KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ: Rozdział 14 - Do tej którą kochałem najmocniej.
Złoty Feniks już dawno nie doświadczył takiego poruszenia. Biegający
dookoła ludzie, płaczące głośno dzieci. Mogłoby się wydawać że nastąpił koniec
świata i już za chwilę, pod nogami ludzi zawali się ziemia. Luna Lovegood z
zapłakanymi oczami zapieczętowywała namiot ze znajdującymi się w środku
sierotami, tak by nikt oprócz niej nie mógł dostać się do środka. Czyjś głośny
krzyk dobiegł jej uszu więc gdy tylko skończyła czar, pobiegła w jego kierunku
z mocno bijącym sercem.
Szpital wypełnił się rannymi. Dwójka magomedyków uwijała się
jak w ukropie, jednak nie daliby sobie rady bez wsparcia. Pomagał kto tylko
mógł.
- Albert, skończył się eliksir przeciwbólowy! – zawołała
Sara w stronę ciemnowłosego czarodzieja którego ręce całe były we krwi. Właśnie
skończył opatrywać jednego z rannych. Klnący pod nosem magomedyk przeszedł do
kolejnego łóżka, lecz po chwili odszedł zasłaniając martwe ciało białym
prześcieradłem.
- Tego też wynieście. – powiedział w stronę dwójki mężczyzn
stojących i czekających na polecenia lekarzy.
Robił to od lat. Leczył jak umiał najlepiej, ale także
pomagał przejść na drugą stronę. Jako czterdziestodwulatek był już świadkiem
wielu zgonów. Popatrzył na reanimującą kogoś Sarę Mitchell. Jej blond włosy
podrygiwały w rytmie mocnych ucisków klatki piersiowej pacjenta. Właśnie to
lubił w niej najbardziej, upór i brak kompromisów.
- Wilkins! – wrzasnęła w kierunku Alberta Sara. – Pomóż mi!
–
Lekko siwiejący brunet otrząsnął się z chwilowego zamyślenia
i ruszył przed siebie.
- To babcia Neville’a. – powiedziała kobieta ze strachem w
oczach i kontynuowała reanimację. Serce Augusty Longbottom wciąż pozostawało
przerażająco ciche.
~
Gdyby mógł, rozniósłby cały namiot na strzępy. Pozbawiony
różdżki i szalejący z wściekłości prawie rzucił się na Rona gdy ten wbiegł do
jego namiotu.
- Uspokój się Harry, mnie też zabrano różdżkę. – powiedział
Weasley. Usiadł na pobliskim krześle i ukrył twarz w dłoniach. Informacja o
napadzie Śmierciożerców na szpital Świętego Munga była dla wszystkich ogromnym
szokiem. Gdy tylko się dowiedział pobiegł do Kingsley’a by zgłosić się na
ochotnika, jednak zbyt późno zorientował się jakie Shacklebolt ma wobec niego
zamiary. Mógł się domyśleć że matka zawczasu poprosi go o zabranie mu różdżki.
Tyle razy marudziła by się więcej nie narażał, nie sądził jednak że posunie się
do czegoś podobnego. Nagle do namiotu
wpadła zdyszana i zapłakana Luna.
- Usłyszałam twój krzyk. Co się stało? – zapytała ze
strachem w oczach.
- Zabrali nam różdżki, to się stało! – wrzasnął Harry. –
Przeklęty Shacklebolt! – ryknął i usiadł na łóżku. Jednak zerwał się z niego po
chwili, gdyż przez przejście do namiotu weszła Ginny.
- Hermiona i Draco tam są. – powiedziała niemal martwym
głosem. Gdzieś w jej gardle słychać było narastającą gulę strachu i płaczu. Ron
zerwał się na równe nogi.
- Dlaczego.. Dlaczego im pozwolił? – zapytał wpatrując się w
Harry’ego. Z odpowiedzią pospieszyła mu Luna.
- Mung jest wielką placówką, zapewne potrzebował kogoś
oprócz Lupina i Jakuba. – powiedziała ocierając łzy z policzków. Ginny chwyciła
ją za rękę i ścisnęła ją mocno.
Od tylu lat zawsze byli razem. Wspólnie stawiali czoła
niebezpieczeństwom, wrogom, złu. Wiedząc że ktoś z ich grupy jest teraz daleko
i sam ryzykuje życie nie mogąc liczyć na wsparcie pozostałych, czuli niemoc i
wściekłość.
- Zabiję go.. – wyszeptał Harry. Wszystkie oczy zwróciły się
w jego kierunku. – Jeśli coś jej się stanie, to przysięgam że go zabiję. –
powiedział, po czym wstał i wyszedł z namiotu. Wszyscy popędzili za nim.
~
Słońce powinno schować się za chmurami, ptaki zamilknąć,
świat zatrzymać. Jednak ku rozpaczy wszystkich świat kręcił się nadal i nie
zamierzał przestać. Był ślepy na tragedię toczącą się dookoła. Słońce złotymi
promieniami oświetlało ledwie zakiełkowane pąki świeżych liści na drzewach.
Ptaki wyśpiewywały chwalebne trele na cześć pięknej, wiosennej pogody. Jednak
on nie był ślepy i w przeciwieństwie do świata dostrzegał tragedię i ból, która
gwałtem wdarła się do rzeczywistości mieszkańców. Gniew który go napędzał
zelżał na widok martwych ciał pod prześcieradłami, leżących na bawełnianych
kocach przed szpitalem. Wszedł do środka, a za nim cicho podążali przyjaciele. Pod
nogami dostrzegł walające się puste flakoniki po eliksirach, roztrzaskane
szklane probówki, zużyte strzykawki i zakrwawione opatrunki. Półnaga, stara
kobieta, przykryta tylko cienkim kocem ściskała w dłoni rękę wnuka. Harry jak i
pozostali nie potrafił zrobić już ani kroku.
- Neville. – powiedziała Augusta słabym głosem. – Tak mi
przykro.. –
Chłopak pokręcił głową a łzy bezustannie spływały mu po
policzkach.
- Twoi rodzice… robiłam.. co mogłam… -
Neville przycisnął rękę babci do ust i znów pokręcił głową.
- To nie twoja wina, babciu. – powiedział prawie się
dławiąc. Pomarszczona ręka kobiety dotknęła mokrego policzka chłopaka.
Pogłaskała go czule, tak jak robiła to przez te wszystkie lata. Nagle oczy
Augusty zaszły mgłą, a ręce opadły. Neville szeroko otworzył oczy.
- Babciu? – powiedział przez łzy. – Babciu… -
Sara odepchnęła go szybkim ruchem. Gryfon zachwiał się i
upadłby na podłogę gdyby nie stojące obok łóżko. Zakrył usta dłonią i
powstrzymał się od krzyku. Hanna która przed chwilą wbiegła do szpitala
ignorując stłoczonych przy wejściu przyjaciół, rzuciła się Neville’owi na
szyję, po czym przycisnęła go mocno do siebie, by stłumić jego coraz
głośniejszy szloch.
Nagle głośny trzask rozbrzmiał przed szpitalem i do środka
wszedł Kingsley, podtrzymując rannego Jakuba. Położył zakrwawionego chłopaka na wolnym łóżku i
odsunął się by zrobić miejsce Albertowi. Nawet nie zauważył jak drogę zaszedł
mu Harry.
- Gdzie ona jest. – zapytał Gryfon z wściekłością w głosie.
Shacklebolt wyglądał na pokonanego. Na moment spuścił wzrok w którym malowała
się rozpacz, po czym na powrót się wyprostował.
- Draco i Hermiona… zabrali ich Śmierciożercy. – powiedział
nagle, patrząc prosto w oczy Wybrańcowi.
Są takie chwile które zmieniają człowieka na zawsze. Czasami
trwają całymi godzinami, jak wydawanie dziecka na świat, a czasami są jedną
krótką chwilą, gdy dowiadujesz się że osoba którą kochasz już nie wróci.
Przybierają różne postaci. Gdyby ktoś mógł w tamtej chwili zatrzymać czas i
ukoić ból, zapewne wszystko mogłoby stać się znośne. Jednak… Los nigdy nie był
po ich stronie, prawda?
Harry jednocześnie z Ronem rzucili się na Kingsley’a który
nawet nie próbował się bronić. Luna upadła na podłogę krzycząc żałośnie, a
Ginny w ataku furii wyciągnęła trzymaną w kieszeni różdżkę. Doskoczyli do nich
znajdujący się w szpitalu ludzie, próbując oderwać Wybrańca i jego przyjaciela
od leżącego na podłodze Shacklebolta. Sara obezwładniła rudowłosą niemal
wykręcając jej rękę, a Neville który zerwał się na równe nogi doskoczył do Luny
i zamknął ją w uścisku by pomóc jej się wyciszyć.
Gdyby tylko ktoś mógł zatrzymać czas i ukoić ich ból. Gdyby
ktoś tylko potrafił sprawić, by zapomnieli o otaczającym ich świcie. Może nie
pękłyby im serca.
*
Myślała że zabiją ją od razu, jak to mieli w zwyczaju. Łaska
nigdy nie leżała w ich naturze, o czym kolejny raz przekonała się boleśnie, gdy
wraz z Draconem weszła do Świętego Munga. Wszędzie leżały porozwalane papiery i
szczątki leków. Podłogę plamiły ślady świeżej krwi. Rozdzielili się z resztą by
przeszukać wyższe piętro i wtedy na niego trafili. Stał przy oknie w jednych z
korytarzy i przyglądał się pobliskiemu parkowi, który już wkrótce miał się
zazielenić. Draco nie tracił czasu. Szybkim ruchem wycelował różdżkę w
mężczyznę, lecz ten odbił zaklęcie odwracając się w ich stronę z kocią
zwinnością.
- Nie wstyd ci
atakować ojca od tyłu? – zapytał Lucjusz uśmiechając się kpiąco pod nosem. Jego
wzrok padł na stojącą obok Gryfonkę i uśmiech zszedł mu z twarzy. – Jak zawsze
w otoczeniu szlam. – skwitował jej obecność.
- Zaatakowaliście szpital pełen chorych ludzi. – odezwał się
w końcu Draco ignorując z trudem
wcześniejszą uwagę. – Pottera tutaj nie ma, fatygowaliście się na darmo.
– powiedział nie spuszczając z ojca wzroku. Lucjusz nie wyglądał na
zawiedzionego.
- Potter.. – powiedział niemal spluwając tym słowem. – Nie
tylko on się tutaj liczy, wiesz? – dodał i znów przeniósł wzrok na stojącą obok
syna Hermionę. – Wystarczy że będę miał tę szlamę, a sam się do nas zgłosi. –
- Przestań ją tak nazywać. – warknął Draco na co Lucjusz
wysoko uniósł jasne brwi.
- Ooch, chyba mi nie powiesz drogi synu, że zacząłeś
gustować w tak marnym towarze. Naprawdę, coraz częściej zastanawiam się czy
Narcyza rzeczywiście była mi wierna. –
W Draconie aż się zagotowało. Kolejne zaklęcia posypały się
falami, z tą różnicą że do walki dołączyła
Hermiona. Nagle, ruszona dziwnym przeczuciem odwróciła się za siebie i w
tym samym momencie odbiła zaklęcie rzucane prze Bellatrix Lestrange.
- Mają być żywi! – wrzasnął Lucjusz w kierunku Bellatrix.
Czarownica, której twarz wykrzywił podły uśmieszek była coraz bliżej. Hermiona
wątpiła czy dadzą sobie radę sami. Jakub i jego dwaj przyjaciele, Bill,
Kingsley, pan Artur, Lupin i bliźniacy byli na innych piętrach i zapewne
walczyli tak samo jak oni.
- Właśnie przed chwilą posłałam do diabła pewnego bardzo
natrętnego faceta. – zaskrzeczała Bellatrix między zaklęciami. - Chyba ma na
imię Jakub. –
Hermiona zrobiła wielkie oczy i poczuła jak strach ściska
jej serce.
- Twój kolega? – zapytała Lestrange widząc reakcję
dziewczyny i rzuciła kolejne zaklęcie. Hermiona prawie warknęła odbiwszy
magiczny promień i poczuła jak zaczyna szaleć w niej gniew. Wspomnienie sprzed
czterech lat napędzało ją jeszcze mocniej. Tortury zadane w ciemnym i mrocznym
salonie Malfoy Manor nie pozwalały o sobie zapomnieć. Wtedy się poddała, nie
miała innego wyboru. Jednak teraz, starsza i silniejsza postanowiła walczyć.
Zetrze z twarzy Bellatrix ten jej wieczny, nawiedzony uśmiech i sprawi że w
końcu zapłacze. A ona będzie śmiać się w głos. Hermiona już miała rzucić
odpowiednie zaklęcie gdy nagle, z bocznego korytarza nadbiegł Fenrir Greyback,
przygniatając Gryfonkę do ściany. Różdżka wypadła jej z ręki i poturlała się
prosto pod nogi zadowolonej Lestrange.
- Gdzieś ty był. – zganiła go czarownica.
- Wybacz, ta stara wiedźma Longbottom tu jest. Próbowała
mnie obezwładnić gdy zauważyła jak pożywiam się jej synem i jego żoną. –
- Chyba dałeś sobie radę ze staruchą. – zakpiła Bellatrix i
złapała Hermionę za włosy.
- Jak widzisz ja tutaj stoję, nie ona. – odparł wilkołak
lecz ciotka Dracona już go nie słuchała. Przyłożywszy Hermionie do gardła
wyciągnięty wcześniej nóż wrzasnęła najgłośniej jak umiała, gdyż siostrzeniec
wciąż walczył ze swoim ojcem.
- Dracooo! – zawyła. Młody arystokrata spojrzał w jej stronę
kątem oka i praktycznie od razu znieruchomiał. Zdążył jeszcze odbić zaklęcie
ojca, po czym zwrócił się w kierunku ciotki.
- Jeżeli zrobisz cokolwiek, ona zginie. – powiedziała
Bellatrix spokojnym tonem. Hermionie nie umknął nacisk na słowo „cokolwiek”,
jakby Lestrange wiedziała, albo chociaż podejrzewała jaką siłą dysponuje jej
siostrzeniec. – Czarny Pan wiedział co robi gdy zaczął grzebać Nott’owi we
wspomnieniach. – odezwała się na powrót czarownica. – Zobaczył w nich ciebie i
ją. – skinęła głową na Hermionę. – Wtedy, gdy zginął Travers. –
- I ojciec Cho Chang! – dodała Gryfonka ze złością. Lestrange
pociągnęła ją mocniej za włosy.
- Zamknij się i siedź cicho. – warknęła. – Już sam fakt że
muszę cię dotykać mi ubliża. – powiedziała i znów spojrzała na Dracona. – Jak
to jest być chronionym przez szlamę? – zapytała, lecz nie dała mu czasu na
odpowiedź. – Doprawdy jesteś zakałą rodziny! – wrzasnęła. – Ale to już nie mój
problem. Niech zajmie się wami Czarny Pan. Oddaj ojcu różdżkę, tylko grzecznie
i bez sztuczek, bo wbiję jej nóż prosto do gardła. – ostrzegła poważnie i z
szaleństwem w oczach.
Draco spojrzał w brązowe oczy kasztanowłosej. Właśnie tego
pragnął uniknąć ze wszystkich sił. Na próżno. Ucieczka, miesiące osamotnienia,
poddanie w Złotym Feniksie… Wszystko poszło na marne, gdy zakochał się w tej
brązowowłosej dziewczynie. Gdyby stał tu teraz sam, niczego by nie żałował. Ani
jednej chwili, ani jednego spędzonego w samotności dnia. Lecz teraz jego umysł
wypełniały ciepłe wspomnienia i miłość. Tyle miał do stracenia! Gdyby dano mu
pewność że odeślą ją żywą i nietkniętą, rzuciłby się przed Czarnym Panem choćby
i na kolana. Biłby przed nim pokłony, jeśli tylko dałby mu gwarancję jej
nietykalności. Lecz wiedział że nic takiego się nie wydarzy. Czy nie był to
efekt jego samolubstwa? Pokochał ją i dał się pokochać wiedząc, jak straszny
ciąży nad nim los. Zabije ją jego pragnienie bycia kochanym. Życie jednak
niczego go nie nauczyło. Ale jej wyciągnięta do niego dłoń była zbyt miła, zbyt
dobra by jej nie chwycił. Była dla niego niczym świeży haust powietrza, po
wypłynięciu na powierzchnię. Była promieniem słońca które ogrzewało mu twarz,
zmarzniętą i skostniałą od łez. Była rodziną. Ale teraz stała przed nim w
uścisku jednej z najpodlejszych osób na świecie i mimo to nie widział w jej
oczach złości bądź żalu. Jak zawsze, dostrzegał tylko zrozumienie i
nieskończoną odwagę.
Trwało to kilka chwil, aż w końcu Draco rzucił różdżkę pod
nogi ojca i dał się spętać silnym zaklęciem, wciąż patrząc wprost na Hermionę.
Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie jej za to zadośćuczynić.
*
Upadła na żwirową ścieżkę kolanami. Była przekonana że za
chwilę poczuje na twarzy ostre kamyki, lecz Bellatrix znów chwyciła ją do góry
za włosy z których spadła gumka i teraz uwolnione rozsypały się kaskadą po jej
ramionach. Ręce związano jej za plecami magicznym sznurem, lecz splot był zbyt
mocny, by mogła go poluzować. Odnalazła wzrokiem Dracona, który tak jak ona
wstawał z kolan i prowadzony przez swojego ojca nie odzywał się ani słowem.
Hermiona rozejrzała się dookoła. Chciała zapamiętać każdy szczegół, każdy
kamień, krzak czy budynek który pomógłby jej w ucieczce, lecz gdy tylko omiotła
wzrokiem miejsce w którym się znalazła, przeżyła szok. Dookoła nich rozciągała
się wielka polana, na której obrzeżach rósł gęsty, ciemny las. Stali na ścieżce
prowadzącej do czarnej, stalowej bramy, za którą, znajdował się olbrzymi zamek.
„Czarny Dwór” pomyślała i ogarnęła ją rozpacz. Szli w kierunku zamku bez słowa
a jej myśli pędziły jak szalone. To o tym miejscu opowiadał jej Draco. To z
tego zamku uciekł ponad rok temu. Właśnie w piwnicach tej twierdzy
przetrzymywane, gwałcone i mordowane są mugolki oraz czarownice mugolskiego
pochodzenia, a w jednej z wież Voldemort ukrywa swoje Horkruksy. Czy nie
powinna się cieszyć? Harry pierwszy wyrywał się do ataku, chciał by Draco sam
wrócił i inwigilował Czarnego Pana narażając przy tym własne życie, a tak
przynajmniej są tutaj razem. Mimo wszystko miała złe przeczucia. Zanim
przekroczyli bramę Bellatrix podwinęła Hermionie bluzkę i tak jak Czarny Pan
swoim podwładnym, tak i ona teraz wypaliła Gryfonce na jednej z łopatek małą
literę „M”. Znak własności rodziny Malfoy. Kasztanowłosa wrzasnęła z bólu i
znów upadła na kolana. Poczuła się tak, jakby ktoś przyłożył jej do skóry
rozgrzany do białości pręt.
- Zostaw ją! – wyrwał się Draco lecz ojciec chwycił go za
koszulę i zmusił by znów stanął obok niego.
- Bez tego nie przeszłaby nawet pod bramą. – warknęła
Lestrange i podniosła obolałą Hermionę. – Doprawdy nie wiem po co Czarnemu Panu
to ścierwo. – mruknęła pod nosem i zmusiła dziewczynę do wysiłku. Gdy minęli
wielkie schody, dwuskrzydłowe drzwi otworzył im Severus Snape. Hermiona
spojrzała na niego z pogardą.
- Dzień dobry, profesorze. – powiedziała kpiąco po czym znów
upadła na kolana pchnięta przez ciotkę Dracona. Poczuła że ma dosyć gdy uderzyła
twarzą o podłogę, lecz podejrzewała że nie jest to jeszcze koniec jej
cierpienia. Draco klęknął obok niej, tak jak i ona miał związane ręce.
- Wytrzymaj. – szepnął zbolałym tonem zanim ojciec poderwał
go za ramię do góry.
Oczywiście, że wytrzyma. Wytrzymywała za każdym razem. W
pierwszej klasie gdy chciał zabić ją górski troll, w drugiej gdy Bazyliszek
zmienił ją w kamień, w trzeciej klasie
prawie zagryzł ją wilkołak. W piątej niemal nie wyzionęła ducha w walce w Ministerstwie Magii a później było
już tylko gorzej. Walka, ból, cierpienie… I to wieczne wysłuchiwanie że jest
się szlamą.
- Ktoś cię prosił o interwencję, Bellatrix? – usłyszała
nagle głos Snape’a, wciąż leżąc na chłodnej, drewnianej posadzce. – Możesz już
sobie iść. – powiedział i chwycił Hermionę za ręce pomagając jej wstać.
- Ale.. Ale to ja ją złapałam. – powiedziała nagle
czarownica marszcząc brwi. – Nie przypiszesz sobie moich zasług! – wrzasnęła,
lecz na Severusie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wyglądał wręcz na
znudzonego.
- Czarny Pan wie, że to ty ją pojmałaś, ale prosi tylko o
obecność moją oraz Lucjusza. Czy masz z tym jakiś problem? – zapytał chłodno.
- N-nie, ale.. –
- Świetnie. – odparł Snape i ruszył przed siebie trzymając
Gryfonkę za ramię. Bellatix odprowadziła ich wzrokiem po czym wściekła zniknęła
za jednym z korytarzy. – Wypij to. – powiedział do Dracona zanim zaczęli się
wspinać po schodach. Czarodziej wyjął z kieszeni swojej czarnej szaty
niewielki, szary flakonik i odkorkowawszy buteleczkę podstawił ją blondynowi do
ust. Malfoy nie protestował lecz gdy tylko połknął zawartość fiolki poczuł jak
eliksir mąci mu umysł. Zrozumiał że miało mu to uniemożliwić posługiwanie się
magią bezróżdżkową. A więc oprócz Czarnego Pana wie także jego ciotka i jak
widać Snape. Spojrzał z nienawiścią na Severusa i ojca lecz ten odwrócił go i
pchnął w kierunku schodów.
Hermiona korzystając z okazji rozejrzała się po zamku. Hol
był wielki, wyłożony ciemnym, mahoniowym drewnem. Bogate zdobienia przykuwały
uwagę. Szli szerokimi schodami na kolejne piętra. Gryfonka dostrzegła że na
każdym z pięter znajduje się po kilka pokoi. Stres i adrenalina pulsowały jej w
żyłach i robiła wszystko żeby nie zwariować. Może to ostatni raz kiedy widzi
tak piękną architekturę? Może właśnie to są jej ostatnie chwile? Nigdy się nad
tym nie zastanawiała. Jak chciałaby umrzeć? Co chciałaby wcześniej zrobić,
gdzie pojechać, z kim się spotkać. Zawsze dawała z siebie wszystko, ale nigdy
tak naprawdę nie myślała o sobie. Nagle spojrzała na Dracona. Coś w jego twarzy
zmroziło ją i kazało przestać zwracać uwagę na otoczenie. „Skup się na tym żeby
przeżyć” mówiła do siebie. „Przecież nigdy się nie poddaję”, zganiła się w
duchu. Tak bardzo pragnęła móc zostać z nim na chwilę sam na sam. Dotknąć,
przytulić, powiedzieć że jeszcze wszystko będzie dobrze. W jego szarobłękitnych
oczach dostrzegła narastającą rozpacz. Lód który udało jej się stopić chciał
znów przemocą wedrzeć się do jego głowy. Szła obok niego i przysunęła się do
jego ramienia jak mogła najbliżej. Gdy udało jej się go dotknąć, spojrzał na
nią tak jak jeszcze nigdy wcześniej.
„Wybacz że ci to zrobiłem”, tak zapewne by powiedział gdyby
mógł. Ledwo zauważalnie pokręciła głową. „Jestem tutaj z tobą.”
Nagle ich niemą wymianę zdań przerwał Snape który zatrzymał
się w końcu przed wielkimi, żelaznymi drzwiami.
- Radzę ci milczeć. – rzucił w kierunku dziewczyny po czym
otworzył drzwi. Spojrzenie dwóch, czerwonych ślepi przeszyło Hermionę na
wskroś.
*
Alicia Moore raz po raz wyciągała z ozdobnej szkatułki
bawełniane chusteczki i wycierała nimi mokre od łez oczy. Przetarła okulary i z
powrotem je założyła, biorąc cichy lecz głębszy oddech. Wiedziała że spisywanie
wspomnień tej akurat kobiety nie będzie proste. Słyszała o niej, czytała w
Wielkiej Księdze Historii Magii, lecz czym innym było siedzenie obok niej i
przeżywanie wszystkiego osobiście. Spojrzała na twarz sędziwej czarownicy.
Malował się na niej spokój, lecz w oczach dostrzegła nieznane nikomu uczucia.
- Czy… Czy gdyby mogła pani cofnąć czas? Zrobiłaby to pani?
– zapytała reporterka po chwili a białowłosa kobieta spojrzała na nią odrywając
się od wspomnień.
- Pozwolisz że coś ci przeczytam. – odparła czarownica i
wyciągnęła przed siebie dłoń. Stojąca na regale książka posłusznie znalazła się
w rękach właścicielki. Pomarszczona dłoń przerzuciła pożółkłe kartki aż w końcu
znalazła właściwą stronę. - Uświadomiłam sobie ważną prawdę o ludzkości. –
zaczęła czytać. - Gdy los daje nam bolesną lekcję, to nieważne, ile łez przez
nią wylejemy , ponieważ gdy łzy wyschną, zapominamy płynący z niej morał. Takimi
właśnie jesteśmy istotami. - zacytowała
Hermiona i zamknęła książkę. – Autorem tej powieści jest nieżyjący od ponad
pięćdziesięciu lat mugol, Yusuke Kishi. Uważam, że miał rację. – powiedziała
milknąc na chwilę. – Widzisz, nawet gdybym mogła cofnąć się do przeszłości,
uważam że i tak nie mogłabym nic zmienić. Moje życie, życie Dracona i
wszystkich pozostałych w tamtym czasie ludzi unosił prąd wojny. Był mocny i
bezwzględny, jednak nauczył nas co tak naprawdę ma wartość. Mam nadzieję, że
nigdy o tym nie zapomnimy. – powiedziała smutno.
Reporterka spojrzała na swoje zaciśnięte dłonie i zastanowiła
się nad kolejnym pytaniem. Mimo iż minęło ponad pół wieku nikt tak naprawdę nie
wiedział, co dokładnie wydarzyło się w Czarnym Dworze, miejscu zagłady tak
wielu niewinnych osób.
- Czy w tamtej chwili.. – zaczęła nieśmiało. - Pierwszy raz
zobaczyła pani Voldemorta? – zapytała podnosząc na nią swój wzrok. Staruszka
również spojrzała jej w oczy.
- Tak. – odparła. – Pierwszy i nie ostatni, jednak wtedy po
raz pierwszy zetknęłam się z jego potęgą i już wtedy zrozumiałam, jak wiele
przyjdzie mi jeszcze znieść cierpienia. – dodała i spojrzała za okno. Piękne,
jasne słońce zaczęło zachodzić za pierwszymi deszczowymi chmurami.
*
Poczuła ból tak silny, że prawie zwalił ją z nóg. Miała
wrażenie że jej głowę zaatakował rój wściekłych os, które nie miały zamiaru
odpuścić. Obok niej Draco również syknął z bólu, lecz tak jak i ona dzielnie
trzymał się na nogach. Zrozumiała że to czerwonooki czarnoksiężnik próbuje
wedrzeć im się do umysłów, jednak ku jego zdumieniu nie mógł przebić się przez
mur oklumencji. Gdy Lucjusz i Snape wepchnęli ich do okrągłej komnaty Hermionę
uderzył panujący mrok. Wielkie okna zasłonięte były ciężkimi, czarnymi
zasłonami a jedyne źródło światła stanowiły gazowe lampy w ozdobnych kloszach.
Ślizgon i Gryfonka zmuszeni do uklęknięcia przed Voldemortem patrzyli jak
potomek Salazara Slytherina niespiesznie siada na bogato zdobionym tronie. Nagini
wiła się u jego stóp patrząc na dziewczynę z głodem w oczach.
- Witaj z powrotem drogi chłopcze. – odezwał się Voldemort
parząc wprost na blondyna. Hermiona zauważyła trzymaną w ręku czarnoksiężnika
Czarną Różdżkę, która kiedyś należała do Albusa Dumbledore’a. – Czy masz mi coś
do powiedzenia? - ciągnął Voldemort.
Draco drgnął. Wiedział, że czego by nie powiedział i tak
razem z Gryfonką znajdują się w tragicznej sytuacji.
- Nie. – odparł
krótko po chwili.
- Ach, czyżby? – zapytał czarnoksiężnik wstając z tronu i
schodząc z podwyższenia. – To może wyjaśnisz mi łaskawie, jakim cudem ta brudna
szlama jest w stanie oprzeć się mojej legilimencji! – wrzasnął tracąc na chwilę
panowanie nad sobą. Hermiona wiedziała że uparte milczenie młodego Malfoya musi
doprowadzać go do szału. Voldemort przeniósł na nią swój wzrok i po chwili
namysłu skierował na nią swoją różdżkę. – Zobaczymy czy oprze się temu. –
powiedział i zanim ktokolwiek zdążył choćby mrugnąć, rzucił zaklęcie. – Crucio!
– wrzasnął na całą komnatę, a jego słowa odbiły się echem od marmurowych ścian.
Dawno już tak nie krzyczała. Gdy kilka lat temu w podobny
sposób torturowała ją Bellatrix myślała że oszaleje z bólu. Teraz wiedziała, że
tortury Lestrange były niczym. Ot czułym dotykiem ukochanej dłoni. Gdy kilka
miesięcy temu Greyback walił jej głową o bruk myślała że zginie… teraz
wiedziała że było to niczym. Chwilą odpoczynku po ciężkim dniu. Zaklęcie
Voldemorta było o stokroć potężniejsze niż wszystko co znała. Dotykał jej
każdego nerwu, kawałka wrażliwej skóry, części samej duszy, mogłoby się wydawać
że głęboko ukrytej i bezpieczniej. Ogłuszał ją jej własny wrzask, ciało upadło
na zimną posadzkę i wykręcało się z bólu. Nie umiała znaleźć ucieczki. Harry,
Ginny, Ron, Neville…. Draco.. nikt nie mógł przyjść jej na ratunek, pokazać się
w mglistej wizji i ukoić w cierpieniu. Była sama, jak zawsze.
Nagle wszystko ustało i choć wciąż drżała na zimnej podłodze
wiedziała że coś się zmieniło. Ból który ją oszołomił zniknął, a jej uszu
dobiegł krzyk kogoś innego. Czy jemu też zadają ten ból? Nagle uzmysłowiła
sobie że to Draco krzyczy jak oszalały, by dano jej spokój.
„Nie płacz kochany… Nic mi nie jest.” ,pomyślała i
spróbowała wstać. Zachwiała się niczym świeżo narodzony źrebak lecz w końcu
udało jej się stanąć prosto. Odnalazła wzrokiem ukochaną twarz i klęknęła przed
nim wtulając się w jego mokrą od łez i potu koszulę.
- Ciii… - powiedziała szeptem. Poczuła jak drży pod wpływem
emocji i przymknęła powieki. Chłopak zanurzył twarz w jej włosach i wyszeptał
przez łzy.
- Wybacz mi. – załkał.
Hermiona pokręciła głową. „Przecież nie mam czego.”, pomyślała.
Nagle zimny, ostry głos przeszył ich oboje.
- Odrażające. – powiedział Voldemort i skrzywił się na ich
widok. Hermiona podniosła na niego swój wzrok.
- Co masz dokładnie na myśli. – powiedziała marszcząc brwi.
Miała go serdecznie dosyć. Miała dosyć tego jak wszyscy przed nim drżeli. Nie
będzie dłużej milczeć. Może zagwarantowałoby jej to przeżycie, może kupiło jeszcze
kilka ładnych godzin lub dni, ale nie dbała już o to. I tak nie widziała dla
siebie przyszłości gdy on wciąż żył. Zawsze będzie widmem nad jej życiem. Jej i
pozostałych których kochała. Gdyby mogła zabiłaby go własnymi rękami, ale
dopóki istniały Horkruksy, wiedziała że jej heroiczny czyn poszedłby na marne.
– Co masz dokładnie na myśli. –warknęła odwracając się w
jego stronę. Voldemort na chwilę stracił rezon lecz odzyskawszy pewność siebie
uśmiechnął się kpiąco.
- A jak ci się wydaje, wstrętna, brudna szlamo. – powiedział
robiąc w jej stronę kilka kroków. – Nie wiem jakich mugolskich sztuczek użyłaś,
ale nie mogę uwierzyć że Draco, młody arystokrata czystej krwi mógł spojrzeć na
kogoś takiego jak ty. – dodał patrząc na nią wyzywająco. Dziewczyna nie spuszczała
z niego wzroku.
- Może to dla ciebie zbyt skomplikowane. – odparła Hermiona
zwracając się do niego w pierwszej osobie. – Ale jest coś takiego jak miłość. –
Voldemort prychnął.
- Miłość. I dokąd zaprowadziła cię ta miłość? – zapytał nie
dając jej szansy na odpowiedź. – Wydaje ci się że to wątpliwe uczucie ma
jakąkolwiek siłę? Naprawdę uważasz, że dzięki niej pokonasz magię? Nie ma nic
ponad magię i władzę, naiwna dziewucho. Nie istnieje uczucie, osoba bądź rzecz,
która mogłaby zagrozić władzy jaką jest magia i nieskończone życie! – wrzasnął
i nachylił się do niej tak, że aż sama musiała się cofnąć.
Spojrzała w jego wąskie, czerwone oczy i nie znalazła w nich
absolutnie niczego. Nie było w nich duszy. W końcu, jakim cudem miałaby tam
być, skoro znajdowała się w częściach, poszarpana i okaleczona. Taką istotą
właśnie był Voldemort. Samego siebie potraktował z największą zniewagą tylko po
to, by uczepić się wątpliwej władzy. Był przekonany o swej wyższości i
nieśmiertelności i choć mógł podejrzewać ze Harry już od dawna zna jego sekret,
i tak nie obawiał się śmierci. On w nią nie wierzył. Nie wierzył także w
miłość, ani w przyjaźń. Nie znał dobra ani wybaczenia. Już dawno przestał być
człowiekiem, teraz był jedynie potworem, mrocznym echem dawnego siebie, które
ślepo uwierzyło że władza będzie najlepszym substytutem zniszczonego życia.
Hermiona wiedziała że błaganie na miałoby najmniejszego sensu. On nie znał
litości, ani przebaczenia. W jego oczach była nikim, a miłość jej i Dracona
napawała go wstrętem, gdyż za bardzo przypominała mu jego własnych rodziców,
magiczną matkę i mugolskiego ojca. Chciała jednak wierzyć że nie jest stracona.
Że jeszcze kiedyś wybuchnie szczerym, głośnym śmiechem i otoczona przyjaciółmi
pobiegnie wprost w ramiona ukochanego. W jej oczach była wiara i Voldemort nie
mógł tego nie zauważyć.
Wstał i znów usiadł na tronie. Nagini prześliznęła mu się po
ramionach i spłynęła na kolana, by po chwili wrócić pod nogi pana. Gazowe lampy
oświetlały jego trupią twarz a czerwone oczy zalśniły w mroku niczym dwa
rubiny. Hermiona poczuła że zbliża się koniec.
- Skoro tak wierzysz w miłość. – zaczął po chwili Voldemort.
- To jestem ciekaw co zrobisz, gdy ci ją wytnę z głowy. – dodał po czym
spojrzał na Dracona który pobladł jeszcze bardziej.
- Nie waż się jej tknąć! – wrzasnął Ślizgon.
- Drogi chłopcze, za twoją butę i niesubordynację
najchętniej posłałbym cię do diabła, jednak uważam że jeszcze możesz mi się
przydać. Fakt że darzysz tę szlamę tak silnym uczuciem jest moim zdaniem
uwłaczające nie tylko dla ciebie, ale i dla całej twojej rodziny. – powiedział
i przeniósł swój wzrok na ojca Dracona. – Lucjuszu, czy nie jest ci wstyd za
syna? –
Jasnowłosy czarodziej zrobił kilka kroków w przód słysząc
swoje imię.
- Panie, gdybym wiedział że mój syn pokocha tę… tę szlamę,
prędzej bym go zabił niż pozwolił uciec z zamku. Na zawsze splamił swoje
nazwisko. Jeżeli każesz mi go zgładzić.. –
Voldemort uciszył go gestem.
- To nie będzie potrzebne, Lucjuszu. – powiedział przenosząc
wzrok na Dracona i Hermionę. – Jestem pewny że zaklęcie Obliviate załatwi
sprawę. Miłość nijak ma się do magii. -
dodał mrużąc powieki.
Hermiona i Draco zamarli. Spojrzeli na siebie i wszystko
nagle jakby przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Już za chwilę mieli zostać pozbawieni
najpiękniejszych wspomnień. Czy mogło być cokolwiek gorszego od utraty
wspomnień o ukochanej osobie? Jak mają dalej żyć? Czy los nie widzi jak dużo
dobrego dało im to uczucie? A może od zawsze byli na to skazani… Wszystko
działo się jak w zwolnionym tempie. Draco wciąż wpatrywał się w Hermionę, jakby
chciał wyryć w głowie obraz jej twarzy. Gdy Lucjusz podszedł do niego z
wyciągniętą różdżką próbował się wyrwać, lecz mężczyzna powalił go na podłogę.
- Draco! – wrzasnęła Hermiona. Nagle najprawdziwszy strach
chwycił ją za serce.
Dzień w którym pierwszy raz pojawił się w Złotym Feniksie,
ich pierwsze nieśmiałe kroki jako przyjaciele, kłótnie i przepychanki, taniec
przy ognisku podczas festiwalu wiosny. Jego oczy gdy uratował ją w ruinach
miasta przed wilkołakiem, most zbudowany przez Dracona gdy opowiedział o swoich
zdolnościach. Pierwszy pocałunek we łzach i następne pełne pasji. Kąpiel w
przejrzystym oceanie i noce wypełnione pożądaniem. Śmiech i radość podczas
wesela Neville’a i Hanny, krzyk nowonarodzonej Victoire, błysk podarowanego
pierścienia, którego Gryfonka wciąż czuła pod koszulką. To wszystko miało
zniknąć, zastąpione pustką.
- Nie, błagam… - załkała. – Błagam…. –
Lecz Lucjusz był nieubłagany.
- Hermiona! – krzyknął Draco i w tym samym momencie sznury
które wiązały mu ręce puściły, a Obliviate przeszyło głowę. Głośny krzyk
dziewczyny wypełnił komnatę. Lucjusz puścił syna który nieprzytomny upadł na
posadzkę i zbliżył się do zapłakanej i półoszalałej dziewczyny. Gryfonka
poczuła jak mężczyzna chwyta ją za głowę by mu się nie wyrywała. Zanim
wypowiedział słowa zaklęcia przypomniała sobie treść listu, który już nigdy nie
miał trafić w jej ręce.
Do tej którą kochałem najmocniej.
Skoro to czytasz, znaczy że nie żyję, albo z pewnych
względów nie mogę być przy tobie. Bardzo bym chciał aby tak się nie stało.
Prawdę mówiąc, pierwszy raz w życiu znalazłem powód by walczyć. Nigdy nie
przypuszczałem że był tak blisko. Gdy po trafieniu do Złotego Feniksa i przebudzeniu
ujrzałem twoją twarz, byłem przerażony. Nie wiedzieć czemu twój upór i siła
zawsze mnie trochę onieśmielały. Byłem przekonany że potraktujesz mnie jak
każdy, z pogardą i nienawiścią, na którą w dużej mierze sobie zasłużyłem. Ty
jednak wyciągnęłaś do mnie rękę, pokazałaś jak wspaniały i jasny może być
świat. Przez lata traciłem czas na niepotrzebne obwinianie wszystkich dookoła,
wliczając to także samego siebie. Nigdy tak naprawdę ci nie podziękowałem za
podarowanie mi nowego życia, nowego, lepszego siebie. Myślałem że to
niemożliwe, jednak twoje ciepłe dłonie i pełne wyrozumiałości oczy w jakiś
sposób mnie rozgrzeszyły.
Jeszcze tyle rzeczy chciałbym z tobą przeżyć. Poznać twój
drugi, nie magiczny świat lepiej. Myślisz że mógłbym się w nim odnaleźć?
Chciałbym zbudować z
tobą dom, na wielkiej polanie otoczonej lasem i ciszą. Nasze dzieci mogłyby się
tam bawić. Uważasz że troje to dużo? Zawsze marzyłem o wielkiej rodzinie i
jestem przekonany, że byłabyś najwspanialszą matką. Może i ja, dzięki tobie,
byłbym dobrym ojcem.
Wiem że przeszłaś przez piekło, niejednokrotnie musiałaś
pozwolić życiu by powaliło cię na kolana, nawet wtedy gdy chciałaś walczyć.
Częściej niż inni przyjmowałaś na siebie uderzenia i ból, stawałaś się tarczą
dla tych, którzy cię potrzebowali. Myślę, że właśnie dlatego się w tobie
zakochałem. Ponieważ jesteś tak silna, przyjmujesz cios za ciosem a mimo to
wciąż się uśmiechasz. Twoja miłość nigdy się nie zachwiała… Dlatego, póki
jesteś przy mnie, nigdy cię nie opuszczę.
Dziękuję.
Żegnaj.
Twój na
zawsze, Draco.
- Obliviate. – usłyszała zanim upadła na zimną posadzkę,
zaraz obok Dracona. Wyciągnęła przed siebie dłoń uwolnioną ze sznura który
nagle zniknął i dotknęła ręki Ślizgona. Poczuła jak zaklęcie wypala wszystkie
jej wspomnienia i gasi świadomość.
- Kocham cię. – wyszeptała ostatkiem sił.
A potem była już tylko ciemność.
KONIEC
CZĘŚCI PIERWSZEJ
_________________________________________________
Komentarze
Prześlij komentarz