Rozdział 8 - Śmierć Łabędzia.
Jej długie, czarne włosy spięte w wysoki kucyk podskakiwały
w rytm każdego zrobionego przez nią kroku. Biegła przez ciemny, ponury las i
jedyne o czym mogła myśleć, to o ukochanej matce której groziło tak straszne
niebezpieczeństwo. Tak bardzo za nią tęskniła, tak bardzo chciała znów ją
zobaczyć i wtulić się w jej opiekuńcze ramiona. Mama zawsze przy niej była,
zawsze ją wspierała, a gdy zginął Cedrik… Gdy zginął, jako jedyna wiedziała jak
bardzo cierpi.
Za to Cedrik… wspomnienie ukochanego chłopaka bolało nawet
po tylu latach. Jego twarz wciąż ją
prześladowała. Szare oczy wpatrzone w jej własne na tle płonącego kominka,
przeszywające ją na wskroś. Drżące dłonie wodzące po jej jasnej skórze… były
delikatne niczym skrzydła motyla. Usta,
miękkie i ciepłe, pieszczące każdy centymetr jej ciała. Już nigdy go nie
poczuje. Odszedł, na tamtym zimnym, ponurym cmentarzu, a ona nic nie mogła
zrobić. Nawet Harry nie mógł nic na to poradzić. Nagle myśl o czarodzieju z
Gryffindoru zapiekła ją niczym otwarta rana. Tak bardzo go skrzywdziła.. A
nawet jeśli nie, to w pewien sposób wykorzystała i dobrze zdawała sobie z tego
sprawę. Tak bardzo pragnęła by Harry mógł stać się Cedrikiem, a myśl że był on
przy śmierci chłopaka potęgowała tę iluzję. Do czasu aż nie zdała sobie sprawy
z tego, że Cedrik już nigdy nie wróci i nikt go nie zastąpi. Odszedł na zawsze
zostawiając ją samą.
- Cedrik… - pomyślała wciąż biegnąc. – Cedrik, Cedrik,
Cedrik!!! – z oczu bezwiednie popłynęły jej łzy. – Tak bardzo potrzebuję twojej
siły. – załkała. – Byłeś o stokroć lepszy ode mnie. Zawsze mówiłeś, że jestem
najlepsza, mimo iż wiedziałeś jak próżną potrafię mieć naturę. Ale zawsze
patrzyłeś na mnie, jakbym była najszlachetniejszą ze wszystkich dziewczyn.
Nigdy we mnie nie zwątpiłeś… Ale… Ale jesteś kłamcą wiesz? Jesteś kłamcą!
Pamiętasz co mi obiecałeś, wtedy na wieczór przed ostatnim turniejowym
zadaniem? Że gdy to wszystko się już skończy i ukończymy Hogwart, zawsze
będziemy razem… - jej cichy monolog przerwał nagły upadek. Wystający z ziemi
korzeń zwalił ją z nóg i boleśnie zranił w kostkę. Syknęła i w pośpiechu
sięgnęła po różdżkę. Uleczywszy ranę zaklęciem wstała i otrzepała zabrudzone
ubranie. Spojrzała w górę. Między czubkami wysokich drzew majaczyło popołudniowe
niebo. – Nie dam rady. – pomyślała. – Nie mam siły. – dodała i spuściła głowę. Lata
samotności i strachu zrobiły swoje. Niegdyś uważała, że nic nie będzie w stanie
jej złamać. Lecz wtedy nastały lata mroku, tak gęstego i nieprzeniknionego, iż
zdawać by się mogło że zasłoniły blask słońca. Przynajmniej w jej sercu. Gdy
zobaczyła martwe ciało Cedrika poczuła jak rozsypuje się na milion małych
kawałków, których nigdy nie będzie w stanie pozbierać. Jedynie czułe, matczyne
dłonie łagodziły ból, jej cichy głos koił strach, mądre oczy dodawały odwagi.
Ojciec zawsze wydawał jej się odległy, niczym zimna, pusta planeta, która nie
chce zrozumieć jej cierpienia. Kilkakrotnie próbował poruszyć temat Cedrika,
lecz zawsze odpuszczał, jakby wątpił w słuszność wspólnej rozmowy. Dziewczyna
zacisnęła dłonie na myśl o ojcu, po czym znów je rozluźniła. Wyciągnęła spod
bluzki mały, srebrny łańcuszek zakończony wizerunkiem łabędzia wzbijającego się
do lotu. Był to prezent od ojca na jej jedenaste urodziny. Wtedy jeszcze
potrafili ze sobą rozmawiać, a przynajmniej tak jej się wydawało. Poczuła jak
ogarnia ją zwątpienie.
„Ty nie dasz rady?” usłyszała nagle w swojej głowie.
Wspomnienie tamtego dnia zapaliło się w jej umyśle niczym puszczony w kinie
film. Cedrik po raz kolejny uczył ją jednych z trudniejszych zaklęć tłumacząc,
że kiedyś mogą się przydać, lub uratować życie jeśli zajdzie taka potrzeba. „Wiem
że ci się uda, musisz tylko bardziej w siebie uwierzyć.”, powtarzał uparcie
uśmiechając się do niej czule.
Cho mocniej ścisnęła różdżkę. On w nią wierzył, zawsze w nią
wierzył, nawet teraz.. Skoro jej ojciec jest takim tchórzem by pozwolić innym
decydować o losie jej matki, ona sama ją uratuje. Nie pozwoli jej zginąć z rąk
Śmierciożerców. Nie pozwoli by kolejna osoba którą kocha, odeszła nawet się z
nią nie pożegnawszy. Czarnowłosa dziewczyna ruszyła przed siebie, lecz tym
razem powoli i zwiększą ostrożnością. Spomiędzy drzew zaczęły przebijać się
budynki opuszczonej przez mugoli wioski. Gdzieś tam była jej mama. Ta myśl
wlała w jej serce jeszcze więcej odwagi.
~
Ich stopy w tym samym momencie uderzyły w twarde podszycie
lasu. Gęste zarośla nie przepuszczały blasku słońca, tworząc tym samym wrażenie
panującego dookoła mroku. Serce Gryfonki zabiło mocniej gdy po chwili zdała
sobie sprawę, iż wciąż trzyma dłoń Malfoya. Puściła ją pospiesznie i rozejrzała
się dookoła.
- Wiesz gdzie jesteśmy? – zapytała szeptem.
Ślizgon zaprzeczył ruchem głowy i zaklęciem kazał różdżce
wskazać im drogę do wioski. Skręcili w lewo i ruszyli przed siebie. Przez
pewien czas panowała cisza, podczas której oboje wytężali słuch w poszukiwaniu
niepokojących dźwięków lub obecności wroga. Po kilku minutach Hermiona jednak
odważyła się odezwać.
- Myślisz że Kingsley będzie na nas wściekły? – zagadnęła go
cicho Gryfonka. Malfoy spojrzał na jej twarz. Od razu zauważył że jest spięta.
- Uważam.. – zaczął po chwili. – Że będzie dobrze jeśli po
powrocie nas nie pozabija. – Hermiona na te słowa uśmiechnęła się pod nosem,
jednak po chwili znowu spoważniała.
- Biedna Cho. – mruknęła. Draco zmarszczył brwi.
- Uważam że jest głupia. –
- Jak możesz tak mówić! – obruszyła się Gryfonka. – A co ty
byś zrobił na jej miejscu? – zapytała gniewnie. Ślizgon znów lekko zmarszczył
brwi i nie odpowiedział od razu. Czuł na sobie świdrujący go wzrok dziewczyny i
westchnął.
- Pewnie to samo. – odparł.
- Właśnie. – przytaknęła Gryfonka i znów na chwilę
zapanowała cisza. – Przepraszam że cię w to wciągnęłam. – zaczęła i obróciła
różdżkę w palcach.
- O czym ty mówisz Granger? – zdumiał się Malfoy i zatrzymał
się raptownie. Lekki wiatr wzbił się między drzewami wprawiając w ruch ich
włosy. Jej długie, brązowe kosmyki zafalowały na wietrze. Nie wiedział
dlaczego, ale ten widok na chwilę go zdezorientował.
- Chodzi mi oto, że narażasz się bo wybiegłam poza obóz. –
- Z tego co pamiętam wybiegliśmy razem. Ale masz rację, nie
uśmiecha mi się wizja śmierci przez Cho Chang. - odparł blondyn. Zamilkł i dopiero teraz zaczął
myśleć trzeźwo o tym co zrobili. Było to niewątpliwie głupie i lekkomyślne,
jednak w tamtym momencie, gdy spojrzała mu w oczy a on dostrzegł w nich tak
wielką determinację, wiedział że poda jej dłoń. Mógł zostać, lecz tego nie
zrobił i nie miał pojęcia dlaczego postąpił właśnie w ten sposób. Jeszcze kilka
miesięcy temu zapewne nigdzie by się nie ruszył, heroiczne czyny nie leżały w
jego naturze. Ta skłaniała się bardziej ku wygodzie. Lecz teraz stał pośrodku
ciemnego lasu, otoczony z każdej strony wrogami i nadstawiał karku dla grupki
ludzi, których nawet nie znał. Zdał sobie sprawę jak wielki wpływ zaczęła mieć
na niego ta dziewczyna. Wyciągnął przed siebie dłoń i położył ją na czubku
głowy Gryfonki. Poczuł jak kasztanowłosa zadrżała pod wpływem jego dotyku.
- Przestań myśleć o takich rzeczach. – powiedział łagodnie i
po chwili zabrał rękę. – Musimy iść dalej. – powiedział i ruszył przed siebie.
Gryfonka przytaknęła i razem z nim zaczęła przedzierać się przez leśne
zarośla. Wciąż czuła ciężar jego dłoni na swojej głowie i przyłapała się że co
chwilę spogląda na profil Ślizgona. Nagle ciszę lasu przerwał głośny wybuch,
który zatrząsł pobliskimi drzewami. Dziesiątki ptaków wzbiły się do lotu, więc
korzystając z zaistniałego zamieszania Draco i Hermiona pobiegli co sił w
nogach, by jak najszybciej znaleźć się przy skraju lasu.
~
Krukonka widziała opuszczone budynki i ostatkiem silnej woli
powstrzymała się od biegu w ich kierunku. Gdzieś w nich, razem z innymi,
ukrywała się jej matka. Dzięki podsłuchanym informacjom wiedziała że wioska
Imber jest porzuconym, mugolskim poligonem, więc nie spodziewała się zastać w
nim innych ludzi. Dostrzegła że pola wokół wioski usiane są różnej wielkości
lejami i dziurami o różnych średnicach, a domy gdzieniegdzie okaleczone zostały
przez wszelkiego typu mugolską broń. Ten widok, nie wiedzieć czemu, napawał ją
niezrozumiałym smutkiem i lękiem. Rozejrzała się dookoła i rzuciła na siebie
zaklęcie kameleona. Wiedziała że gdzieś muszą czaić się Śmierciożercy i prawdę
mówiąc była zaskoczona, że żadnego nie spotkała w lesie. Wzięła głębszy wdech i
gdy już miała wyjść na łąkę ktoś chwycił ją za rękę i pociągnął w głąb lasu.
- Tato! – wydyszała. Po Chang z gniewną miną ciągnął za sobą
córkę jednak Cho zdołała wyrwać dłoń z uścisku ojca.
- Cho, wracamy do obozu, w tej chwili. – odparł pan Chang.
- Jak możesz tato! Tam jest mama! – zawołała Cho i wskazała
palcem na linię drzew.
- Wiem że tam jest, ale ciebie nie powinno tutaj być. –
- Ciebie także prawda? – odparła Krukonka. – Nie przypominam
sobie byś na zebraniu prosił wszystkich o ratunek dla mamy. Tylko… Tylko Jakub
o to walczył! –
- Nie rozumiesz tego.. – zaczął ojciec Cho jednak córka
weszła mu w słowo.
- Owszem nie rozumiem. Nie rozumiem jak można być tak
nieczułym. Czy ty… Czy ty w ogóle jeszcze kochasz mamę? –
- Cho, to nie czas na tak absurdalne rozmowy, nie wiesz
jakie decyzje podjęliśmy z twoją matką, ale nie zamierzam teraz ci ich
tłumaczyć. Natychmiast wracamy do obozu. – powiedział twardo i ruszył w
kierunku dziewczyny, jednak ta cofnęła się do tyłu o kilka kroków.
- Masz rację ,tato. Nie wiem jakie podjęliście decyzje, ale
mało mnie one w tej chwili obchodzą. Nie wiem o czym myślisz, nigdy ze mną nie
rozmawiasz, więc niby jak mam rozumieć twoje zachowanie? Odkąd zmarł Cedrik
unikasz mnie… -
- To, to nie tak Cho. –
- A jak? A jak tato?! – krzyknęła dziewczyna. – A teraz,
zamiast ruszyć mamie na ratunek wolisz siedzieć w obozie. – powiedziała i
potrząsnęła głową. – Ja nie zamierzam. – dodała, po czym odwróciła się na
pięcie i puściła się pędem przed siebie. Usłyszała krótki krzyk ojca i już po
chwili wybiegła na zalane pomarańczowym słońcem pole. Pierwszy świst zaklęcia
minął ją o centymetr a ona poczuła jak serce niemal wyrywa się z jej piersi.
Zaklęcie kameleona już dawno przestało działać, więc wybiegła z lasu całkowicie
odsłonięta. Wiedziała że to już raczej nie pomoże, lecz w biegu ponownie
rzuciła na siebie zaklęcie maskujące. Dobiegła do pierwszych wolno stojących
ruin i kucając wzięła kilka głębokich wdechów. Nagle blask słońca zniknął za
postacią wysokiego mężczyzny. Rudolf Lestrange najwyraźniej czekał w ukryciu
cały ten czas, a teraz uśmiechając się paskudnie zdjął z siebie zaklęcie i
chwycił Cho do góry za włosy.
- Proszę, proszę, co my tutaj mamy. Mały łabądek ruszył
mamie na pomoc. – zakpił widząc co wisi na końcu łańcuszka dziewczyny. – To
takie proste wyciągnąć was z ukrycia. – powiedział i przejechał językiem po
policzku dziewczyny. Szarpiącą się w rozpaczy Cho, Lestrange zawlókł na środek
wioski. Ku swemu przerażeniu Krukonka dostrzegła leżące przy jednym z budynków
ciała dwóch chłopaków. Nie znała ich imion lecz wiedziała że tak jak ona,
uczęszczali niegdyś do Hogwartu. W głowie poczuła ukłucie tak bolesnej myśli,
że aż się skrzywiła. Jej matka nie mogła nie żyć, nie mogła… Śmierciożerca upuścił
ją na rozwalony bruk. Kiedyś musiało być tutaj pięknie. Cicha, mała wioska
położona na łące, wokół której rozpościerał się gęsty las. Gdzieś w oddali
słychać było szum rzeki. Teraz jednak, po latach militarnych eksperymentów,
opustoszała i zrujnowana zamieniła się w straszący ruinami szkielet, będący
najwidoczniej miejscem jej kolejnego cierpienia. Podczas upadku uderzyła głową
o twardą kostkę i poczuła jak świeża krew zalewa jej prawe oko. Dostrzegła
Lestrange’a który bawił się jej różdżką. Nagle zza jego pleców wyszedł Yaxley,
a zaraz za nim, skrępowana przez Traversa
- Mama! – jęknęła Cho. Cały ból rozstania odszedł na widok
ukochanej twarzy. W czarnych oczach matki Cho dostrzegła przerażenie i ból. Jej
ciemne, krótkie do ramion włosy były zmierzwione a beżowa koszulka nosiła na
sobie liczne plamy z krwi i kurzu. Więc musiała walczyć zanim ją dopadli,
pomyślała Cho co dodało jej odrobiny odwagi. Wyprostowała się i spojrzała na
Lestrange’a. Wyglądał na zadowolonego.
- Tak sobie myślę.. – zaczął. – Belli tutaj nie ma, co
rzadko się zdarza bo zazwyczaj Czarny Pan wysyła nas razem na akcje, ale
dzisiaj… Dzisiaj chyba chciał nam zrobić przysługę. Co o tym myślicie? – Nikt
mu nie odpowiedział za to zza ruin wyszły kolejne osoby. Blaise Zabini i Teodor
Nott wyglądali, jakby chcieli się stąd jak najszybciej wynieść.
- Zabini, Nott, mam dla was mały prezent. – zaczął
Lestrange. – Znajcie moje dobre serce, i weźcie sobie tę małolatę, my
zadowolimy się jej mamą. – powiedział i podszedł do Xo Chang. Czarnowłosa kobieta
mimo swego dosyć opłakanego wyglądu wciąż zachwycała urodą. Była wysoka i
szczupła, a jej skóry nie zdobił nawet jeden pieprzyk. Lestrange chwycił za jej
wydatne piersi i boleśnie je ścisnął. Cho natychmiast pobiegła w kierunku matki
lecz Nott zdążył ją złapać. Był o wiele wyższy i silniejszy od Krukonki więc w
jednej chwili powalił ją na kolana i skrzyżował jej dłonie za plecami.
-Puszczaj mnie ty psie! – wysyczała Cho przez łzy. W jej
głosie rozbrzmiewała rozpacz. To co za chwilę spotka jej matkę zniszczy je obie
na zawsze. Blaise podszedł do dziewczyny i w całkowicie niezrozumiałym dla niej
geście łaski, zasłonił jej oczy.
Xo splunęła w twarz Śmierciożercy i wciąż patrzyła na niego
z wyższością. Nawet policzek który mężczyzna jej wymierzył nie mógł się równać
z bólem, jakiego doznała gdy zobaczyła swoją córkę. A przecież miała umowę z
mężem, obiecał jej że jeśli któremuś z nich coś się stanie to drugie zadba o
bezpieczeństwo ich córki. Lecz mogła się tego spodziewać. Niezliczoną ilość
razy była świadkiem ich awantur i wzajemnego braku zrozumienia. Po śmierci
Cedrika jej córka zamknęła się w sobie a Po nie czuł się na siłach by dotrzeć
do pogrążonego w żałobie serca dziewczyny. A teraz jej ukochane dziecko było
tutaj, było i płakało zza dłoni Blaisea. Jej krew mieszała się ze łzami i
lądowała na wciąż uparcie wiszącym na jej szyi medalionie z łabędziem. Na widok
medalika Xo poczuła że opuszcza ją cały strach. A więc cały czas go nosiła?
Cały czas miała go tak blisko serca… Kobieta opuściła głowę i przymknęła
powieki.
- Nie tutaj. – powiedziała cicho.
- Słucham? – zdziwił się Lestrange.
- Nie tutaj. – powtórzyła Xo. Wiedziała że Śmierciożercy nie
okazują łaski, ale miała nadzieję że chociaż ten jeden raz, coś ruszy ich
skamieniałe sumienia. Rubaszny śmiech Rudolfa przerwał panującą ciszę i już
miała go błagać gdy nagle odparł.
- Niech ci będzie paniusiu, skoro wolisz mieć więcej
prywatności. – powiedział i chwycił kobietę za ramię. Nagle coś świsnęło i
ściana wysokiego budynku runęła na środek placu z wielkim hukiem. Wszystko
wymknęło się spod kontroli. Tabuny kurzu wzbiły się w powietrze zasłaniając
słońce, Blaise i Nott puścili Cho która korzystając z okazji umknęła za stertę
gruzu a Yaxley i Travers na oślep rzucali zaklęciami. Lestrange całkowicie
zapomniał o obecności Xo Chang, która wymierzyła mu solidnego kopniaka między
nogi i zabrała swoją, oraz należącą do jej córki różdżkę.
Po Chang nie mógł dłużej zwlekać, widząc skrępowaną córkę i
żonę którą zaraz zgwałcą te potwory musiał zacząć działać. Rzucił zaklęciem
rozrywającym w pobliski budynek i modlił się w duchu by żadna z jego ukochanych
kobiet nie ucierpiała w tym bądź co bądź, nierozważnym ataku. Korzystając z
zamieszania ruszył w stronę Lestrange’a. Pragnął uwolnić od niego świat. Może to
i niewiele, ale zawsze jeden Śmierciożerca mniej. Gdzieś po lewej zauważył
kulącą się ze strachu Cho, oraz swoją żonę która szukała jej w rozpaczy. Chciał
do nich podbiec, jednak wiedział że walka jeszcze się nie skończyła. Dwóch
młodych Śmierciożerców pobiegło w stronę lasu jednak nie zawracał sobie nimi
głowy. Lestrange, Yaxley i Travers, to oni byli jego celem. Zielone zaklęcie
minęło go o cal, więc schował się za stertą rozwalonych cegieł i czekał.
~
Draco i Hermiona biegnąc co sił dotarli na skraj lasu i nie
czekając wbiegli na zalaną słońcem łąkę. Z oddali dostrzegli jak z wioski
unoszą się kłęby kurzu. Coś musiało się stać, rozgorzała walka. Nagle Malfoy
się zatrzymał i chwycił Gryfonkę za ramię by zrobiła to samo. Dziewczyna
spojrzała mu w twarz jednak ten wzrok miał utkwiony przed siebie. Już po chwili
dostrzegła to samo co on. Dwie postacie szybkim krokiem zbliżały się w ich
stronę. Draco mocniej zacisnął szczęki rozpoznawszy Zabiniego i Notta. Stanął
przed Gryfonką co dziewczynie wydało się bardzo rycerskim gestem, jednak gdzieś
w głębi niej duma kazała stanąć jej zaraz obok niego, Ślizgon spojrzał na nią
gniewnie. Zabini i Nott zatrzymali się nagle, jakby nie wierzyli własnym oczom.
- Draco. – odezwał się Blaise.
- Draco. – powtórzył Teodor.
- To, to naprawdę ty? – zapytał Blaise robiąc krok do
przodu.
- Tak to ja. – odezwał się po chwili Draco chwytając
Hermionę za rękę i robiąc krok do tyłu. Czuł jak walczą w nim dwie, sprzeczne
emocje. Jedna cieszyła się na widok przyjaciół i chciała by Draco natychmiast
do nich podbiegł. Druga jednak wiedziała że mogą stanowić śmiertelne zagrożenie
i kazała mieć się na baczności. Nott od razu to dostrzegł.
- Co ty tutaj robisz, z nią? – Teodor wskazał ruchem głowy
na Gryfonkę. Hermiona poczuła jak jeżą jej się na ciele wszystkie włoski. Draco
zasłonił ją sobą jeszcze bardziej.
- Czarny Pan… - zaczął niepewnie Blaise. – Mówił że
uciekłeś. Zabiłeś więźnia i wysadziłeś w powietrze pół piwnicy. Nazwał cię
zdrajcą i.. – przerwał na chwilę mulat.
- I? – zapytał Draco unosząc jedną brew.
- I wydał na ciebie wyrok śmierci. – dokończył za Blaise’a
Nott. Zapanowała cisza. Porywisty wiatr szeleścił między trawami i wprawiał w
ruch konary pobliskich drzew. Dla Dracona było to niewątpliwie trudne. Nie dbał
o rozkaz dawnego Pana, jednak myśl że zaraz będzie musiał stoczyć walkę z
najbliższymi mu przyjaciółmi kąsała jego umysł niczym natrętna mucha. Nagle
przed oczami zamajaczyła mu brązowa głowa dziewczyny. Hermiona stanęła przed
Malfoyem i rozłożyła ręce. Chłopak dostrzegł że ręka w której trzymała różdżkę
lekko drży.
- Granger.. – szepnął.
- Nie dostaniecie go! – krzyknęła Hermiona. – Nie pozwolę! –
dodała lekko łamiącym się głosem. Była przerażona i wściekła za swoją głupotę i
lekkomyślność. Jeżeli Malfoyowi coś się stanie, będzie to niezaprzeczalnie jej
wina. Blaise wpatrywał się w nią swoimi czarnymi oczami i nie odezwał się ani
słowem, za to Nott zmarszczył brwi i ignorując dziewczynę zwrócił się do
Dracona.
- Teraz zadajesz się ze szlamami?- zapytał.
- Nie nazywaj jej tak proszę. – odparł mu Draco nieco
zrezygnowanym tonem.
- A to dlaczego? Sam nie raz tak ją nazywałeś, w szkole cały
czas przezywałeś ją szla..- Nott już miał dokończyć gdy nagle na ramieniu
poczuł silny uścisk dłoni Blaisea.
- Daj spokój. –
Nott zacisnął usta i spojrzał gniewnie na Hermionę która
wciąż trzymała różdżkę w pogotowiu. Draco pochylił się ku dziewczynie i szepnął
jej do ucha.
- Opuść różdżkę. –
Kasztanowłosa nie usłuchała od razu, jednak coś w jego
głosie sprawiło że w końcu cofnęła rękę.
- Crabbe i Goyle, oni mnie zdradzili, razem z Czarnym Panem
przyszli by mnie zgładzić. Więcej nie mogę wam powiedzieć. Przykro mi. –
odezwał się w końcu Draco. Blaise kiwnął głową lecz zaraz gwałtownie się
odwrócił, gdy z ruin zaczęły dochodzić odgłosy bitwy i krzyków.
- Rozumiem. – przytaknął mulat. – Nie powiemy Czarnemu Panu
że cię spotkaliśmy, ale pozwól nam spokojnie przejść. – Nott spojrzał na
Blaisea z zaskoczeniem. – Nie było cię tutaj. –
Draco po chwili przytaknął i położył Hermionie rękę na
ramieniu, jakby w ochronnym geście mówiącym „nie wolno wam jej tknąć.”. Blaise
i Teodor ruszyli w stronę lasu. Nott szedł pierwszy i na chwilę zatrzymał się
kilka metrów od Dracona. Nie odezwali się do siebie choćby słowem, jednak oboje
wiedzieli co chcą sobie przekazać. „Bez ciebie to nie to samo”, usłyszał nagle
Draco w głowie. Usłyszał głos przyjaciela który pozwolił, by Malfoy na chwilę
wszedł w jego myśli za pomocą legilimencji. Po chwili Nott ruszył, by w
kolejnej minucie zniknąć za drzewami. Blaise szedł tuż za nim i tak jak on
zatrzymał się minąwszy Dracona.
- Nikomu nic nie powiemy, ale jeśli chcesz, mogę wspomnieć
twojej matce, że nic ci nie jest. –
Draco drgnął na wspomnienie swojej matki.
- Tak, jeśli możesz. – odparł po chwili.
Blaise kiwnął głową i zniknął za linią drzew. Hermiona nie
wiedziała co powiedzieć, nie znalazła słów które mogłyby w tej chwili
załagodzić ból w sercu chłopaka. Jednak wiedziała że teraz nie mają na to
czasu, w ruinach Cho Chang wraz z rodziną przeżywała piekło, oraz dwaj chłopcy
o ile jeszcze żyli.
- Malfoy.. – zaczęła Gryfonka.
- Musimy iść. – wszedł jej w słowo blondyn, lecz w tym samym
momencie, dosłownie przed nimi zmaterializował się Artur Weasley i Kingsley
Shacklebolt.
- Malfoy, Granger! – zawył Kingsley na widok zaskoczonej
dwójki. – Natychmiast do obozu! – zakomenderował lecz silny wybuch znowu
zatrząsł ziemią dookoła. Wszyscy rzucili się w kierunku ruin. Nie było już
odwrotu.
~
Xo wtulała zapłakaną twarz córki w swoje ramiona. Co chwilę
odbijała zaklęcia rzucane przez Yaxleya, lecz gdy dołączył do niego Travers
sytuacja zrobiła się dramatyczna. Gdy dostrzegła męża walczącego z Lestrangem
serce zabiło jej z radości i niepokoju, Po jeszcze nigdy nie wydał jej się tak
odważny i niepokonany, jednak gdy zaklęcie rozcięło mu policzek krzyknęła ze
strachu. Cho ściskała swoją złamaną różdżkę w dłoniach jakby łzy mogły jakimś
cudownym sposobem ją naprawić, jednak wiedziała że to koniec. Nagle czyjeś
odbite zaklęcie trafiło w pobliski budynek. Tabuny gruzu zwaliły się na
Traversa miażdżąc go swym ciężarem i zasypując pozostałych odłamkami. Yaxley,
gdy już otrzepał szaty z szeroko otwartymi oczami rzucił się do ucieczki,
jednak na drodze stanął mu Kingsley Shacklebolt. Lestrange korzystając z okazji
wyciągnął zza szaty coś, czego wszyscy najmniej się spodziewali. Mały, mugolski
pistolet. Najwidoczniej nie potrafił się z nim do końca obchodzić, gdyż trzymał
go dość niezdarnie, aż w końcu pociągnął za spust waląc pociskami we wszystkie
strony. Wszyscy rzucili się za mury, a Lestrange, z wybitym barkiem który był
konsekwencją odrzutu nieumiejętnie trzymanego
pistoletu, chwycił drugą ręką rannego Yaxleya i zniknął za pomocą teleportacji
łącznej. Po kilku chwilach Kingsley i Artur wyszli na środek placu, gdzie leżał
ranny Po Chang.
- To… chyba nie wygląda… najlepiej. – powiedział urywanym
głosem mężczyzna.
Na wysokości żołądka, w jasnej koszuli mężczyzny widniała
niewielka dziura, która z każdą chwilą coraz mocniej zabarwiała się świeżą
krwią. Cho wyrwała się z objęć matki i podbiegła do ojca.
- Tato! – krzyknęła. Gdy zobaczyła ranę postrzałową zabrakło
jej słów. Zakryła usta dłonią a po jej policzkach popłynęły gorące łzy. Nagle
spod mężczyzny zaczęła wypływać jeszcze większa ilość krwi, Cho w przypływie
paniki próbowała zatamować ranę. – Pomóżcie mu! – krzyknęła w kierunku Artura i
Kingsleya. Poczuła jak obok niej klęka matka. Tak jak ona miała twarz brudną od
kurzu, krwi i łez. – Zabierzmy go do obozu! – zawołała Cho. Artur podszedł do
niej i odpowiedział najspokojniej jak potrafił.
- Przykro mi, lecz w tym stanie jego ciało nie zniesie
teleportacji łącznej. – mężczyzna spojrzał w zapłakaną twarz dziewczyny na
której malował się ból nie do opisania. – Cho, nawet jeśli dotarlibyśmy do
obozu, nie dysponujemy odpowiednim sprzętem by ratować człowieka po postrzale.
Bardzo mi przykro. – powiedział po czym stanął obok Kingsleya. Nagle na
dziedziniec wbiegła Hermiona z Draconem. Gryfonka dostrzegłszy ojca Cho zakryła
usta dłonią. Krukonka nawet nie zwróciła na nich uwagi, spojrzała na ojca,
który położył swoją dłoń na brudnym policzku córki.
- Tak się cieszę… że nic ci nie jest… -
- Tato.. Tato przepraszam… - załkała Cho. – To moja wina,
gdybym nie wybiegła z obozu, ty byś teraz! -
- Ciii… nie mów tak.. – przerwał jej ojciec. – Zawsze
wiedziałem że jesteś… odważna… masz to po matce.. – dodał i spojrzał na swoją
żonę. Xo chwyciła męża za rękę. – Wybacz, że nie potrafiłem spełnić obietnicy…
–
Kobieta zaprzeczyła ruchem głowy i ucałowała dłoń mężczyzny.
Wiedziała że nieubłaganie nadchodzi czas rozstania.
- Cho.. – zaczął ojciec zwracając się do córki. – Cieszę się
że wciąż go nosisz. – powiedział i wskazał na zakrwawiony wisiorek.
- Zawsze go nosiłam tato… - powiedziała Cho przez łzy. –
Zawsze, bo przecież i ty i ja i mama, wszyscy mamy tego samego patronusa… -
Była to szczera prawda. Gdy Cho była jeszcze małą dziewczynką,
poprosiła mamę i tatę czy nie mogliby jej pokazać jaki kształt przybierają ich
patronusy. Ku jej zdziwieniu z różdżek rodziców wystrzeliły dwa, piękne duchowe
łabędzie, które pomknęły przed siebie w idealnej harmonii i wylądowały na
znajdującym się obok domu jeziorze. Gdy w piątej klasie udało jej się
wyczarować własnego, ogarnęła ją niezwykła radość. Jej patronusem również był
łabędź, tak jak u ojca i matki. Lecz teraz, jeden z tych pięknych duchowych
stworzeń miał odejść na zawsze. Już nigdy nie zobaczy ich razem. Nigdy nie
będzie mogła porozmawiać z tatą, pokazać mu swojego świata i przeprosić za
wszystkie lata milczenia.
- Tato… nie odchodź, proszę… - łkała. – Jeszcze tak dużo
rzeczy chcę ci pokazać.. –
- Nie płacz.. – odparł ojciec i starł z jej policzka świeże
łzy. Nagle jego dłoń opadła na brudny bruk.
– Xo… - wydyszał. -
Kobieta zbliżyła się do męża i nachyliła nad jego ustami
składając na nich ostatni, długi pocałunek. Słońce zaczęło zachodzić za
horyzontem barwiąc niebo na kolory różu i granatu. Wysoko ponad nimi do lotu
zerwały się ptaki z pobliskiego lasu. Trzepot ich skrzydeł zlał się z
porywistym, wieczornym wiatrem.
- Znowu się spotkamy. – wyszeptała Xo. - Wǒ ài nǐ*
najdroższy.. –
Panującej wokoło ciszy nie przerwał żaden dźwięk.
*
Deszcz bębnił o poły namiotu i cienkimi stróżkami spływał po
ścianach materiału. Hermiona wraz z Draconem właśnie wrócili z pogrzebu pana
Changa i dwóch Hogwarckich chłopców. Wszyscy troje spoczęli na obozowym
cmentarzu. Na uroczystości pojawiły się nawet najmłodsze dzieci. Molly Weasley
wypłakiwała sobie oczy, za to Xo i Cho Chang milczące i pełne szacunku, stały
nad mogiłą ukochanego ojca i męża. Kingsley Shacklebolt wygłosił uroczystą mowę
i poprzysiągł pomszczenie każdego zamordowanego czarodzieja oraz mugola, aby ci
mogli zaznać wiecznego odpoczynku spokojni o swych żyjących bliskich. Hermiona
dostrzegła jak Luna ukradkiem wplata swoje palce w dłoń Cho. Pochodziły z tego
samego domu, więc Gryfonce naturalna wydała się chęć wsparcia idąca od
blondynki. Doznała jednak lekkiego szoku gdy ten sam gest zrobił Draco. Poczuła
jego palce między swoimi i dopiero wtedy wezbrała w niej cała niemoc i rozpacz.
Zakryła twarz wolną dłonią i pozwoliła by łzy płynęły nieprzerwanym
strumieniem. W oddali usłyszała zbliżającą się burzę.
Gdy wrócili do namiotu Hermiona zdjęła przemoknięty płaszcz
i położyła się na łóżku. Draco milczał od czasu powrotu do obozu. Atmosfera z
Złotym Feniksie była ponura i przygnębiająca. Upały zamieniły się w ulewne
deszcze i jedyne co mogli robić to czekać na wezwanie od Kingsleya, gdyż
Hermiona była przekonana że kara za samowolkę z pewnością ich nie ominie. Późnym
popołudniem w ich namiocie pojawił się Harry.
- Hermiono, Kingsley chce widzieć ciebie i Malfoya. –
powiedział Wybraniec. Gryfonka podziękowała za przekazanie informacji i już po
kilku minutach wraz ze Ślizgonem szła do namiotu Shacklebolta. Jak się
spodziewała mężczyzna nie przywitał ich zbyt wylewnie. Wskazał na stojące
naprzeciwko jego biurka dwa, proste krzesła i bez zbędnych ceregieli rzekł.
- Zapewne zdajecie sobie sprawę że wasza niesubordynacja nie
może przejść bez echa. Jeżeli w obozie zacznie mieć miejsce anarchia staniemy
się łatwym celem dla Sami Wiecie Kogo. Nie mogę dopuścić do sytuacji, w której
każdy będzie robił co tylko będzie chciał i wybiegał poza obóz bo najdzie go
nagła potrzeba albo ochota, nawet jeśli będzie miał do tego słuszne powody.
Dlatego.. – przerwał na chwilę po czym kontynuował. – Wasza kara to miesięczne
uziemienie. Macie czterotygodniowy zakaz opuszczania namiotu. –
- Namiotu? – zmarszczył brwi Draco.
- Tak, namiotu panie Malfoy. Nie wolno wam wyściubić nosa
poza poły materiału. –
- Jest środek lata! Co jeśli przyjdą upały, podusimy się
tam. – zdenerwował się Ślizgon.
- Czy to z pewnością o upały się pan martwi? – odparł
Kingsley. – Wiem że pan i panna Granger nie darzycie siebie zbyt wielką
przyjaźnią, dlatego uważam że kara dzięki temu będzie bardziej dotkliwsza. A
jeśli przejmuje się pan temperaturą wewnątrz namiotu, zawsze może pan użyć
różdżki. –
- Różdżki? – zdziwił się blondyn. – Nie zabierzecie nam ich?
–
- Nie widzę takiej potrzeby. Jeśli złamiecie zakaz, kara
przedłuży się o kolejny miesiąc i wtedy wam je zabierzemy. – odparł Kingsley. –
Otoczymy namiot barierą która będzie reagowała tylko na waszą dwójkę więc bez
obaw, będziecie mogli mieć gości. –
- Świetnie. – skomentował to Draco i zacisnął mocniej usta.
Nie wyobrażał sobie miesiąca w zamknięciu, tym bardziej z tą dziewczyną która
zaczęła wywierać na nim dziwny dla niego samego wpływ, a co gorsza od wczoraj
nie wypowiedziała w jego kierunku ani jednego słowa. Nie żeby sam też próbował
cokolwiek powiedzieć. Bo i o czym miałby mówić? Spojrzał na siedzącą obok
dziewczynę jednak ta wydała mu się odległa. W jej oczach dostrzegł rosnący ból.
- Możecie odejść. – głos mężczyzny przerwał rozmyślania
chłopaka. – Wasza kara zaczyna się od jutrzejszego ranka. – dodał zanim wyszli
z namiotu. Draco i Hermiona poszli wytłumaczyć Albertowi i Sarze dlaczego przez
najbliższy miesiąc nie będą pojawiać się w szpitalu, po czym wrócili do
namiotu. Jak na złość wciąż padał deszcz, więc nawet jeśli chcieliby jakoś
wykorzystać tę ostatnią noc wolności i tak nie byli w stanie. Późnym wieczorem
Draco zgasił swoją gazową lampę i poczuł prawdziwe zmęczenie. Od dwóch dni naprawdę
dobrze się nie wyspał. Ciągle rozmyślał o Zabinim i Teodorze, którzy zapewne
już złożyli Czarnemu Panu raport z misji. Czy zostali ukarani? Jak Czarny Pan
zareagował na wieść o śmierci Traversa? Może w pełni nie wykorzystał danej mu
szansy, dlaczego nie zapytał przyjaciół o plany Czarnego Pana? Dlaczego poczuł
się tak bardzo obco gdy ich ujrzał? I dlaczego wciąż nie może przestać się
zastanawiać co siedzi w tej kasztanowej głowie…
Draco nawet nie
poczuł kiedy zasypia.
~
Wydawało mu się że spał bardzo krótko. Obudził go nagły
blask i trzask pioruna. Rozejrzał się po namiocie by przyzwyczaić wzrok do
ciemności i dostrzegł stojącą postać zaraz przy wyjściu z namiotu. Hermiona
przyglądała się burzowemu niebu. Milcząca i smutna wyciągnęła przed siebie rękę
i pozwoliła by letni deszcz zmoczył jej dłoń.
- Granger.. – powiedział cicho Draco. Nie doczekał się
odpowiedzi. Już chciał wstać gdy nagle usłyszał jej głos.
- Wybacz Malfoy. – powiedziała Hermiona i cofnęła rękę. –
Chyba naprawdę będzie lepiej jeśli ktoś inny będzie sprawował nad tobą pieczę.
–
- O czym ty mówisz? – zmarszczył brwi Ślizgon i wstał z
łóżka. Wciąż był jeszcze lekko nieprzytomny więc nie rozumiał o co dziewczynie
chodzi.
- Widzisz.. – pospieszyła z wyjaśnieniem Hermiona. – Ja, Ron
i Harry od pierwszej klasy mamy niewątpliwy talent do pakowania się w kłopoty.
– powiedziała ze smutnym uśmiechem. -
Ale co gorsza.. – kontynuowała. -
Zawsze ci którzy byli blisko nas, też niestety się w nie wplątywali. Z
naszej winy, oczywiście. Wtedy… to ja chciałam byś chwycił mnie za rękę,
świadomie naraziłam twoje życie. Egoistka ze mnie, prawda? – powiedziała i
odwróciła się w jego stronę. – Przepraszam Draco… - załkała. Pierwszy raz od
dawna użyła jego imienia, poczuła się tak jakby niszczyła coś niezwykle
ważnego. Tak bardzo chciała wciąż móc go poznawać, wciąż móc odkrywać jego
kolejne oblicza, lecz wiedziała jak bardzo niebezpieczna jest jej obecność i
czym ona może w przyszłości grozić. Odepchnie go dla jego własnego dobra,
odepchnie go zanim będzie za późno. – Przepraszam.. – powtórzyła a nagły błysk
rozświetlił namiot. – Będąc obok mnie, szanse na to że umrzesz są o wiele
większe niż gdybyś przy mnie nie był.. – powtarzała uparcie. Lecz on jedynie
zbliżał się w jej kierunku bez słowa, aż w końcu stanął naprzeciwko dziewczyny. – Przecież i tak mnie nie cierpisz, nie
znosisz mnie od pierwszej klasy, pamiętasz? –
- Pamiętam. – odparł spokojnie Draco.
Hermiona poczuła jak kolejne łzy spływają po jej policzkach.
Była zmęczona. Zmęczona złem które od lat wszystkich prześladowało, zmęczona
cierpieniem które nie dawało odpocząć i śmiercią, która czaiła się na każdym kroku.
Draco przyglądał się jej uparcie. A więc to ją gnębiło? Strach że kiedyś przez
nią zginie? Zabawne, on nigdy nawet o tym nie pomyślał. Może miała rację, może
istotnie, w obecności Wielkiej Trójcy Hogwartu człowiek był bliżej śmierci niż
normalnie, ale czy to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie? Nie. I tak wisiał nad nim wyrok. Przyglądał
się jej falującym, prostym włosom i
mokrym od łez rzęsom. Nagle wydała mu
się niezwykle piękna, lecz nie wiedział czy to sprawka jej wyglądu, czy może
troski o niego. Poczuł impuls, nagłą potrzebę, przyciąganie, jakby znalazł się
w samym centrum burzy. Możliwe iż przyjdzie czas że będzie tego żałował, jednak
w tej chwili..
- Nott miał rację, jestem tylko szla..- załkała lecz nagle
usta Dracona znalazły się na jej wargach. Zdezorientowana zamilkła i
znieruchomiała. Serce zgubiło swój rytm i po chwilowym zwolnieniu nagle zaczęło
bić w szaleńczym tempie. Omiotła wzrokiem jego przymknięte powieki i jasne,
długie rzęsy. Nagle chłopak jakby oprzytomniał. Wyprostował się i kilkukrotnie
zamrugał.
- Przepraszam. – powiedział po chwili Draco i w kilku
krokach znalazł się z powrotem na swoim łóżku. Nie wiedział co go opętało. Mimo
panującego gorąca zakrył się kołdrą, jakby cienka warstwa materiału mogła
zapewnić mu skuteczny kamuflaż. Ku swemu przerażeniu przypomniał sobie, że
jutro nie będzie mógł nigdzie wyjść i ogarnęła go rozpacz. „Na Salazara”,
pomyślał i zamknął oczy. Nagle dotknął swoich warg na których wciąż czuł
słonawy smak jej łez. Nie mógł widzieć jak Hermiona wykonuje dokładnie taki sam
gest.
*z chińskiego "Kocham Cię"
________________________________
SŁOWO OD AUTORKI:
Kochani witam Was w ósmym rozdziale! Znowu przerwa była długa, ale jak nie powodzie, tak teraz upały nie dają mi żyć.. Nad rozdziałem umieściłam muzykę z pięknego Anime "Violet Evergarden", która była dla mnie inspiracją podczas pisania tej części. Polecam do słuchania podczas czytania! Mam nadzieję że kolejny rozdział pojawi się szybciej, gdyż mam w planach zakupienie laptopa. Pisanie w łóżku to jest to! Zachęcam Was do komentowania i do następnego razu!
Komentarze
Prześlij komentarz