Rozdział 10 - Cisza przed burzą.


Delikatna filiżanka zadrżała na równie kruchym spodeczku z białej, francuskiej porcelany. Serce Becky na chwilę zgubiło swój rytm, by później z szaleńczym biegiem wypełnić bólem jej klatkę piersiową. Za zbicie, a nawet za drobne uszkodzenie tak cennej zastawy niewątpliwie czekałaby ją chłosta. Na srebrnej, bogato zdobionej tacy spoczęły dwie filiżanki i duży czajnik z herbatą obok którego leżała koronkowa, wyszywana w jasnoróżowe i fioletowe astry serwetka. Jeszcze tylko cukier, mleko i ciastka i mogła iść.

- Łyżeczki. – szepnęła do siebie dziewczyna i zganiła się w duchu za zapominalstwo.

Mimo iż służyła tu od dwóch lat, wciąż zdarzało jej się zapominać o tak ważnych rzeczach jak łyżeczki, czy serwetki do popołudniowej herbaty. Westchnęła. Czy takiego życia chciała? Oczywiście, że nie. Gdyby mogła natychmiast opuściłaby Czarny Dwór, ale panicz Malfoy... Tak bardzo chciała wierzyć że jeszcze wróci. Gdy tylko wraz z ojcem i matką przeprowadził się do zamku poczuła że ma po co żyć. Lecz on jej nie zauważał... i nic w tym dziwnego. Jej jasnobrązowe, ścięte do ramion włosy już dawno straciły swój dawny blask, a duże okrągłe okulary nie do końca pasowały do kształtu jej twarzy. Nie znosiła czarnej, zdawać by się mogło wiktoriańskiej sukni pokojówki i tego białego fartucha. Były dla niej symbolem zniewolenia, kajdanami których nigdy nie będzie w stanie się pozbyć.

Minęła hol i wspięła się na wielkie, dębowe schody. Każdy jej krok rozbrzmiewał cichym echem i tylko od czasu do czasu słychać było z oddali czyjeś szybkie kroki. U szczytu schodów minęła przycupniętą Karen, jasnowłosą dziewczynę która tak jak ona została porwana i siłą zmuszona do służenia w dworze. Ręce blondynki której jasne włosy były spięte w niski krótki kucyk, szybko lecz sprawnie szorowały poręcz. Becky minęła ją bez słowa i delikatnie zapukała do najbliższych drzwi. Po drugiej stronie ktoś pozwolił jej wejść. Chwyciwszy tacę jedną ręką nacisnęła klamkę i weszła do bogato zdobionego pokoju, w którym czekało na nią dwóch mężczyzn. Gdy położyła tacę na zabytkowym stoliku i zaczęła rozlewać napar poczuła na sobie wzrok Teodora Notta. O tyle rzeczy chciałaby go zapytać, miała nadzieję że wie coś na temat Dracona Malfoya, który rok temu opuścił zamek.

- Panie Zabini. – zwróciła się w kierunku stojącego przy wygasłym kominku czarnoskórego chłopaka. – Czy przynieść panu kolację do pokoju, czy zje pan tutaj? –

- Zjem u siebie. – odparł Blaise nawet na nią nie spojrzawszy.

Becky skłoniła się nisko i odwróciła by wyjść z pokoju. Zauważyła stojący przy oknie wielki fortepian, należący kiedyś do panicza Malfoya. Były dni, gdy grywał na nim matce do snu, lecz teraz instrument stał samotny i cichy. Jej myśli znów pognały w kierunku młodego arystokraty. Co robi? Czy jest bezpieczny? Może gdzieś odnalazł szczęście? Byłoby to dla niej spełnieniem marzeń. W przeciwieństwie do wielu, widziała jego dobroć i szlachetność, wiedziała że w przeciwieństwie do swojego ojca, Lucjusza, Draco posiadał ludzkie odruchy i dobre, odważne serce. Tyle razy przynosiła mu eliksiry po torturach jakie zadawał mu Czarny Pan, gdy tylko zrobił coś nie po jego myśli.. tyle razy widziała jego cierpienie...

- Paniczu Malfoy.. – szepnęła do siebie wychodząc i aż podskoczyła w miejscu gdy nagle obok niej odezwała się wysoka i surowa Marietta Ouks, przełożona pokojówek. Miała suknię do samej ziemi a srebrne włosy spięte w ciasny kok.

- Znowu bujasz w obłokach? – zagrzmiała groźnie marszcząc przy tym brwi. – Zaniosłaś już tę herbatę? –

- Tak proszę pani. – odparła Becky. –

- W takim razie weź się za pokój państwa Lestrange, właśnie wyszli z zamku więc nikt nie będzie ci przeszkadzał. – powiedziała Marietta i przeniosła swój wzrok na wciąż kucającą Karen. – Na litość Merlina dziewczyno, wciąż pucujesz te poręcze? –

- J-już skończyłam. – wydukała blondynka i stanęła prosto. Poprawiła swoją suknię pokojówki i wytarła ręce w biały fartuch.

- Zajmij się pokojem Severusa Snape'a. – zakomenderowała Marietta i odwróciła się na pięcie zostawiając dziewczyny samym sobie.

Becky westchnęła lecz w duszy wiedziała że Marietta robi wszystko, by możliwie jak najlepiej dbać o bezpieczeństwo swoich podopiecznych. Nie tolerowała lenistwa i fuszerki. Wszystko musiało być zrobione na sto procent, w przeciwnym razie albo całej służbie groziła chłosta, albo bilet w jedną stronę, czyli do lochów. Tego miejsca Becky nienawidziła najbardziej. Gdy przychodziła jej kolej by przynieść znajdującym się tam kobietom jedzenie, musiała mocno się starać, by nie uciec stamtąd z krzykiem. Ciało dziewczyny przeszedł mimowolny dreszcz, więc postanowiła jak najszybciej zakasać rękawy i zająć umysł pracą.

- Jeżeli uda mi się skończyć wcześniej, to pomogę ci u Snape'a. – odezwała się w kierunku Karen, która niezdarnie poprawiała swój biały czepek.

- Dziękuję. – odparła blondynka i uśmiechnęła się lekko. Mieszkała w zamku dopiero od miesiąca i każdy akt dobroci przyprawiał ją o szczere wzruszenie.

„Ach, to nie miejsce dla takich delikatnych osób jak ty", pomyślała Becky i zeszła do schowka po wiadro, ścierki i płyn. „Z resztą, dla mnie też nie." dodała gorzko i znów wspięła się po ciemnych, drewnianych schodach.

*

„Neville się żeni!". Równie dobrze młoda Weasleyówna mogła wpaść do namiotu ze słowami „Neville ma smoka!", pomyślał Draco i przewrócił się na drugi bok. Dookoła panowały egipskie ciemności a on wciąż nie mógł zasnąć. Gdy dwa dni wcześniej zaśmiewał się do rozpuku, Hermiona i Ginny patrzyły na niego jak na skończonego wariata. Sam nie wiedział dlaczego zareagował właśnie w ten sposób. Nigdy nie przepadał za Longbottomem, lecz teraz... Musiał przyznać że była to zwykła zazdrość. Oto Neville, szkolny kretyn bierze ślub. W trakcie wojny, w obskurnym obozie.. A jednak ma nadzieję i wiarę, że nawet w takich okolicznościach los będzie mu sprzyjał i pomoże w stworzeniu ciepła i bliskości z drugą osobą. Chwyci ukochaną za rękę, a różdżka Schacklebolta wystrzeli złote iskry przypieczętowując nowy związek na magiczną i nieskończoną wieczność. Zazdrościł mu tego, tej wiary, nadziei i planów. Zazdrościł mu przyszłości, mimo iż wciąż była niepewna, to istniała. W przeciwieństwie do niego. Jego świat był ciągłym strachem, bólem i samotnością.

Chociaż..

Spojrzał na leżącą w swoim łóżku Gryfonkę. Nie wiedział co tak naprawdę jest między nimi, jaka zażyłość właśnie się narodziła. Czy był to tylko seks, czy może coś więcej? Przymknął powieki. Granger stała się mu bliższa i ten fakt bardziej go przerażał niż szokował. Wszystkich którzy byli dla niego ważni spotykał marny los, skazując go na jeszcze większą samotność i cierpienie. Gdyby się okazało że dziewczyna nie jest mu obojętna..

Nie, to tylko Granger. Nie będzie o tym myślał. Złożywszy sobie tę obietnicę Malfoy znów próbował zasnąć, jednak było jeszcze coś co nie dawało mu spać. Od dwóch dni, czyli dokładnie od momentu w którym siostra Rona oznajmiła im że Neville bierze ślub z Hanną Abbott, Hermiona stała się dziwnie milcząca. Nie żeby to go obchodziło, ale smętny nastrój Gryfonki dziwnym trafem odbijał się również na nim. Co gorsza, nie wiedział co spowodowało tę zmianę, więc próbował jeszcze raz wrócić wspomnieniami do tamtego popołudnia.

~

- Neville się żeni! – krzyknęła rozemocjonowana Ginny a nagły wybuch śmiechu Ślizgona przerwał ciszę, która na moment zapanowała w namiocie. Draco wciąż trzymając się za brzuch wrócił do pozycji siedzącej i spojrzał na zaskoczone dziewczyny.

- Powiedz mi, Weasley, kto jest taką desperatką? – odezwał się po chwili. Ginny zmarszczyła brwi.

- Hanna nie jest żadną desperatką! – obruszyła się rudowłosa. – Ona i Neville jeszcze za czasów Hogwartu mieli się ku sobie, a odkąd Hanna trafiła do obozu są z Nevillem niemal nierozłączni. – dodała i spojrzała wprost na Hermionę. – Wiedziałam że tak będzie Miona, po prostu wiedziałam. –

- Cóż, nie pozostaje nic innego tylko im pogratulować. – powiedziała kasztanowłosa i wyszła z basenu. Chwyciła leżący na łóżku ręcznik i szczelnie się nim owinęła. - A co na to matka Hanny? – zapytała po chwili. Ojciec Hanny zginął w pierwszych latach wojny, dlatego matka stała się ostatnią dla dziewczyny bliską osobą.

- Z tego co wiem, nie ma nic przeciwko. –

Hermiona uśmiechnęła się szczerze.

- To naprawdę wspaniała wiadomość Ginny. Kiedy planują ślub? –

- Już za dwa tygodnie, uwierzysz? – powiedziała z radością ruda, jednak na twarz Hermiony wstąpiło niedowierzanie. Nie uszło to uwadze Dracona.

- Za dwa tygodnie? – zdziwiła się Gryfonka i usiadła na łóżku. – Ale przecież jego babci nie będzie na ślubie.. – dodała zaskoczona. Chciała dodać „no i mnie", ale się powstrzymała. Wszyscy wiedzieli że babcia Nevilla cudem uniknęła pojmania i śmierci z rąk Śmierciożerców. Teraz jedynie garstka zdawała sobie sprawę, że staruszka pracowała w szpitalu Świętego Munga pod zmienionym imieniem oraz wyglądem i doglądała syna oraz synowej, którzy wciąż znajdowali się na piętrze osób chorych psychicznie. Nie było mowy aby kobieta mogła pojawić się na weselu wnuka.

- Cóż.. – z Ginny ulotnił się wcześniejszy optymizm. – Wygląda na to że Hannie nieco się spieszy. –

Ciche prychnięcie wydostało się z ust Malfoya czym zwrócił na siebie uwagę dziewczyn.

- Was to dziwi? W szkole był ofermą, a tutaj będzie pantoflem. – zadrwił.

- Nie mów tak o Nevillu! – ofuknęła go Hermiona.

- Wybacz, ale czy mi się wydaje czy przed chwilą nie zrobiło ci się przykro na wieść o terminie ślubu? – zapytał świdrując Gryfonkę swoimi szarobłękitnymi oczami. – Neville chyba zapomniał, że raczej nie będziesz mogła się na nim pokazać. – dodał kąśliwie. Ginny zrobiła wielkie oczy.

- Faktycznie! – zawołała. – Przecież macie karę i całkowity zakaz opuszczania namiotu! – dodała tonem zdradzającym iż kompletnie o tym zapomniała. – Porozmawiam z nim, może zmienią datę. – powiedziała ochoczo i już miała wyjść jednak Hermiona powstrzymała ją gestem dłoni.

- To nic takiego Ginny. To ich dzień, nic się nie stanie jeśli mnie tam nie będzie. Trwa wojna, nie wiadomo ile nam wszystkim jeszcze zostało czasu, możliwe że niewiele i właśnie tym kieruje się Hanna. Całkowicie ją rozumiem. – dodała szatynka z lekkim, lecz smutnym uśmiechem. – Przekaż im moje gratulacje podczas ceremonii, jestem pewna że czeka ich wspaniała przyszłość. –

Ginny spojrzała na przyjaciółkę jednak nie wspomniała już więcej o weselu. Zmieniła temat wracając do zachwalania ich basenu, jednak nie miała szansy z niego skorzystać gdyż nadciągnęła burza niosąc ze sobą podmuchy zimnego wiatru, więc Draco czym prędzej pozbył się akwenu. Wieczór spędzili na czytaniu książek a kolejny dzień minął w dziwnej ciszy i atmosferze przygnębienia.

„Dlaczego do cholery się tym przejmuję.", myślał Draco i znów spojrzał na śpiącą Gryfonkę. Zaczął żałować słów, które do niej wypowiedział zaraz po tym jak Ginny opuściła namiot.

- Fajnych masz przyjaciół. – powiedział wciąż siedząc na łóżku. Gdzieś wewnątrz siebie poczuł potrzebę ubliżenia Hermionie, jak za starych lat. Czuł że dziewczyna jest dla niego już kimś innym i zaczęło go to przytłaczać. Kilka kąśliwych uwag miało przywrócić równowagę.

- A co ty możesz o tym wiedzieć. – odparła Hermiona i zdjęła ręcznik. – I w ogóle, o co ci chodzi? Jeszcze przed chwilą pokazywałeś mi piękne koralowce i... i później byłeś blisko, a teraz... - westchnęła poirytowana i chwyciwszy ubrania na zmianę zaczęła iść w kierunku swojej toalety. – Zdecyduj się jaki chcesz dla mnie być. – dodała i zniknęła za zasłoną.

Jednak kolejny dzień przyniósł ciszę i wzajemną niechęć. Każde marzyło tylko o tym, by w końcu wyjść z tego cholernego namiotu i nie musieć czuć obecności drugiego. Z każdą godziną blondyn zaczynał uświadamiać sobie coraz bardziej, że zwyczajnie tęskni za rozmową z drugim człowiekiem. Za rozmową z Gryfonką, jej uśmiechem, elokwencją, wiedzą i łagodnością. Gdy następny dzień minął im w ciszy a Ślizgon zauważył podkrążone od płaczu oczy Gryfonki, wiedział już co będzie musiał zrobić i wcale mu się to nie podobało. Wykorzystując nadarzającą się okazję, gdy tylko przed kolacją Hermiona zniknęła w swojej łazience, wlał do jej napoju trochę eliksiru Słodkiego Snu, który trzymał w swojej niewielkiej torbie i czekał aż dziewczyna pogrąży się w głębokim śnie. Mijały godziny, Złoty Feniks i jego mieszkańcy również spoczęli w objęciach Morfeusza, więc Draco postanowił działać.

- Expecto Patronum. – wypowiedział cicho, po czym przed jego obliczem stanął ogromny, srebrny smok. Duchowy obrońca nie mieścił się w namiocie więc jedynie spuścił swój wielki łeb i nachylił się gdy Draco wypowiedział tylko jedno zdanie, po czym opuścił namiot wzbijając się do lotu. Delikatny wiatr poruszył połami materiału. Arystokrata położył się niedbale na łóżku i czekał. Kilkakrotnie obrócił różdżką w palcach gdy nagle do środka wpadł zdyszany i przerażony Neville.

- Malfoy.. – wydyszał. – Co to miało znaczyć. – włosy chłopaka były rozwiane i w nieładzie, zapewne biegł. Blondyn wstał i podszedł do Gryfona wolnym krokiem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę że Neville bardzo się zmienił od czasów szkoły. Urósł i zmężniał, był wyższy nawet od Weasleya ale czy przystojniejszy, tego nie umiał stwierdzić. Dla niego oni wszyscy mieli urodę sklątek tylnowybuchowych.

- Nie wydzieraj się Longbottom, bo obudzisz Granger. – odparł spokojnie Draco. – Dzięki że przyszedłeś. – dodał po chwili.

- Ciężko było zignorować fakt, że w środku nocy wielki smok wkłada łeb do mojego namiotu i przemawia twoim głosem. – odparł Neville. – Czego chcesz? –

Draco spojrzał na Nevilla. Ciężko mu było uwierzyć że ten facet jest praktycznie taki sam jak on. Pochodził z czystokrwistej rodziny, magicznej od pokoleń, możliwe że od zawsze, a jednak nigdy nie udało im się znaleźć wspólnego języka. Cóż, po tym co spotkało rodziców Longbottoma z rąk siostry Narcyzy, było to dosyć zrozumiałe. Miał jednak nadzieję, że chłopak go wysłucha, choćby ten jeden raz.

- Na wstępie chcę ci pogratulować. – zaczął dyplomatycznie Malfoy. – Słyszałem że żenisz się z Abbott. Życzę wam szczęścia. – powiedział po czym wyciągnął przed siebie rękę. Brwi Nevilla powędrowały w górę, jednak odwzajemnił uścisk dłoni.

- Dzięki. – odparł po czym cofnął dłoń, jakby go parzyła.

- Tak wspaniała nowina. – kontynuował arystokrata, jednak w jego głosie można było wychwycić początek zbliżającej się drwiny. – Jednak wytłumacz mi Longbottom, dlaczego zrobiła się z ciebie taka łajza? –

Nevilla znów na moment zatkało.

- O co ci chodzi Malfoy? – syknął.

Blondyn wskazał ruchem głowy na śpiącą Gryfonkę.

- Chyba o kimś zapomniałeś, prawda? – odparł. – Wiesz że Granger i ja mamy zakaz opuszczania namiotu do końca sierpnia, więc nie będzie jej na twoim ślubie. Nie przeszkadza ci ten fakt? –

Na twarz Nevilla wstąpiło zakłopotanie.

- Chciałem poczekać, ale Hanna bardzo chciała pobrać się latem. –

- Bzdury. – wszedł mu w słowo Ślizgon. – Całe życie słuchałem jak to niby dla Gryfonów liczy się przyjaźń, miłość i wspólnota. Te wszystkie wzniosłe hasełka towarzyszyły wam w szkole przez lata, a teraz proszę, nie są warte nawet złamanego knuta. – zakpił i spojrzał na Nevilla z wyższością. – Nie myśl że mnie to obchodzi, ale –

- Chyba jednak cię obchodzi. – tym razem to Neville przerwał Draconowi.

- Nie prosiłem cię tutaj by rozmawiać o mnie, Longbottom. – uniósł się Draco. – Granger jest ciężka do wytrzymania podczas swoich normalnych dni, a co dopiero teraz, gdy ryczy w poduszkę co noc i zapewne uważa że już nikt o niej nie pamięta, co niby nie mija się z prawdą. – dodał i spojrzał na wciąż uśpioną Hermionę. - Rób co chcesz, ale jeśli pozwolisz by jedyna dziewczyna która była przy tobie gdy inni traktowali cię jak frajera, którym niewątpliwie byłeś, nie pojawiła się na twoim własnym ślubie, to wiedz, że jesteś kretynem za którego cię miałem. – powiedział na jednym wydechu po czym odwrócił się na pięcie i położył na swoim łóżku.

Po chwili usłyszał głos Nevilla.

- Na Merlina Malfoy, to chyba pierwszy raz gdy widzę w tobie ludzkie uczucia. – zaśmiał się cicho Gryfon.

- Jeżeli to wszystko co masz do powiedzenia Longbottom, to możesz już iść. – odparł Draco i wskazał Gryfonowi wyjście.

- A co, boisz się że eliksir przestanie działać? – zapytał Neville zakładając ręce na piersi. Malfoy poczuł się tak, jakby strzelił w niego piorun. Skąd wiedział?

- Skoro ona wciąż śpi to albo ją ogłuszyłeś, albo uśpiłeś. – pospieszył z wyjaśnieniem Neville. – przez kilka miesięcy mieszkaliśmy razem w lesie, wiem jak płytki ma sen. – dodał Gryfon i uśmiechnął się półgębkiem. – Za to nie wiedziałem jak silny ma wpływ na ciebie. –

Na te słowa Malfoy zmarszczył brwi i niemal wstał z łóżka.

- Wynocha. – wysyczał.

- Dobranoc. – odparł Neville i wciąż z dziwnym uśmieszkiem wyszedł z namiotu.

„Mam dosyć tego miejsca" pomyślał Draco, po czym zasnął czując okropne zmęczenie.

*

Obudziła się wypoczęta i pogodzona ze wszystkimi uczuciami. Mówi się trudno, powinna się cieszyć że jej przyjaciel znalazł szczęście w takich okolicznościach a nie użalać się nad sobą. Ładna z niej przyjaciółka, nie ma co. Hermiona wstała i spojrzała na wciąż śpiącego Ślizgona. Dopiero teraz poczuła się naprawdę źle. Przez kilka ostatnich dni nie odzywała się do niego i niemal podświadomie winiła za całą tę sytuację. Westchnęła i zganiła się w duchu za egoizm. Usiadłszy na łóżku Malfoya pomyślała o tym jaką samotność musi przeżywać każdego dnia, z dala od przyjaciół i ukochanej matki. Jako zdrajca i wygnaniec nie mógł tak po prostu wrócić, prosić o wybaczenie i zapomnieć o całej sprawie. Tutaj też do końca nie pasował. Z Mrocznym Znakiem wypalonym na lewym przedramieniu wciąż czuł się obcy i wykluczony z obozowej wspólnoty. A jednak tu był. Mimo swej odmienności próbował ze wszystkich sił stać się kimś lepszym. Westchnęła. Znała siebie aż za dobrze, by choćby próbować siebie oszukać. Wiedziała że ten jasnowłosy chłopak stał się dla niej niezwykle ważny, o wiele bardziej niż by tego chciała. „Przecież to Malfoy", powtarzała tyle razy. Ale „Malfoya" zastąpił Draco. Tysiąc razy ciekawszy niż dawniej. Bardziej dojrzały, ludzki i bliski. Przerażało ją to, wydawać by się mogło że niechęć do Ślizgona była łatwiejsza i prostsza, a teraz zastąpiły ją skomplikowane i zawiłe uczucia. Gdyby tylko mogła mu powiedzieć jak się czuje... Hermiona już chciała dotknąć jego policzka gdy nagle powieki chłopaka otworzyły się, a szarobłękitne oczy spojrzały wprost na nią.

- Długo jeszcze będziesz się tak we mnie wgapiać Granger? – zapytał Draco a Hermiona prawie spadła z łóżka z głośnym krzykiem.

- P-przepraszam! – wydukała po czym szybko zniknęła za zasłoną swojej łazienki. Na ustach Dracona zamajaczył delikatny uśmiech.

*

Mimo panującego lata wewnątrz potężnego zamku panował przyjemny chłód. Teodor Nott wpatrywał się w swoje czarne pionki rozłożone na szachownicy i z całych sił wytężał umysł do pracy. Miał już serdecznie dość ciągłych przegranych. Po drugiej stronie siedział Blaise Zabini, którego mina nie zdradzała kompletnie niczego. Nie był ani zagniewany, ani smutny, a już z pewnością nie radosny. Dlatego właśnie gdy w końcu się odezwał, wypowiedziane przez niego słowa tak bardzo zaskoczyły Notta.

- Myślisz że Draco i ta szlama mają się ku sobie? –

Teodor podniósł swój wzrok na przyjaciela i przez pierwszych kilka sekund zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze go usłyszał.

- Na litość Salazara Blaise, ty nadal o tym myślisz? – westchnął Nott i wyprostował się w wielkim fotelu. Poczuł że szachy które miały zająć jego myśli już na nic się nie zdadzą. Od dnia w którym zobaczyli Dracona na tamtej polanie minęły już prawie dwa tygodnie, a oni wciąż nie mogli wyrzucić tego zdarzenia z pamięci. Żył! Ich przyjaciel żył. Lecz to co tak nimi wstrząsnęło to nie sama obecność Hermiony Granger obok ich dawnego lidera, lecz to w jaki sposób oboje na siebie oddziaływali. On bronił jej, a ona broniła jego. Jak gdyby im na sobie zależało, jakby od dawna byli najlepszymi przyjaciółmi i oddanymi sobie sojusznikami. Było to dla nich całkowicie niezrozumiałe.

- Nie wiem i nie interesuje mnie to. – odparł w końcu Nott i znów spojrzał w szachownicę. W dotąd obojętnych oczach Blaise'a pojawiły się iskierki złości.

- Jak możesz tak mówić. Draco to nasz przyjaciel i naszym obowiązkiem jest dbanie o to, aby nie robił nic głupiego! –

- Nie Blaise, to przestało być naszym obowiązkiem w dniu, w którym Draco opuścił zamek i porzucił Czarnego Pana. –

Blaise wstał niemal strącając szachy ze stołu. Wielki, obity skórą fotel zaskrzypiał o drewnianą podłogę ryjąc w niej podłużne ślady, niczym blizny.

- Czyli już nic cię nie obchodzi jego los? Nie obchodzi cię, że jeśli Czarny Pan dowie się o jego zażyłości ze szlamami to nie będzie nawet próbował go oszczędzić?! –

Po tych słowach Nott również wstał i ostatkiem silnej woli powstrzymał się z rzuceniem na Blaise'a z gołymi rękami. To w końcu musiało nastąpić, punkt w którym oboje nie wytrzymają i zaczną skakać sobie do gardeł. Brak Dracona skutkował ich zagubieniem i osamotnieniem, co w końcu przerodziło się w frustrację. Malfoy był ich przywódcą, filarem na którym zawsze mogli się oprzeć, pewnym punktem zaczepienia i stabilizacją. Wraz z jego zniknięciem wszystko zaczęło się walić.

- Wydaje ci się że o tym nie myślę? Ja?! Nie ma dnia, abym nie zastanawiał się gdzie się podziewa mój przyjaciel i co się z nim dzieje. Czy cierpi, czy jeszcze w ogóle żyje! – wrzasnął Nott i minąwszy stół stanął na wprost Blaise'a, który właśnie skończył rzucać zaklęcie wyciszenia na całą komnatę i patrzył na zbliżającego się Teodora. – Codziennie zadaję sobie pytanie dlaczego to wszystko musiało się stać, dlaczego musimy tak bardzo cierpieć. W imię czego Blaise? – powiedział i spuścił wzrok. – Już nic mnie nie obchodzi. Ani ta wojna, ani Czarny Pan, nic... Tylko tak bardzo, bardzo żałuję że nie wyjechałeś ze swoją matką i ojczymem do Kanady, gdy cię o to błagała lata temu. Może gdybyś to zrobił to i ja znalazłbym w sobie odwagę i stąd zwiał.. ale nie mogliśmy, co nie? Nie mogliśmy... Nigdy nie zostawilibyśmy Dracona samego. – dodał i odwrócił się w kierunku fortepianu stojącego przy oknie. – Nie interesuje mnie co łączy Dracona i Granger, zupełnie mnie to nie obchodzi dopóki on żyje. Pomyśl, skoro on jest z nią, to znaczy że wie coś czego my nie wiemy, widzi coś na co my jesteśmy jeszcze ślepi Blaise. Wtedy, na polanie, nie wyglądał na więźnia, lecz towarzysza broni. Oddałbym wszystko, by móc z nim porozmawiać, zapytać o tak wiele dręczących mnie kwestii... - odparł i znów spojrzał na Zabiniego. – Mówiłem ci, że kilka dni temu podsłuchałem rozmowę Lucjusza z Czarnym Panem. Nic z niej nie zrozumiałem ale wydaje mi się że Czarny Pan ma jakieś wielkie plany względem Dracona. Coś naprawdę przerażającego... - przerwał na chwilę po czym kontynuował. – Jeżeli Draco odnalazł spokój u boku Granger, to nie mam nic przeciwko, tylko... jeśli trafią tutaj, to niech Merlin ma ich w swojej opiece gdyż śmierć będzie dla nich zbawieniem. – dodał i spojrzał na przyjaciela wyzywająco. Blaise wziął głęboki wdech.

- Cieszę się, że mamy na tę sprawę jednakowy pogląd. – odparł i podszedł do Notta by po przyjacielsku poklepać go po plecach. – Może po szklaneczce Ognistej? – zaproponował przyjaźnie, na co Nott odpowiedział potwierdzającym skinieniem głowy.

- Gdziekolwiek jesteś, twoje zdrowie Draco! – zawołali wspólnie a dwa szklane puchary zabrzęczały dźwięcznie.

Z kimkolwiek jesteś.

*

Oczy Hermiony przypominały dwa złote galeony, gdy do namiotu wszedł Neville wraz z Hanną pod rękę. Kasztanowłosa przerwała czytaną książkę i w przeciwieństwie do Dracona wstała z łóżka.

- Neville, Hanna! – zawołała radośnie i od razu wyściskała oboje. – Co was tutaj sprowadza? – zapytała odsuwając się od pary.

- Cóż. – zaczął Neville a jego wzrok na ułamek sekundy spoczął na Ślizgonie. – Uważamy że wszystko zaczęliśmy nie tak jak trzeba. Po pierwsze, zaproszenia. – powiedział i wyciągnął z kieszeni wielką, białą kopertę zdobioną w ręcznie malowane kwiaty. – Ktoś dał mi do zrozumienia, że pomimo wojny niektóre rzeczy trzeba załatwiać jak należy. Owszem, chcielibyśmy pobrać się z Hanną jak najszybciej, ale nie wyobrażam sobie ślubu bez mojej najlepszej przyjaciółki. – powiedział, a w oczach Hermiony zaszkliły się pierwsze łzy wzruszenia. – Czy wybaczysz mi to jak źle cię potraktowałem? –

- Och Neville! – potrząsnęła głową Hermiona i otarła łzy. – Przecież nic się nie stało. –

- Hermiono Jean Granger, z przyjemnością zapraszamy cię na nasz ślub który odbędzie się dwunastego września, w sobotę tego roku. Zapraszamy również Dracona Malfoya, który jak mi się wydaje, wciąż musi ci towarzyszyć. – dodał z rozbawieniem. Hermiona uśmiechnęła się szczerze a Malfoy teatralnie przewrócił oczami, jakby chciał powiedzieć „ Boże co za pajac". Nagle odezwała się Hanna.

- Mamy również zaszczyt prosić was o zostanie naszymi świadkami. – zaczęła nieśmiało dziewczyna. - Zawsze byłaś dla mnie miła, Hermiono, a w czasach szkoły niezwykle mi imponowałaś. – powiedziała i spojrzała na szatynkę z promienistym uśmiechem.

Gryfonka zakryła usta dłonią i z przejęciem popatrzyła na Ślizgona który postanowił jednak wstać.

- Czy ty wiesz o co prosisz, Longbottom? – zapytał stając przed Gryfonem. – Dlaczego nie Potter albo Weasley? –

- Cóż, myślałem nad tym trochę i doszedłem do wniosku że świadek nie musi być twoim najlepszym kumplem. Czasami to musi być osoba która da ci w odpowiednim momencie niezłego kopa, co nie? –

- Nigdy nie byłeś za dobry w myśleniu. – westchnął blondyn. – Ale niech ci będzie. – odparł po czym dodał. – Tylko uprzedzam, nie mam zielonego pojęcia o byciu świadkiem. Jedyne co będę w stanie ci załatwić to jakiś transport gdybyś się rozmyślił. –

Neville głośno się zaśmiał a Hermiona zmarszczyła brwi z oburzenia.

- Jak śmiesz! – ofuknęła go, jednak w jej głosie słychać było szczęście. Tak jak i Malfoy zgodziła się zostać świadkiem Hanny i gdy godzinę później zostali sami prawie tańczyła z radości.

- To niesamowite! Będziemy świadkami Draco! –

- Tak, naprawdę niezwykłe. – odparł Ślizgon i znów położył się na łóżku. Nagle Hermiona przygasła. „Co tym razem?" pomyślał Draco.

- Ale... ale ja nie umiem tańczyć. – zaczęła Gryfonka z przejęciem w głosie. – To znaczy, podczas balu w czwartej klasie tańczyłam z Wiktorem Krumem, jednak to raczej było dreptanie w miejscu niż taniec. Wiktor nie za bardzo umie się ruszać. – stwierdziła smutno.

- Nie przeczę. – odparł Draco przypominając sobie kaczy chód szukającego Bułgarów. – Rusza się jak gęś. –stwierdził.

- Może i rusza się jak gęś ale za to dobrze całuje! – wypaliła nagle Hermiona. Tyle razy musiała wysłuchiwać psioczeń Rona, że już zbrzydły jej obelgi skierowane w jej pierwszą nastoletnią miłość.

- Chodziłaś z Krumem? – Malfoy zrobił wielkie oczy i usiadł na łóżku.

- Nie nazwałabym tego chodzeniem, raczej pisaniem do siebie. – odparła po chwili Hermiona i zaczęła nerwowo bawić się kosmykiem swoich włosów.

- Weasley o tym wiedział? –

- Cóż, jakoś się dowiedział. A czemu cię to interesuje? – zapytała Hermiona podejrzliwie.

Draco wzruszył ramionami.

- Bez powodu. Chociaż, jaka była jego reakcja? – zapytał i uniósł jedną brew. Kasztanowłosa wahała się przez chwilę jednak w końcu odpowiedziała.

- Pamiętasz jak w Hogwarcie Ron i Lavender nie mogli się od siebie odkleić, nawet na korytarzach? –

Draco potwierdził skinieniem głowy.

- No właśnie. – przytaknęła mu Hermiona.

- Ooo.. – odparł Draco po czym znów wybuchł śmiechem. – Jakie to typowe. Cały Weasley. – powiedział po czym wstał. Na zewnątrz zaczęło się ściemniać. – Mówisz że Krum dobrze całował, ale nie umiał tańczyć. Jestem pewny że przebijam go w obu kategoriach. –

- Taki jesteś pewien? – zapytała Hermiona i spojrzała mu prosto w oczy.

- Oczywiście. Tańca uczyła mnie matka, powtarzając że kiedyś z pewnością mi się to przyda. – odparł i chwycił lewą dłoń Hermiony swoją prawą. Lewą ręką objął ją w pasie i przysunął do siebie. Dzisiaj szatynka ubrana była w zwiewną kremową sukienkę z falbanami. Jej długie włosy delikatnie muskały skórę na dłoni chłopaka a duże brązowe oczy wpatrywały się z zaciekawieniem w jego twarz.

- Będziemy tańczyć bez muzyki? – zdziwiła się dziewczyna.

- Na początku. – odpowiedział jej Draco i zaczął cierpliwie tłumaczyć kroki i ruchy. Hermiona okazała się być pojętną uczennicą co go nie zdziwiło. Szybko nauczyła się odpowiednich kroków i już po godzinie zaczęli tańczyć w rytm muzyki która dochodziła z wyczarowanego przez Malfoya magicznego gramofonu. Dźwięki fortepianu, skrzypiec i całej reszty instrumentów wypełniły namiot, który zdawał się być dla Hermiony wielką salą balową. Wirowała w ramionach Dracona aż w końcu zadrżała.

- Zmarzłaś? – zapytał ją nagle Ślizgon gdy przez uchylone przejście wpadło chłodne, nocne powietrze.

- Trochę. – odparła Hermiona nie przerywając tańca. Poczuła jak Malfoy przyciska ją mocniej do siebie i powoli się zatrzymuje. Teraz obie jego dłonie spoczywały na jej talii.

- A teraz? – zapytał dotykając gładkim policzkiem jej własnego.

- Wciąż zimno. – odpowiedziała Hermiona lecz czuła jak w jej ciele zaczyna płonąć ogień.

- Nadal? – ponowił pytanie blondyn i przeniósł usta na jej obojczyki.

- Tak. – wydyszała szatynka. Nagle poczuła na wargach usta Dracona. Wplotła palce w jego jasne włosy i delikatnie go pociągnęła. Chłopak nie pozostał dłużny. Zaczął zsuwać sukienkę Hermiony z ramion coraz niżej, lecz ona nagle się odsunęła i usiadła na swoim łóżku.

- Pragnę cię. – powiedziała mając przy tym minę jakby przyznawała się do morderstwa. – Tak bardzo, bardzo cię pragnę. –

Muzyka ustała. Draco nie potrzebował różdżki by sprawić aby magiczny odtwarzać zamilkł.

– Boję się tego pragnienia, Draco, boję się tego uczucia.. – dodała po chwili wstając. Chciała się do niego zbliżyć, jednak on cofnął się o krok. Zabolało. - Chyba naprawdę będzie lepiej jeśli ktoś inny przejmie moje obowiązki. Może Jakub, albo Lupin. – chwyciła prawą dłonią swój lewy łokieć i utkwiła wzrok w podłodze. – To takie głupie i naiwne, zakochać się w Ślizgonie. – powiedziała przez łzy siląc się na uśmiech. – Mówią że jestem najmądrzejszą czarownicą od czasów Roweny Ravenclaw, ale ona nie była na tyle bezmyślna by pokochać Salazara... - dodała i poczuła na policzkach gorące łzy. Czuła że zbliża się koniec ich relacji. Mogła się powstrzymać, poczekać jeszcze jeden dzień, dać sobie jeszcze jedną noc. Ale miała dosyć. Zbliżenia z nim zaczęły dla niej coś znaczyć, jego pocałunki mącić jej w sercu, a w głowie zaczęła kiełkować myśl, co by było, gdyby zniknął?

- Mieli córkę. – usłyszała nagle i spojrzała na Dracona.

- Słucham? –

- Rowena Ravenclaw i Salazar Slytherin mieli córkę. – powtórzył blondyn. – Helenę, znaną później jako –

- Szarą Damę, ducha Ravenclawu... – dokończyła za niego zaskoczona Gryfonka. – A- ale skąd.. –

- Przeczytałem w jednej książce z działu Ksiąg Zakazanych. – odparł szybko Malfoy po czym znów zapadła cisza.

- To niczego nie zmienia. – odezwała się nagle Hermiona. – Wybacz, zaczęłam pleść głupstwa. – westchnęła po czym kontynuowała. – Jeśli chcesz zmiany opiekuna poproszę kogoś z grupy dowodzenia, jestem pewna że przydzielą ci kogoś odpowiedniego. Myślę że najlepszy byłby Lupin, jest najbardziej łagodny i wyrozumiały. Oczywiście raz w miesiącu pieczę nad tobą przejęłaby Tonks, w końcu Lupin jest wilkołakiem, ale powinno ci być u nich dobrze. – powiedziała po czym zamilkła gdyż Ślizgon znalazł się nagle bardzo blisko niej.

- Czasem naprawdę nie lubię w tobie tego twojego gadulstwa. – zaczął spokojnie Draco. Jego szarobłękitne oczy wodziły po zapłakanej twarzy Gryfonki. – Ale czasem dzięki temu mogę kupić sobie więcej czasu na przemyślenia, nie uważasz? – dodał po czym znów chwycił ją w pasie.

- Nie rozumiem. – odparła Hermiona i zadrżała pod wpływem jego dotyku. – Puść mnie, inaczej będę bardziej cierpiała. – powiedziała i odwróciła twarz. Nagle ręka Dracona chwyciła ją pod brodę, przez co chłopak zmusił ją by spojrzała mu w twarz.

- A kto powiedział że ja nie? – zapytał po czym znów przymknął powieki i pocałował Hermionę w malinowe usta.

Nie rozumiała tego, nie wiedziała dlaczego to powiedział i dlaczego znów to zrobił. Ale już o to nie dbała. Był tutaj i jej pragnął, widocznie tak samo mocno jak ona jego. Ruchem dłoni zgasił lampę i zaczął ją całować coraz niżej i zachłanniej, jakby się bał że zaraz zniknie. Ubrania znalazły się na podłodze a materac jej łóżka zaskrzypiał pod ciężarem ich ciał. Spojrzała na niego i chwyciła jego twarz w obie dłonie. Był taki piękny. Taki surowy i jednocześnie tak łagodny w swych rysach. Półdługie kosmyki opadały mu na policzki i jej smukłe palce. Nagle z jego ust popłynęły słowa których się nie spodziewała.

- Chyba się w tobie zakochałem Granger, ale to strasznie boli. - dodał drżąc lekko.

Uśmiechnęła się smutno i przycisnęła go mocniej do siebie.

Oczywiście że boli.

Kiedy człowiek zakochuje się w kimś pierwszy raz, zmienia się nieodwracalnie. Miłość to nie zabawa. Z chwilą oddania komuś swego serca stajesz się odpowiedzialny za tę osobę, jak za samego siebie. Zakochując się w sobie pomimo dzielących ich różnic i wiedzieli, jak bardzo trudny przyjdzie dzielić im los.

- Hermiona. – szepnął Draco wpatrując się w jej brązowe oczy. Może popełniał błąd, może mylnie odczytał swe serce, jednak jeszcze nigdy nie czuł czegoś podobnego. Przez całe swe życie jedynie wypełniał rozkazy. Ojca, Czarnego Pana, walniętej ciotki. Nigdy nie zaznał wolności. A jednak teraz, mimo iż nie był całkowicie niezależny, czuł się wolny. Podjął ryzyko i dokonał wyboru. Byli tak bardzo różni, pochodzili z tak odmiennych światów jednak tylko razem mogli czuć się wolni w tym zepsutym, niebezpiecznym świecie. Zaufa. Pierwszy raz w życiu zaufa i pozwoli komuś wejść do swojego serca.

- Draco. – szepnęła dziewczyna i przejechała palcami po jego nagich plecach po czym znów złączyli się w jedno, jakby właśnie to było celem ich istnienia.

Idealna harmonia dusz.

*

Alicia Moore wpatrywała się w staruszkę niczym w obraz. Od kilku dni słuchała i nagrywała wszystko co kobieta miała do powiedzenia i nie kryła podziwu dla pamięci pani Malfoy, niegdyś Granger. Szczegóły i detale z życia bohaterki wojennej były żywe jak gdyby wydarzyły się wczoraj, a nie ponad pół wieku temu. Gdy cisza zapanowała na dłużej Alicia zabrała głos.

- A więc to był moment w którym zrozumieliście że się kochacie? – zapytała i uśmiechnęła się lekko. Pani Malfoy znów przeniosła na nią swój wzrok.

- Można tak powiedzieć, chociaż uważam że był to raczej moment, w którym zrozumieliśmy jak wielkich nieszczęśników uczynił z nas los. – odparła staruszka. – Była to cisza przed burzą. Już wkrótce miała nadejść i zmienić całe nasze dotychczasowe życie. – dodała, po czym znów spojrzała przez okno. Kwiaty wiśni powoli zaczynały przekwitać.









____________________________________________

Kochani! To już dziesiąty rozdział :) Zbliżamy się do końca pierwszej części. Oczywiście druga część pojawi się na tej samej stronie a rozdział nie będzie numerowany od początku, lecz zachowa ciągłość cyfr z części pierwszej, ale do tego momentu jeszcze trochę. Mam nadzieję że rozdział się podobał. Nie był za długi jednak jest to taki "pomost" między wydarzeniami. Dziękuję za Wasze komentarze, zawsze są dla mnie największą motywacją do pisania. Nawet po nocy. Buziaki!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 13 - Pojednania.