Rozdział 7 - Kłótnia.


Kap, kap, kap. Jasny blask i zaraz po nim głośny trzask przenikający do kości. Pierwsza prawdziwa letnia burza mąciła spokój nocy, wibrowała w głowie i szarpała namiotem we wszystkie strony. Draco leżał przytomny na swoim łóżku i dzięki rozbłyskom widział jak Gryfonka kurczy się za każdym razem, gdy piorun przecinał niebo.  „Taka duża a boi się burzy”, pomyślał kąśliwie. W przeszłości mógłby tę wiedzę uznać za cenną, ot kolejna, przydatna cegiełka w upokarzaniu Granger. Było takich wiele. Jednak teraz zupełnie nie miał na to ochoty. Gdy kasztanowłosa znów drgnęła na łóżku, westchnął cicho i w myślach wymówił formułkę zaklęcia. W ułamku sekundy zapanowała cisza. Wiatr przestał rzucać namiotem we wszystkie strony, deszcz już nie bębnił o poły materiału, a rozbłyski piorunów zniknęły za magiczną atrapą rozgwieżdżonego nieba, które zawisło pod sklepieniem namiotu. Hermiona zaalarmowana nagłą zmianą w otoczeniu spojrzała przez ramię i dostrzegła małą drogę mleczną zawieszoną pod sufitem. Magiczne gwiazdy migotały w ciszy nie mniej urokliwie od tych prawdziwych, przynosząc ukojenie zmysłom. Poczuła jak ogarnia ją spokój i położyła się na plecach by móc podziwiać galaktyczny pokaz.
- Dziękuję. – powiedziała cicho wciąż patrząc przed siebie.
- Nie ma sprawy. – usłyszała po chwili.
Zastanawiał się kiedy tak zmiękł. Zmarszczył brwi i kątem oka przyjrzał się twarzy Hermiony, na której odbijał się blask sztucznych gwiazd. Szukał w sobie przyczyny tego zachowania i nie był pewien co tak naprawdę czuje. Czy było to spowodowane faktem że razem mieszkali? Że od miesięcy dziewczyna sprawuje nad nim piecze i wprowadziła go do społeczności Złotego Feniksa? A może to przez to że opowiedział jej o tym czego doświadczył. Otworzył się przed nią, zdradził swój sekret? Nie miał pojęcia. Gdy tydzień wcześniej, nad ukrytym w lesie jeziorem doszło do niezaplanowanego przez niego użycia magii bezróżdżkowej, bał się czy Gryfonka zachowa to dla siebie.  Jednak ona milczała, był o tym przekonany, gdyż w innym wypadku Kingsley z pewnością chciałby go wykorzystać w walce przeciwko Śmierciożercom i Voldemortowi. Poczuł nagły przypływ złości i irytacji. Dlaczego, do cholery, zaczyna myśleć iż źle robi ukrywając swoją moc przed innymi? Przymknął oczy i cicho westchnął. „To jej wina”, przyznał w duchu. To jej ciągłe gadanie o wspólnocie, o rodzinie, o walce, o miłości i przyjaźni.. Jej słowa i czyny zaczęły zagnieżdżać się w nim niczym małe, uparte ziarenko, które pragnie wykiełkować i co gorsza, zaczyna mu się to udawać. Obiecał swojemu mistrzowi że nigdy nie użyje magii bezróżdżkowej do złych celów i miał zamiar dotrzymać obietnicy. Tak samo jak obiecał, że ochroni kogo tylko będzie mógł. Nawet ją. Lecz wciąż czuł że gdzieś głęboko w nim, w najmroczniejszych zakamarkach jego duszy wciąż tlą się zgliszcza jego dawnego ja. Ciemne i okrutne, pozbawione litości, przepełnione jadem i naukami jego ojca oraz Czarnego Pana. Czasami lubiły o sobie przypomnieć.
Coraz bardziej zmęczony i zły machnął różdżką i w mgnieniu oka lśniące gwiazdy zniknęły. Sklepienie namiotu znów stało się czarne i mroczne. Odwrócił się na bok i usłyszał wydobywający się z ust Gryfonki cichy jęk rozczarowania. Wiedział że to dziecinne, jednak od razu poczuł się lepiej. „Chyba nigdy nie przestanę być do końca sobą”, pomyślał i poczuł jak ogarnia go senność. Jednocześnie nie wiedzieć czemu, ucieszył się że burza już minęła.

*

Pierwszym co Hermiona zobaczyła po przyjściu do namiotu medycznego, była uśmiechnięta i radosna twarz Sary Mitchell, ich uzdrowicielki. Piękna, trzydziestoletnia blondynka właśnie dokańczała poranną kawę i energicznie poklepywała po ramieniu Alberta Wilkinsa, przystojnego, czterdziestoletniego magomedyka, którego mina zdradzała iż jest pogrążony w całkowitej rozpaczy.
- Dzień dobry! – zawołała raźnie Sara na widok Hermiony i Dracona którzy weszli do namiotu i założyli swoje białe, lekarskie kitle.
- Dzień dobry. – odparła Gryfonka mniej entuzjastycznie. Czuła  się niewyspana. Najpierw męczyła ją burza, a później myśli zaprzątał jej Malfoy. Wolała na razie do tego nie wracać, więc lekko wstrząsnęła głową. – Czy coś się stało? – zapytała utkwiwszy wzrok w Albercie.
- Ochh to nic. – zaśmiała się Sara i machnęła ręką. – Widzisz, wczoraj ja i Albert zagraliśmy w małą partyjkę pokera. – zaczęła wciąż uradowana.  „Oho!”, pomyślała Hermiona.  - I, jakby to powiedzieć, wygrałam! – dokończyła Sara. – Znowu wygrałam Hermiono! –
Gryfonka westchnęła.
- Nie rozumiem dlaczego wciąż dajesz jej się w to wciągać. – powiedziała Hermiona w kierunku Alberta. – Przecież wiesz że Sara przez kilka lat studiowała na mugolskim uniwersytecie medycznym, jestem pewna że o wiele lepiej radzi sobie z mugolskimi grami niż ty.. Tracisz tylko pieniądze. –
- Cóż.. – zaczął powoli Albert i wstał od stołu. Schował ręce do kieszeni kitla i wzruszył ramionami. – Lubię patrzeć jak się wtedy cieszy. A pieniądze raz są, a raz ich nie ma. – dodał. Hermiona usłyszała za sobą ciche prychnięcie Dracona. Mężczyzna przeprosił ich i poszedł w kierunku swojego biurka, które w całości było zawalone różnego typu papierami. Gryfonka wraz ze Ślizgonem ruszyli jak zawsze, do uzupełniania zapasów strzykawek, bandaży i leków.
- Doprawdy nie rozumiem, dlaczego on daje jej sobą tak kierować. – powiedziała cicho Hermiona.
- Czy to nie oczywiste? – wypalił beznamiętnym głosem Draco.
- Niby co jest oczywiste? – szepnęła konspiracyjnie kasztanowłosa.
- Na Salazara Granger, ty serio jesteś beznadziejna w te klocki. – jęknął blondyn. - Jak Weasleyowi w ogóle udało się ciebie poderwać skoro jest z ciebie taka niemota? –
- Nie jestem niemotą! – obruszyła się Gryfonka lecz na Malfoyu nie zrobiło to żadnego wrażenia. – Więc? – naciskała marszcząc gniewnie brwi. Draco westchnął i oderwał wzrok od szafki z lekami.
- Facet się w niej buja. – odparł krótko. – Dlatego za każdym razem daje jej wygrać. Jestem pewien, że mógłby ją pokonać skoro wie jak grać w pokera. –
Hermiona zrobiła wielkie oczy. Jak mogła sama na to nie wpaść? Przecież spędzała z nimi praktycznie każdy dzień przez ostatnie trzy lata. Kiedy to mogło się stać i dlaczego, na Merlina to właśnie Malfoy musiał jej uzmysłowić ten przykry fakt? Fakt iż wojna najwyraźniej pozbawiła ją dawnej wrażliwości. Ginny już od dawna nie przychodziła do niej po rady. Rudowłosa Weasleyówna dorosła i dojrzała. Stała się wojownicza i ze wszystkich sił starała się utrzymać Harry’ego w bezpiecznym miejscu. Z Lavender, Padmą i Parvati nigdy nie były blisko a Luna, cóż, ona zawsze miała swój własny świat. Od czasu do czasu jadły wspólnie posiłki w stołówce, ale czasy Hogwartu minęły bezpowrotnie. Hermiona poczuła w żołądku nieprzyjemny skurcz. Nagle zaczęła docierać do niej nieprzyjemna prawda, którą zawsze starała sobie jakoś wytłumaczyć. „To nie Ron zostawił ciebie”, mówiła sobie w duchu „To ty łaskawie pozwoliłaś mu odejść do Lavender, bo wiedziałaś że jesteś zbyt zajęta”. 

Na Godryka…

Hermiona złapała się za bok szafki i mocno go ścisnęła. „Sama zaczęłam iść tą ścieżką samotności”, pomyślała. „Ha, a byłam przekonana że po prostu robię to, co do mnie należy. Wstaję rano, jem śniadanie, idę do szpitala, opatruję rannych, pomagam w obozie, opiekuję się chorymi, uczę zawodu medyka, staram się nie rozmyślać o rodzicach, o Harrym, Dumbledorze, Ronie, Krzywołapie, Ginny… „. Nagle poczuła że kręci jej się w głowie.
- Granger, co ci? – zapytał Draco i spojrzał na nią znad bandaży. Obserwował ją już od kilku minut i zauważył że z każdą chwilą robi się coraz bledsza.
- Muszę.. Muszę na chwilę wyjść. – powiedziała po czym szybkim krokiem wyszła z namiotu.
Sierpniowy poranek po nocnej burzy był rześki i przyjemny. Wzięła głęboki wdech i zamrugała kilkakrotnie. Od dziecka nie lubiła płakać. A płakać z własnej głupoty? Tego wręcz nienawidziła. Czuła się jak idiotka. Pod pretekstem pracy i wojny powoli odsuwała od siebie wszystkich. Tak bardzo się bała że może ich stracić, więc mniej lub bardziej nieświadomie zaczęła się od nich odsuwać. Ale przecież nie tego chciała, przecież to tak, jakby już ich straciła! Łzy zaczęły spływać jej po policzkach, a rękaw od lekarskiego kitla którym wycierała twarz stawał się coraz bardziej wilgotny.  Tak bardzo pragnęła by ktoś ją teraz przytulił…. Ktokolwiek.
- Dlaczego ryczysz? – usłyszała za plecami.
Odwróciła się na pięcie słysząc jego głos i widząc tak dobrze jej znane rysy twarzy, nie czekając podbiegła do chłopaka i mocno się w niego wtuliła. Mężczyzną aż zachwiało.
- Co się stało?- zapytał.
Gryfonka potrząsnęła głową i dalej wtulała się w Jakuba, jakby puszczenie go oznaczało rozsypanie się na tysiąc kawałków. W międzyczasie za jednym z boków namiotu Draco przyglądał się Hermionie. Nie wiedział czemu, ale miał ochotę podejść do niej, gdy tak stała i wypłakiwała się w mankiet niczym mała dziewczynka. Jednak, gdy nagle ni stąd ni zowąd pojawił się Wolski a Granger rzuciła mu się w ramiona, postanowił odejść i po chwili zniknął wewnątrz szpitalnego namiotu.
- Jestem taka głupia. – powiedziała cicho.
- Ty głupia? – zdziwił się wysoki brunet. – Wybacz, ale jakoś nie jestem w stanie w to uwierzyć. –
Gryfonka znów potrząsnęła głową.
- Wszystkich od siebie odtrącam. – zaczęła. – Myślałam że robię dobrze, a  tak naprawdę tylko odsunęłam się od innych… Uciekłam w pracę, ciągle tłumaczę to trwającą wojną ale… jestem cholernie słaba. – dodała i odsunęła się nieco od Jakuba. Chłopak wciąż uważnie się jej przyglądał.
- To chyba dobrze, że doszłaś do takich wniosków póki nie jest za późno, co? – zapytał ją unosząc jedną brew.
- Cóż...  - zasmuciła się Hermiona.  – Nie doszłam do tego tak całkiem sama.. – przyznała. – Malfoy uzmysłowił mi taką jedną rzecz i.. –
- Malfoy. – przytaknął Jakub. – Nie uważasz że macie ze sobą dużo wspólnego? –
- Ja i on?!  - obruszyła się Gryfonka. – Skąd mogło ci to przyjść do głowy . – „Co za idiotyczny pomysł” dodała w duchu.
- Zastanów się, ty i on, oboje w pewien sposób opuściliście swoje rodziny dla swojego i ich dobra. Tak samo traktujecie przyjaciół, chociaż dla mnie to masochizm i chyba jestem zbyt wielkim egoistą bym dobrowolnie zrezygnował z czyjejś przyjaźni. Nawet dla dobra tej osoby. Z resztą, udało mi się podsłuchać że byliście dwójką najzdolniejszych uczniów w Hogwarcie. – zamyślił się na chwilę Jakub. – Dwa kujony samotniki, to mogłoby się udać. – dodał w komicznym stylu.
- Przestań się wydurniać! – ofuknęła go Hermiona i uśmiechnęła się lekko. Jednak po chwili na powrót spochmurniała. – On ma mnie za nic. W jego świecie jestem nic nie warta. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. –
- Czyżby? – zapytał uparcie Jakub przerywając jej wyliczankę.
Hermiona miała już dosyć ciężkich rozmyślań jak na jeden poranek.
- A ty nie masz dzisiaj nic lepszego do roboty? – zmarszczyła gniewnie brwi szatynka i dźgnęła palcem bruneta w klatkę piersiową.
- Au! – jęknął Jakub. – No mam mam. – odparł masując miejsce ukłucia. – Idę właśnie na poligon. Ostatnio Cho Chang prosi mnie o prywatne lekcje samoobrony, strzelania i takie tam. Dziewczyna naprawdę ma talent, a wydaje się być taka niepozorna. – zamyślił się na chwilę.
Hermiona już miała coś odpowiedzieć lecz nagle za Jakubem rozległ się znajomy głos.
- Hermi-jona? –
Gryfonka od razu rozpoznała francuski akcent Fleur. Pożegnała się z Jakubem i w o wiele lepszym nastroju podeszła do szwagierki Rona. Piękna jak zawsze długowłosa blondynka, w której płynęła również krew Wili, tym razem wyglądała na mocno podenerwowaną.
- Przepraszam że ci przeszkadzam, ale mam problem. – zaczęła Fleur melodyjnym głosem.
- Coś się stało? -  zapytała ją Hermiona. Zauważyła że kobieta nerwowo zaciska palce i całe jej ciało zdaje się być pod wpływem dużego stresu.
- Potrzebuję zbadania . – odparła Fleur.
- Coś cię boli? Może wolałabyś Sarę? Ma większe doświadczenie. –
- Nie . – przerwała jej piękność. – Ty. Chcę ciebie. –
Gryfonka poczuła w jej słowach zdecydowanie. Nie zamierzała się kłócić i chociaż nie darzyła Francuzki zbyt dużą sympatią, wiedziała że nie może odmówić pacjentowi.
- Dobrze. – przytaknęła Hermiona i zaprosiła Fleur do namiotu. Mijając kolejne rzędy łóżek zauważyła Dracona siedzącego przy ich wspólnym biurku. Utkwił wzrok w coraz bardziej zdenerwowanej Fleur za to jej nie zaszczycił nawet spojrzeniem. Nie była tym zbyt zaskoczona. W obecności tej kobiety każda inna dziewczyna stawała się dla mężczyzn wręcz niewidzialna. A tak przynajmniej próbowała to sobie tłumaczyć. Przecież Ślizgon nie miał żadnego powodu by nagle ją ignorować. „Nie mam zamiaru teraz o tym myśleć. Muszę się skupić na pacjentce” skarciła się w myślach Hermiona i wskazała Fleur kozetkę na samym końcu namiotu. Kobieta usiadła i obserwowała jak Hermiona tworzy swego rodzaju prywatny gabinet za pomocą różdżki.
- Teraz nikt nam nie będzie przeszkadzał. – odezwała się w końcu Gryfonka i usiadła na stołku, naprzeciwko Fleur. – Słucham, co cię do mnie sprowadza? –
Blondynka wzięła głębszy wdech i jeszcze mocnej zaczęła ściskać swoje dłonie. Hermiona wiedziała że tak do niczego nie dojdą. Czując naturalną chęć pomocy położyła na rękach kobiety swoje dłonie i spojrzała jej w oczy.
- Fleur, możesz mi wszystko powiedzieć. – zaczęła przyjaznym i spokojnym tonem. – Po to tutaj jestem. – dodała i zabrała ręce.
Blondynka kiwnęła parę razy piękną głową na znak zrozumienia i praktycznie przez łzy wydukała.
- Chy- chyba… Chyba jestem w ciąąąąży. – zawyła i zakryła twarz rękami.
Hermiona zmarszczyła brwi.
- T- to niemożliwe.. – zaczęła. – To znaczy, przyjmowałaś eliksir antykoncepcyjny doktora Wilkinsa, prawda? –
Fleur potrząsnęła głową potakująco i zabrała ręce z twarzy.
-  Tak, ale jakiś czas temu przechodziłam mugolską grypę, Bill dał mi jakieś tabletki polecane przez jego matkę… Może zmieniły działanie eliksiru? –
Hermiona pomyślała że to bardzo prawdopodobne.
- Zanim zażyłaś leki powinnaś była zgłosić się do któregoś z magomedyków. Sara ma doświadczenie z mugolskimi lekami, a łączenie mugolskich i magicznych medykamentów w tym samym czasie może być niebezpieczne. – powiedziała z powagą Hermiona. – Połóż się na kozetce i spróbuj się uspokoić. – dodała i po chwili rzuciła na Fleur zaklęcie diagnozujące. Ich przypuszczenia okazały się trafne.
- Fleur, jesteś w drugim miesiącu ciąży. To mniej więcej siódmy tydzień. – powiedziała Gryfonka i usiadła naprzeciwko blondynki. – Wygląda na to że płód jest całkowicie zdrowy, jednak poproszę Sarę o drugą diagnozę. Pobierzemy ci krew i…-
Nagle jej monolog przerwał długi i głośny płacz kobiety.
- C- co ja narobiłam?! – jęknęła z żalem.
- Ty? – zdziwiła się Hermiona. – Wydaje mi się że Bill też miał w tym swój udział. –
- No i?! – zawyła Fleur. - To ja przyjmowałam eliksir, to ja wzięłam leki nie pytając wcześniej nikogo! To ja… - Płacz kobiety stawał się z każdą chwilą donośniejszy. – Jak ja to powiem Billowi, że jestem w ciąży właśnie teraz. Dookoła trwa wojna, a ja.. Przez głupotę skażę dziecko na takie niebezpieczeństwo! Jestem taka głupiiiiaaa! –
Hermiona całkowicie zszokowana nagle w zachowaniu blondynki dostrzegła samą siebie. Chociaż nie była w ciąży, nie miała męża ani choćby chłopaka, czuła że Fleur wkracza na ścieżkę którą ona sama wybrała. Ścieżkę odpychania od siebie wszystkich. Nie mogła na to pozwolić. Otworzyła drzwi i niczym huragan podbiegła do Dracona.
- Malfoy, idź i przyprowadź mi tutaj Billa Weasleya, natychmiast. Tylko niech przyjdzie sam i nie przywlecze ze sobą całej swojej rodziny. –
Draco spojrzał na Hermionę po chwili która zdawała się być dla niej wiecznością i prawie znudzonym tonem odparł.
- Nie jestem chłopcem na posyłki Granger. Nie będę biegał za żadnym Weasleyem. –
W pierwszym odruchu Hermiona miała ochotę mu przygrzmocić. Nie miała pojęcia dlaczego nagle znów stał się taki. Przecież od kilku tygodni dogadywali się całkiem nieźle. Ślizgon co rano przynosił im do namiotu po kubku gorącej kawy. Miała to za swoisty znak pojednania. Jednak po tym co zaszło nad jeziorem znów jakby zamknął się w sobie. Ledwo się otworzył, by na powrót się oddalić. Jednak nie miała teraz czasu na rozmyślanie nad zawiłym i pokręconym umysłem arystokraty, który ewidentnie tym razem chciał zrobić jej na złość. Jedną z cech których w sobie szczerze nie znosiła był fakt, iż za każdym razem gdy denerwowała się za bardzo, do oczu napływały jej łzy bezsilności. Tym razem nie było inaczej. Robiła wszystko by to powstrzymać lecz po chwili poczuła jak zaczynają ją piec kąciki wokół oczu.
- Znowu będziesz beczeć? – zapytał Draco po czym westchnął. – Niech ci będzie. – dodał i wstał zza biurka. Ruszył w kierunku wyjścia po drodze zdejmując z siebie lekarski fartuch.
„Znowu?” zamyśliła się na chwilę Hermiona. „Przecież to niemożliwe żeby widział mnie rano, z pewnością za mną nie poszedł, był tam tylko Jakub.. „. Ta myśl użądliła ją niczym osa, lecz zanim zdążyła się głębiej nad tym zastanowić głośny płacz dochodzący z gabinetu skutecznie wyrwał ją z zamyślenia.
- Saro, czy mogę cię na chwilę prosić? – zawołała w kierunku magomedyczki i w pośpiechu wróciła do gabinetu.

~

„Co za nieodpowiedzialni ludzie”. Marudził w myślach Draco. „ No ale czego się spodziewać po Weasleyach”, dodał z rezygnacją. Gdy Bill Weasley przyprowadzony przez Dracona do szpitalnego namiotu dowiedział się w końcu o ciąży żony, nieomal sam popłakał się podobnie jak Fleur, z tą różnicą, że ze szczęścia. Arystokrata w ogóle nie potrafił tego zrozumieć. Te wszystkie zarzekania się młodego mężczyzny o tym że ochroni swoją rodzinę, że nic im się nie stanie i że są bezpieczni, wydawały się Ślizgonowi puste i przepełnione kłamstwem. „Nikt z was nie jest bezpieczny skończony durniu. Ani ty, ani twoja żona, ani wasze nienarodzone jeszcze dziecko. Nikt, bo ON wciąż żyje. Zapomnieliście już? Wypowiedzcie tylko jego imię, a rozpęta się tutaj piekło.” Dodał w myślach. Nagle stanęła przed nim Gryfonka, cała rozpromieniona i w skowronkach.
- Dziękuję! – powiedziała i nagle, całkowicie bez ostrzeżenia objęła go w pasie. Draco zamarł w bezruchu. Jej ciepłe, miękkie ciało przywarło do niego z siłą imadła, a on poczuł jak serce zaczyna mu walić jak szalone.
- P- przepraszam! – puściła go szybko  i natychmiast się od niego odsunęła. Jej policzki zapłonęły szkarłatem. – Trochę mnie poniosło. – zaczęła się tłumaczyć. – Ta radosna atmosfera.. –
- Radosna atmosfera. – powtórzył kpiąco Malfoy.
- O co ci chodzi? – zjeżyła się Hermiona słysząc ton blondyna.
- O nic. – odparł arystokrata wzruszając ramionami.
Hermiona nie dała za wygraną. Korzystając z panującego zamieszania, płaczącej już ze wzruszenia Fleur, śmiejącego się w głos Billa i towarzyszących im magomedykom, zbliżyła się do Dracona i syknęła.
- Jaki masz problem Malfoy? To źle że potrafimy się cieszyć z takich rzeczy pomimo panującej wojny? O to ci chodzi? –
Draco zmarszczył brwi i przysunął swoją twarz do jej własnej.
- Jesteście bandą idiotów. Nawet nie zdajecie sobie sprawy w jak wielkim niebezpieczeństwie jesteście. Tych dwóch Weasleyowskich półgłówków sprowadzi na świat dziecko które będzie cierpieć przez głupotę swoich rodziców, a wy jeszcze to świętujecie. –
W Hermionie aż się zagotowało.
- Wybacz Malfoy ale już tacy jesteśmy. Mimo iż spotyka nas coś złego, wciąż potrafimy cieszyć się tym co dobre i piękne. Nie tracimy wiary w miłość i to właśnie ona daje nam siłę do walki. Może macie nas za idiotów, ale to już nie nasza wina że wy, Śmierciożercy widzicie tylko złą stronę życia. –
Ledwo to powiedziała, od razu zaczęła żałować.
- Dobrze że wciąż pamiętasz kim naprawdę jestem. – syknął. – Bo już chyba zaczęło ci się wydawać, że jestem tylko od przynoszenia kawy. – powiedział po czym szybkim krokiem wyszedł z namiotu. Hermiona jeszcze nigdy wcześniej nie poczuła takiego żalu, jak w tamtej chwili.
- Jestem prawdziwą idiotką. – szepnęła.

*

Kolejne dni były dla Hermiony prawdziwą udręką. Gdy Bill i Fleur opuścili szpital poprosiła Sarę o chwilę przerwy i pobiegła za Malfoyem. Nie znalazła go w ich wspólnym namiocie i pełna mrocznych myśli zaczęła biegać po obozie. Szukanie Ślizgona przerwał jej Harry z Ronem.
- Coś się stało Hermiono? –
Wybraniec spojrzał na swoją przyjaciółkę przenikliwym wzrokiem.
- N- nie.. – skłamała i uśmiechnęła się do nich nieco sztucznie.
- Gdzie jest Malfoy? – zapytał Ron szukając Ślizgona dookoła, jakby wysoki i szczupły chłopak zdołał się ukryć za niższą o głowę dziewczyną.  
- W szpitalu, pomaga Albertowi. – powiedziała Gryfonka i modliła się w duchu by arystokrata nie zechciał wyjść zza któregoś z namiotów właśnie teraz. Nie była zbyt dobra w kłamaniu i co gorsze dostrzegła że zielone oczy Harry’ego wnikliwie się jej przyglądają. Wiedział że kłamie.
- Ron, powinieneś pójść do namiotu swoich rodziców, Bill i Fleur pewnie chcą wam coś powiedzieć. – zmieniła szybko temat.
- Mogę pójść tam później. – odparł rudzielec.
- Nie… bo.. – dukała.  „A co mi tam”, pomyślała zrezygnowana. – Gratuluję Ronald, zostaniesz wujkiem! –
Do chłopaka nie od razu dotarł sens słów dziewczyny.
- Wujkiem? Ale…. Niemożliwe! – wydyszał.
- A jednak. – uśmiechnęła się Hermiona.
Ron nagle się ożywił.
- Harry, muszę lecieć po Ginny, spotkamy się w namiocie moich starszych, dobra? –
- Jasne. – odparł Harry.
Gdy zostali sami zapanowała cisza. Hermiona miała ochotę przeprosić przyjaciela i ruszyć na dalsze poszukiwania Dracona, jednak to Harry odezwał się pierwszy.
- No to gdzie naprawdę jest Malfoy? – zapytał i poprawił swoje okulary.
- Eh, czy ty zawsze musisz być taki przenikliwy? – jęknęła Hermiona. Harry posłał jej łobuzerski uśmiech. – Pokłóciliśmy się, tak jakby…. Wyszedł z namiotu i nie mogę go znaleźć. Nawet nie chcę myśleć co zrobi Kingsley gdy się o tym dowie. –
- Myślę że nic nie zrobi. – odparł chłopak i wskazał coś Hermionie ruchem głowy. Gryfonka odwróciła się za siebie i w tym samym momencie obok niej przeszedł Draco.
- Biorę dzień wolny. – rzucił w jej kierunku blondyn i minął Harry’ego bez słowa. Kasztanowłosa poczuła ulgę. Bała się że przez jej głupotę Draco odejdzie ze Złotego Feniksa. Ta myśl napawała ją lękiem.
- Muszę wracać do szpitala. – odezwała się w końcu do przyjaciela. – Ale Harry, jest coś o czym chcę z Tobą porozmawiać. – dodała.
- Jasne, kiedy tylko będziesz chciała. – odparł Wybraniec i pożegnał się z dziewczyną.
„Tak, muszę mu to w końcu powiedzieć”, postanowiła w duchu wracając do pracy. Nie zamierzała zdradzić Harry’emu tajemnicy Dracona, jednak Ślizgon jakiś czas temu podczas ich rozmowy bezwiednie zdradził jej coś, co było  niesamowicie istotne. Blondyn wspomniał iż widział jak Voldemort mierzy coś na kształt korony. Tylko jedna rzecz przychodziła Hermionie na myśl. Diadem Roweny Ravenclaw. Jeżeli Voldemort miał w posiadaniu owy diadem, musiał być on cenny. O wiele cenniejszy niż jego mityczne właściwości według których każdy, kto owy diadem nosi, staje się mądrzejszy. Hermiona podejrzewała iż korona jest jednym z Horkruksów. W banku Gringotta musiał znajdować się kolejny, jednak po ich ucieczce z Malfoy Manor była przekonana, że Voldemort już zdążył go stamtąd zabrać. Przez ostatnie lata zastanawiała się gdzie czarnoksiężnik mógł ukryć Horkruksy i dzięki Draconowi doszła do wniosku, iż wszystkie zostały zapewne ukryte w Czarnym Dworze. O tym też musi wspomnieć, nie tylko Harry’emu, ale i Kingsley’owi.  Były to informacje zbyt cenne i zbyt wartościowe by je przed nimi zataić. Z resztą, nie miała ku temu powodów. Jedyne co obiecała Ślizgonowi to to, że nie powie nikomu o posiadanej przez niego mocy i umiejętności posługiwania się magią bezródżkową. No właśnie, Malfoy… Był dla niej tak wielką zagadką. Czasami wydawało jej się że już go rozgryzła, że już wie o czym w danej chwili myśli, jednak za każdym razem udowadniał jej jak bardzo się myli. Wiedziała że przeżył masę okropnych rzeczy i pomimo to postanowił przyłączyć się do nich, zaufać... Hermiona pluła sobie w brodę, jak mogła być taka okrutna? Jeżeli kiedykolwiek wydawało jej się że jest od niego lepsza, to dzisiaj udowodniła że wcale tak nie jest. Wiedziała gdzie uderzyć tak żeby go zabolało i zrobiła to. A przecież powiedział jej prawdę, zwierzył się z najbardziej strzeżonej przez niego tajemnicy, wyjawił miejsce pobytu Voldemorta, więc dlaczego tak zareagowała?

 No tak..

Bo w odróżnieniu do nich on nie potrafi, mimo wszystko, spojrzeć na świat ich oczami. Nikt go tego nie nauczył, nikt mu nigdy nie pokazał że nawet wśród największej rozpaczy można dostrzec światło. Jedynie Ephraim Ward, na krótki czas stał się jego mistrzem, namiastką ojca którego stracił. Ale i z nim przyszło mu się pożegnać na zawsze. Od dziecka był sam, niczym pojedyncza łódź desperacko trzymająca się powierzchni fal wzburzonego morza. I jedynie matka, ta krucha, piękna i jednocześnie silna istota była ostatnią ostoją w jego życiu. Kazała mu uciekać, porzucić rodzinę, Czarnego Pana, przyjaciół, misję. Odcięła ostatnią trzymającą go przy niej nić. Możliwe, że już nigdy więcej jej nie zobaczy, a mimo to biegł ile sił by dotrzeć aż tutaj.
A ona tego nie dostrzegła.
Przecież mógł użyć swojej mocy już setki razy. Miał tyle okazji by stąd uciec bądź zrobić jej krzywdę. Jednak wybrał posłuszeństwo i jej obecność. Zawsze wybierał właśnie to.
Hermiona czuła się okropnie. Z każdą godziną przebierała nogami coraz bardziej, by późnym wieczorem wręcz wybiec ze szpitala i pędem rzucić się ku ich wspólnemu namiotowi. Zatrzymała się na metr przed wejściem. Wzięła głęboki wdech i spróbowała uspokoić skołatane serce. Gdy weszła do środka Malfoy leżał na swoim łóżku, a oczy miał utkwione w jednej ze swoich książek. „Co ja mam powiedzieć?”, zastanawiała się w duchu Hermiona. Usiadła na brzegu łóżka i wbiła wzrok w podłogę, gazowa lampa Dracona rozświetlała namiot.
- Ja.. to co powiedziałam rano.. – zaczęła nieśmiało, jednak po chwili arystokrata odłożył książkę, zgasił lampę i bez słowa odwrócił się na bok. „Świetnie”, pomyślała Hermiona i wziąwszy swoje rzeczy poszła pod prysznic. Gdy wychodziła z namiotu Draco nie spuszczał z niej wzroku.

*

Następne dni nie były lepsze. Ślizgon wciąż nie odzywał się do kasztanowłosej, nawet półsłówkami, chyba że wymagała tego praca w szpitalu. Wszyscy widzieli ich cichą wojnę, jednak nikt nie odważył się zapytać o co tak naprawdę poszło, a sama Hermiona nie miała ochoty przyznawać się że to tak naprawdę tylko jej wina. Malfoy każdego wieczoru gasił swoją lampę i szedł spać, albo przynajmniej udawał że już zasypia gdy tylko Hermiona próbowała nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. Nie dawał jej okazji by mogła go przeprosić, by mogła powiedzieć jak bardzo żałuje tego co powiedziała. Była przekonana że w ten sposób ją karze więc tydzień po ich kłótni podjęła decyzję. Gdy tak jak ostatnio weszła do namiotu, zanim jeszcze Malfoy zdążył zgasić światło wyczarowała wielką torbę i zaczęła do niej wrzucać swoje rzeczy. Wszystko, jej ubrania, książki, prywatne pamiątki, lądowały w torbie zdającej się nie mieć dna. Nagle usłyszała jego głos.
- Co ty robisz? –
Cicho prychnęła pod nosem. „Teraz sobie o mnie przypomniałeś?” pomyślała gorzko.
- A jak ci się wydaje? – odpowiedziała w końcu. – Wracam do Ginny i Luny. Skoro ty nie chcesz ze mną rozmawiać to nie widzę sensu bym została tutaj dłużej. Poproszę Kingsley’a by przekazał pieczę nad tobą komuś innemu. – w jej torbie lądowały kolejne bibeloty.
Draco wstał z łóżka i podszedł do dziewczyny. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuł się w podobny sposób. Widok zdenerwowanej, pakującej się w pośpiechu Gryfonki podziałał na niego jak uderzenie pioruna. Był na nią zły za to co powiedziała tamtego nieszczęsnego dnia, ale wiedział że w pewien sposób ma rację. Był Śmierciożercą, robił rzeczy za które będzie siebie nienawidził do końca życia i co gorsza, na lewym przedramieniu wciąż miał wypalone piętno swej niegdysiejszej przynależności. Zdawał też sobie sprawę że jest w pewien sposób ograniczony. Nie potrafił patrzeć na świat tak jak ona, lecz gdy była blisko wydawało mu się że choćby przez moment widzi świat jej oczami. Nie rozumiał tego co czuje, bał się zmian które w nim zachodziły ale wiedział że jeżeli ona zniknie, wszystko co do tej pory udało mu się zbudować runie niczym domek z kart.
- Nie musisz nic mówić Kingsley’owi, zaraz mnie tutaj nie będzie. – powiedział i odwrócił się do niej plecami. Hermiona przerwała pakowanie. Jego słowa wytrąciły ją z równowagi.
- Nie rozumiem cię Malfoy, o co ci chodzi? – zwróciła się w jego kierunku. - Ja odpuszczam więc sobie idziesz? Już nie chcesz nam pomóc? Chyba mi nie powiesz że to z mojego powodu, co? –
Nie doczekała się odpowiedzi. Poczuła jak do oczu napływają jej łzy. Od tygodnia miała ochotę by porządnie się wypłakać, jednak dopiero teraz coś w niej pękło.
- Niech cię szlag Malfoy! – wrzasnęła i wróciła do pakowania swoich rzeczy. – Wiem co powiedziałam, nazwałam cię Śmierciożercą i nawet nie wiesz jak bardzo tego żałuję! Każdego dnia chciałam cię za to przeprosić, ale nawet nie dałeś mi szansy bym mogła powiedzieć jak okropnie mi przykro że cię zraniłam. – powiedziała przez łzy. – Nigdy specjalnie za sobą nie przepadaliśmy, ale przez ostatnie miesiące było naprawdę nieźle i wiem że to moja głupota to zniszczyła. Gdybym mogła cofnąć czas to bym samą siebie palnęła w łeb ale nie mogę, bo wszystkie zmieniacze czasu zostały zniszczone gdy byliśmy w piątej klasie! – załkała.
- Długo jeszcze będziesz tak się besztać? – usłyszała nagle. Odwróciła się w jego stronę. Stał spokojnie i przyglądał się jej z zainteresowaniem i lekkim uśmiechem na twarzy. – Wiesz, gdybyśmy byli w Hogwarcie, to twoje słowa może nawet spowodowałby że zacząłbym cię wtedy lubić. Ale to minęło, dlatego przestań się już tak kajać. –
Hermiona usiadła na łóżku i od niechcenia rzuciła na bok bluzką, którą trzymała w ręce.  
- Jesteś niemożliwy. –
- Wiem. –
Spojrzała mu w oczy i powiedziała to, co chciała mu powiedzieć już milion razy.
- Przepraszam. –
Draco kiwnął głową.
- Ja też, za to że w pierwszej klasie nazwałem cię szla… - no wiesz. Teraz jesteśmy kwita. – dodał i usiadł na swoim łóżku.
- Wiesz.. – zaczęła Hermiona po dłuższej chwili wspólnego milczenia. – Powinniśmy nauczyć się ze sobą rozmawiać… i kłócić. Moi rodzice zawsze jak się kłócili to wszystko sobie potem wyjaśniali, punkt po punkcie. A twoi? – zapytała.
- Cóż.. – odparł po chwili namysłu. – Z tego co pamiętam to zawsze rzucali w siebie urokami i klątwami. –
Hermiona zaśmiała się pod nosem.
- Uważasz że to zabawne? – zapytał Draco unosząc jedną brew. Cień uśmiechu majaczył mu w kącikach ust. – Pamiętam jak podczas pewnej sprzeczki matka rzuciła naprawdę dobre zaklęcie. Ojciec przez trzy dni chodził z głową przypominającą dynie Hagrida w Noc Duchów. –
Gryfonka prychnęła rozbawiona wyobrażając sobie starego Malfoya z głową niczym bania.
- Tak, uważam że to zabawne. – odpowiedziała śmiejąc się cicho. Chwilę potem dołączył do niej Draco.

*

- Albert! Albert!! – syknęła Sara w stronę kolegi. – Kłótnia młodych kochanków już chyba została zażegnana. – powiedziała konspiracyjnym tonem i wskazała głową na wchodzących do namiotu Hermionę i Dracona.
- Dzięki niech będą Merlinowi. – odparł mężczyzna i wrócił do segregowania kart pacjentów.
- Prawda? Razem wyglądają tak słodko. – rozmarzyła się blondynka.
- Chodziło mi bardziej o atmosferę jaką tutaj wprowadzali. – zaczął tłumaczyć jej Albert. – Na sam ich widok zaczynało robić mi się zimno. – dodał i zamilkł gdy tylko Hermiona podeszła by się przywitać.

~

- Zjecie obiad tutaj, czy idziecie do stołówki? – zapytała wszystkich Sara gdy wybiła godzina druga popołudniu. Draco i Hermiona zgodzili się zjeść wspólnie posiłek w szpitalu, lecz nagle przez poły materiału do środka namiotu wpadł duchowy ryś. Patronus Kingsley’a Shacklebolta przemówił donośnym głosem.
- Hermiona Granger i Draco Malfoy proszeni są o stawienie się w moim namiocie bezzwłocznie. – powiedział patronus po czym zniknął. Gryfonka i Ślizgon z duszami na ramieniu pognali na miejsce spotkania. Kasztanowłosa była przekonana że Kingsley jakoś dowiedział się o mocy Dracona i teraz wywiąże się z tego straszna awantura, jednak zmarszczyła brwi widząc jak przed namiotem stoi i wyraźnie na kogoś czeka Cho Chang.
- Cześć Cho, czekasz na kogoś? – zapytała ją szatynka. Smukła i wysoka brunetka której długie, czarne włosy lśniły w popołudniowym słońcu, spojrzała z zaciekawieniem na Hermionę i stojącego obok niej blondyna.
- Jakub został wezwany przez Shacklebolta, akurat byliśmy w trakcie ćwiczeń więc pozwolił mi iść z sobą. Niestety, do środka nie pozwolono mi wejść. – powiedziała z wyrzutem.
- Rozumiem. – odparła Hermiona. – No to, może my.. – zająknęła się w stronę Dracona. Chłopak przewrócił oczami i odsunął dla Gryfonki przejście do namiotu.
- Boisz się Cho Chang, czy co? – zagadnął Hermionę gdy już znaleźli się w środku.
- Niee, tak tylko.. – odparła niepewnie szatynka. – nigdy nie była blisko z Cho Chang. Nawet w czasach w których Krukonka chodziła z Harry’m. Uważała ją za inteligentną, ale nieco próżną czarownicę. Mimo wszystko współczuła jej straty Cedrika. Na domiar złego trafiła do obozu z ojcem z którym niezbyt się dogadywała, a matki wciąż nie mogli znaleźć.
Gdy tylko weszli w głąb namiotu, od razu rzuciła im się w oczy spora ilość znajdujących się wewnątrz osób. Był tam Kingsley Schacklebolt, Remus Lupin, Artur Weasley, Harry, Ron, Jakub z Gabrielem i Adrianem, oraz Po Chang, ojciec Cho. Hermiona stanęła obok Harry’ego, przez co Draco musiał zająć miejsce obok Rona Weasleya. Rudzielec zmarszczył brwi ale nie zaczął się odsuwać od Ślizgona. Z resztą i tak już nigdzie nie było miejsca.
- Dziękuję wam za tak szybkie przybycie. – zaczął Kingsley. – Zwołałem to spotkanie ponieważ dysponuję bardzo ważnymi informacjami dostarczonymi przez Freda i Georgea Weasleyów. Jak wiecie dwa tygodnie temu znów opuścili obóz. W liście który do mnie dotarł Fred i George podają lokalizację, w której najprawdopodobniej ukrywają się kolejni czarodzieje. Niestety, jest pewien problem. Ich kryjówka mieści się w opuszczonej wsi Imber, znajdującej się sto trzydzieści osiem kilometrów od Londynu. Aktualnie wioska jest poligonem i należy do wojska, jednak odkąd siły mugolskiej armii skupiły się na Sami Wiecie Kim, czarodzieje tymczasowo urządzili sobie tam dziuplę. Ponoć przez dłuższy czas mieli spokój, jednak horda Śmierciożerców już jest na ich tropie. Najprawdopodobniej już tam są. –
- Więc na co czekamy? – zerwał się Jakub. – Ruszajmy od razu. –
- To nie takie proste. – przerwał mu Kingsley. – Osaczonych czarodziejów najprawdopodobniej jest troje. Dwóch byłych uczniów Hogwartu i Xo Chang, żona pana Changa. – wskazał gestem dłoni na stojącego obok siebie wysokiego, szczupłego mężczyznę. Ojciec Cho wyglądał na najwyżej czterdzieści lat. – Za to najprawdopodobniej Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać wyśle większość swoich podwładnych do tej akcji, a jak wiemy jest ich więcej niż nas. –
- I co, z tego powodu damy im umrzeć?! – obruszył się chłopak.
- Proszę nie zapominać panie Wolski, że Sam Wiesz Kto oprócz Śmierciożerców dysponuje uzbrojonymi, mugolskimi bojówkami. Jeżeli mam narażać ludzi muszę najpierw uzgodnić to z pozostałymi. –
Jakub zacisnął szczęki z bezsilności. Jego silne pragnienie walki i ochrony słabszych musiało ustąpić zdrowemu rozsądkowi. Akcja była niebezpieczna, jeśli nie rzec samobójcza, ale czy moralnym było pozostawienie tamtej trójki na pożarcie Śmierciożercom tylko dlatego, że tamtych było więcej? Hermiona nie miała wątpliwości. Po Chang wiedząc w jakiej sytuacji znajduje się jego żona, musiał być obecny podczas narady, by później nie mieć żalu do reszty za podjęcie takich, czy innych decyzji. Gryfonka dostrzegła ruch za kotarami namiotu, jednak oprócz niej nikt nie zwrócił na to uwagi. Zmarszczyła brwi i pchana złym przeczuciem ruszyła w ich stronę. Draco zauważył że dziewczyna chce wyjść z zebrania, więc zrobił kilka kroków w jej stronę.
- Co ty ro.. – zaczął, lecz nagle przerwał mu głośny krzyk dochodzący z zewnątrz. Hermiona wybiegła przed namiot i to samo po chwili zrobili pozostali członkowie narady. Kilkanaście metrów dalej stała zapłakana Luna.
- Luna! – wrzasnęła Hermiona i podbiegła do przyjaciółki. – Co się stało? – zapytała czując jak serce podchodzi jej do gardła.
- Cho… Choo…- zaczęła Luna. – Widziałam jak płacze i gdzieś biegnie. Gdy zorientowałam się że chce wyjść poza obóz chciałam ją zatrzymać, lecz ona tylko mnie odepchnęła i wrzasnęła że nie pozwoli zabić swojej matki. Okręciła się w miejscu poza barierą i zniknęła. – powiedziała zapłakana Lovegood. „Musiała podsłuchać naszą rozmowę”, domyśliła się Hermiona. Przekazała Lunę w ramiona Molly Weasley która zaalarmowana krzykiem przybiegła co sił w nogach i stanęła obok Dracona. Nie zdążyła wypowiedzieć choćby słowa, gdy nagle rozległ się kolejny wrzask. To Artur Weasley próbował powstrzymać pana Changa przed zrobieniem tego samego, co jego córka. Niestety, Po Chang  tak jak wcześniej Cho wybiegł poza barierę i po chwili zniknął dzięki teleportacji. Hermiona wiedziała że sami nie mają żadnych szans. Cho może i była świetną czarownicą, niemniej uzdolnioną jak ona czy Harry, jednak wiedziała że nawet mając u boku ojca, czeka ją śmierć. Albo gorzej, miejsce w jednej z cel w brudnych i ciemnych piwnicach Czarnego Dworu, gdzie któryś ze Śmierciożerców gwałciłby ją aż by nie umarła. Nie mogła na to pozwolić. Nie byłaby sobą gdyby tak po prostu stała i czekała aż wrócą albo i nie. Spojrzała na Dracona mając nadzieję że odczyta w jej oczach niemy przekaz. Malfoy zmarszczył brwi, lecz po chwili lekko skinął głową na znak zrozumienia. Chwycili się za ręce, kolejny raz poczuli ciepło swoich dłoni i w akompaniamencie krzyków pobiegli poza barierę. Zaklęcie obezwładniające Kingsley’a Shacklebolta minęło ich o włos i jedyne co poczuli to dziwne szarpnięcie w okolicy brzucha, gdy dzięki teleportacji łącznej wspólnie opuścili bezpieczną przystań.













SŁOWO OD AUTORKI:
Witajcie moi mili! Bardzo się cieszę że wciąż jesteście ze mną i z tym opowiadaniem. Akcja zaczyna się rozpędzać i jedyne co mogę zdradzić to to, że będzie coraz ostrzej! Jak pewnie zauważyliście (albo i nie, różnie to bywa) przy pierwszym rozdziale pojawił się napis CZĘŚĆ PIERWSZA. Tak, to opowiadanie będzie się składało z dwóch części (albo i trzech, ale tego jeszcze nie wiem), ale bez obaw, nie będzie żadnych przerw w pisaniu części kolejnych jak i ich rozdziałów. Dodatkowo początek drugiej części nie będzie miał swojego „pierwszego rozdziału”, będzie to normalna, dalsza kontynuacja. Tak więc mam nadzieję że „zobaczymy” się w pełnym składzie w kolejnym, ósmym już rozdziale. Do napisania wkrótce!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 13 - Pojednania.