnęła. – Ale dobrze, przyjdę. – dodała zrezygnowana. Wiedziała że młoda Weasleyówna jej nie odpuści, więc jakikolwiek opór bądź sprzeciw nie miał sensu. Zmarnowałaby tylko energię na jałową dyskusję.
- Weź ze sobą Malfoya, też jest zaproszony. – dodała ruda ignorując późniejsze „niestety” Rona.
Hermiona odprowadziła przyjaciół wzrokiem i gdy w końcu weszła z powrotem do namiotu, Draco siedział na ich wspólnym łóżku i udawał że czyta książkę.
- Hermiono. – zaczął podnosząc się z pozycji leżącej i odkładając lekturę na swój nocny stolik. – Wiem że jutro masz urodziny. – powiedział niepewnie. Hermiona ponownie się skrzywiła, tyle że w duchu. Nie przepadała za tym świętem. Mimo iż była młoda przypominało jej o upływającym czasie. Czasie który spędzała z dala od rodziny, czasie, który zdawać by się mogło, marnowała.
- Tak, mam. – przyznała Hermiona. – Jesteśmy zaproszeni na małe przyjęcie u Ginny i Harry’ego. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego się kłopoczą. – dodała i usiadła obok Dracona. Oparła głowę na jego ramieniu i przymknęła powieki. Nagle poczuła jak zmęczenie zalewa jej ciało, lecz zanim całkowicie poddała się senności, uzmysłowiła sobie że coś znalazło się w jej dłoni. Otworzyła oczy i spojrzała w dół. Zacisnęła palce na pięknym pierścieniu i podniosła go wyżej, by lepiej się mu przyjrzeć. Był zrobiony z białego złota. Pośrodku pysznił się duży diament, a dookoła wyrzeźbione zostały pnącza dzikiego wina. Była to niewątpliwie misterna robota goblinów.
- Należał do mojej matki. – zaczął powoli Draco. – Dała mi go jeszcze zanim uciekłem z zamku. Powiedziała że będzie mnie chronił i chyba miała rację. – dodał i spojrzał w twarz poruszonej Hermiony. – Jak wiesz, zaraz po mojej ucieczce najpierw poszedłem do Gringotta. Opróżniłem skrytkę z najcenniejszych dla mnie rzeczy i pobrałem trochę pieniędzy, dlatego nie musisz się przejmować że zubożeję. – dodał źle odczytując jej minę.
- Draco.. – zaczęła Hermiona odzyskawszy głos. – Zdaję sobie sprawę, że ten pierścień jest wart majątek i choćby z tego względu nie mogę go przyjąć, jednak to wartość emocjonalna jest tutaj najważniejsza. – powiedziała i zacisnęła palce na pięknej biżuterii. – Dała ci go twoja mama, nie mogę wziąć od ciebie tak cennej rzeczy. –
Draco uśmiechnął się blado i delikatnie chwycił rękę dziewczyny w której trzymała pierścionek. – Dostałem go od matki, więc jest mój, a ja chcę dać go tobie. – kontynuował zabierając pierścień i wsuwając go na serdeczny palec lewej dłoni Gryfonki. – Należał do mojej babki z rodu Blacków, więc jest to pamiątka łącząca dwie rodziny. Blacków i Malfoyów. Ponoć chroni tę która go nosi, pomyślałem zatem, że powinien trafić do ciebie. – ciągnął wciąż wpatrując się w dłoń dziewczyny. – Wiesz, wtedy, podczas zaślubin Longbottoma i Abbott, nie mogłem przestać się wgapiać w tego oszołoma. Z taką łatwością przyszło mu przysiąc wieczną miłość. On na prawdę w nią wierzy. – dodał i spojrzał w twarz Hermiony. – Nigdy bym nie pomyślał, że sam zdołam w to uwierzyć, ale dzięki tobie.. Dzięki tobie chcę wierzyć że jeszcze nie jestem stracony, że jeszcze jest dla mnie szansa i kiedyś znajdę dla siebie miejsce, nawet z tym ohydnym znakiem. –
 Duże, brązowe oczy dziewczyny wypełniły się łzami.
- Draco.. – wyszeptała Hermiona. Nie wiedziała co ma o tym wszystkim myśleć. Oto Malfoy, cichy, ponury Ślizgon który właśnie twierdzi że dzięki niej dostrzegł światło, w otaczającym go zewsząd mroku. Gdy kilka miesięcy temu zakrwawiony i ledwo żywy trafił do Złotego Feniksa, w pierwszym odruchu chciała się go pozbyć. Miała go za zagrożenie i zdrajcę. Lecz później, wraz z upływającym czasem dostrzegła stronę której on sam jeszcze u siebie nie znał. Pełną odwagi, poświęcenia i troski. Gdyby tylko wychował się w innym domu, gdyby tylko posiadał prawdziwych, nieskalanych złem przyjaciół, mógłby być taki od początku. Dotknęła jego twarzy ciepłymi dłońmi. Przymknął powieki, jakby napawał się tym ciepłem, koił zmarznięte policzki i duszę. „Widzę cię Draco” pomyślała szatynka, „Widzę cię takim jakim naprawdę jesteś. Ty, a nie stworzona przez twojego ojca lub Voldemorta mroczna imitacja.” Blondyn w końcu otworzył powieki i chwyciwszy jej ręce zdjął je ze swojej twarzy. W jego szarobłękitnych oczach Hermiona dostrzegła błysk zdecydowania i determinacji.
- Wyjdziesz za mnie? – odezwał się po chwili Draco i spojrzał na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. – Czy gdy już skończy się wojna, zrobisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? – zapytał i poczuł jak serce kołacze mu się w piersi. – Wiem co oznacza wejście do rodziny Malfoy, ale przysięgam, ze zrobię wszystko byśmy stworzyli całkowicie inną rodzinę. – dodał uparcie. Milczenie kasztanowłosej zaczęło napawać go lękiem. – Wiem, że nasz związek nie ma zbyt długiego stażu, ale gdy jestem z tobą czuję się tak, jakbym wrócił do domu po długiej wędrówce. Dodajesz mi siły, koisz lęk i niepewność, zmuszasz do wiary w dobro, pokazujesz właściwą drogę. Zanim poznałem tę stronę twojej osobowości, zanim tak naprawdę cię poznałem, byłem samotny. Jedyne w co wierzyłem to w przemoc i w nieuniknioną śmierć… Ale ty, uparcie i bez wytchnienia kazałaś mi wierzyć w życie. Przez tyle lat wpajano mi nienawiść do ludzi takich jak ty, przez tyle lat.. – powiedział i objął jej twarz dłońmi.  - A ja zawsze ślepo w to wierzyłem… Gdy w końcu dostrzegłem własną naiwność było już za późno, więc uciekłem i starałem się odkupić swoje winy i to właśnie ty, znowu ty, uzmysłowiłaś mi, że już to zrobiłem. – dodał szeptem. -  Wyjdziesz za mnie Hermiono? – ponowił pytanie a serce zabiło mu jeszcze mocniej, zadając żebrom ból. Nagle po policzkach dziewczyny spłynęły dwie, duże łzy.
- Oczywiście, że tak. – odparła Gryfonka i rzuciła się blondynowi na szyję. – Oczywiście , że tak, Draco! -  załkała. Arystokrata przytulił ją mocno i zatopił twarz w jej długich, brązowych włosach. Hermiona uśmiechnęła się przez łzy aż w końcu usta odnalazły drogę do warg ukochanego. Chciała być z nim jeszcze bliżej, mieć go zawsze przy sobie, wierzyć że już nigdy się nie rozstaną a miłość, tak trudna i pełna sprzeczności pokona wszelkie zło. Kto by pomyślał, że szukali się przez lata aż w końcu odnaleźli, pośrodku ciemnego, cichego obozu, pełnego wierzących w koniec wojny ludzi.
Pocałunek.
Tęsknota.
Krople deszczu bijące o poły grubego materiału.
- Zawsze bądź przy mnie, dobrze? -  powiedziała Hermiona dotykając jego nagich ramion i głaszcząc je czule.
- Zawsze przy tobie będę. – obiecał i znów ją namiętnie pocałował. Jasne włosy dotknęły jej policzków.

Może jutro nie będzie padać. Może jutro przewrotny los rozgrzeje świat ciepłym słońcem? Co by było, gdybyśmy nie dotknęli swoich rąk? Czy bylibyśmy się w stanie uśmiechać? Jaką dobrą rzecz przyjdzie nam stracić i jaką złą przyjdzie jeszcze nam ujrzeć? Nieważne gdzie będziesz…
Nic oprócz ciebie, nie jest częścią mnie.





________________________________



 Kochani! Witajcie w przedostatnim rozdziale pierwszej części opowiadania! To niesamowite, że tak szybko udało mi się napisać tyle rozdziałów. Macie w tym swoją zasługę. Wasze głosy i komentarze są dla mnie największą motywacją do tworzenia. Mam nadzieję że rozdział Wam się podobał. Muzyka którą umieściłam nad tytułem jest utworem który towarzyszy mi od samego początku. Ref:rain, japońskiej piosenkarki Aimer, to dla mnie największa inspiracja. Dedykuję tej piosenkarce wszystkie moje rozdziały ;) Aimer, Aimer Aimer! Kolejny rozdział już wkrótce, do napisania! 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 13 - Pojednania.