Rozdział 5 - Jezioro.


Gdyby miał opowiedzieć matce o tym jak spędził ostatnie tygodnie, nie umiałby znaleźć słów. Codziennie rano wstawał by przynieść do namiotu dwa kubki kawy, zanim jeszcze zdążyła się obudzić. Wspólnie wypijali ciepły napój i po toalecie szli na poranny obchód. Wciąż traktowała go z pewną dozą rezerwy, jednak czuł że jest to bardziej pozostałość po dawnych czasach, niż świadomy wybór. Mimo iż na wiosennym festiwalu podali sobie dłonie i wymienili się imionami, wciąż zwracali się do siebie per Malfoy i Granger. Miał wrażenie że to nie zmieni się już nigdy. Odzyskawszy swoją różdżkę czuł się bardziej kompletny, jakby ten niewielki, magiczny przedmiot dodawał mu pewności siebie. Mimo wszystko bez niej czuł się nieswojo. Maj minął wypełniony deszczami, burzami i pełnymi duchoty dniami, podczas których wraz z Gryfonką mieli pełne ręce roboty. Oprócz pracy w szpitalu, na zmianę pomagali w sadzeniu roślin. Aby wykarmić coraz bardziej rozrastający się obóz, trzeba było powiększyć pola uprawne. Nie skarżył się i nie marudził, gdy w pełnym słońcu musiał zginać kark i czuł jak pod czarną koszulą spływa mu z pleców pot. Robił to co do niego należało i tylko od czasu do czasu marszczył gniewnie brwi, gdy Granger próbowała coś z niego wyciągnąć na temat Voldemorta i jego nowej kwatery. Rozumiał jej motywy, jednak nie był w stanie zacząć z nią o tym rozmawiać. Demony strasznej prawdy które w sobie nosił były zbyt okrutne i przerażające, by chciał się nimi z kimkolwiek podzielić. Nie był na to gotowy. Wraz z mijającym czasem dostrzegł jak wielkie zmiany zaszły nie tylko w jego współlokatorce, ale również w jej przyjaciołach. Weasley traktował go jak powietrze, przelatywał po nim wzrokiem tak, jakby miał na sobie pelerynę niewidkę. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie. Uważał że i tak nie mają sobie nic do powiedzenia, więc ten cichy manifest był mu w zupełności na rękę. Potter odpowiadał mu na przywitania i ograniczał się do zwykłych, codziennych uprzejmości. Od czasu do czasu zapytał czy nie widział gdzieś Hermiony, gdy akurat Gryfonki z nim nie było. Powoli zaczął się przyzwyczajać do życia w Złotym Feniksie, do jego bezpiecznego i monotonnego rytmu dnia, do codzienności w której zawsze miał coś do roboty i musiał się komuś przysłużyć by móc uczestniczyć w życiu społeczności. Nie był już samotną wyspą, paniczykiem który czekał aż ciche i przygarbione ze strachu skrzaty podadzą mu kolację na srebrnej tacy. „Kto nie pracuje ten nie je!” grzmiała zawsze Molly Weasley, gdy tylko zobaczyła jak ktoś się obija. Nie dotyczyło to jedynie sierot. Chociaż dzieci same garnęły się do pomocy, czy to w ogrodzie czy przy zagrodach, zawsze dbano by bardziej skupiały się na zabawie i nauce pod czujnym okiem Andromedy Tonks i Minervy McGonagall, które wspólnie urządziły w obozie coś na kształt mugolsko – magicznej szkoły. Draco przypomniał sobie, gdy po raz pierwszy spotkał się z Minervą w szpitalnym namiocie. Była jak zawsze, oschła i pełna przytłaczającej go aury. Spojrzała na niego spod swoich wąskich okularów i głosem przypominającym uderzenie bicza przywitała się, szczędząc na uprzejmościach.
- Witam, panie Malfoy. –
- Dzień dobry pani profesor. – odparł grzecznie i przerwał uzupełnianie kart pacjentów. Granger wyszła po obiad wraz z Sarą i Albertem, więc chcąc nie chcąc musiał zająć się byłą nauczycielką sam. – W czym mogę pomóc? –
- Potrzebuję trochę eliksiru na niestrawność. Dwójka dzieci dobrała się do przedwczorajszych resztek i rozbolały je brzuchy. –
Draco skinął głową na znak zrozumienia, wstał i po chwili podał McGonagall odpowiedni flakonik.
- Dwie krople teraz i dwie przed snem. – powiedział i wrócił do papierów. Kątem oka zauważył że kobieta wciąż stoi obok niego i nie wyglądało na to, by miała odejść. Już miał coś powiedzieć, lecz to ona odezwała się pierwsza.
- Kingsley co nieco mi o tobie opowiedział. – zaczęła swoim typowym, poważnym tonem. – Cieszy mnie fakt, że się tutaj znalazłeś. – powiedziała ku jego zaskoczeniu. Spojrzał na posągową twarz profesor znad kart i odparł.
- Dziękuję. –
McGonagall opuściła szpital szybkim krokiem po czym do namiotu weszła Hermiona, lewitując przed sobą dwie tace z parującymi daniami. Bardziej wylewny okazał się być Horacy Slughorn, który na widok Malfoya uśmiechnął się szeroko. Blondyn akurat wracał z Hermioną po kolacji na wieczorny dyżur.
- Draco! – zawołał niski i korpulentny mężczyzna. Ku zdziwieniu chłopaka nawet wojna nie zdołała pozbawić opiekuna Slytherinu zbędnych kilogramów. – Jak dobrze cię widzieć mój chłopcze! – Slughorn mocno uścisnął dłoń blondyna i energicznie nią potrząsnął. Ukłonił się nisko na widok Hermiony.
-Panno Granger. –
Gryfonka uśmiechnęła się szczerze.
- Słyszałem, że oboje jesteście uzdrowicielami w polowym szpitalu. – zaczął przyjaźnie mężczyzna. – Zawsze wiedziałem że wasza dwójka ma ponadprzeciętną inteligencję. – dodał.
- Jeszcze daleko nam do magomedyków. – odparła Hermiona i spojrzała na stojącego obok arystokratę. Wyglądał na znudzonego.
- Proszę nie być taką skromną, panno Granger, nie każdy ma na tyle oleju w głowie by nadawać się chociażby do założenia plastra. Proszę mi wierzyć, wiem co mówię. – odparł konspiracyjnie Slughorn. – Ach, przypominają się stare, dobre czasy.. – kontynuował rozmarzonym głosem. – Hogwart, Klub Ślimaka… - powiedział, po czym nieznacznie odkaszlnął. – Tak sobie myślałem, może mógłbym zorganizować coś podobnego tutaj, w Złotym Feniksie. – dodał i rozejrzał się dookoła, jakby szukał odpowiedniego miejsca na założenie klubu.
- To raczej nie jest dobry pomysł. – wtrącił Draco. – Nie uważa pan, panie profesorze? –
Slughorn widząc wyraz twarzy chłopaka zmieszał się okropnie i z zakłopotaniem zaczął przeczesywać ręką swoje liche włosy.
- Ma pan rację, ma pan rację! – zaśmiał się. – Ach, niech ta wojna się już skończy! – rzucił i ukłonił się nisko obojgu na odchodnym.
- Jak zwykle, przepełnia go optymizm. – powiedziała Hermiona patrząc na oddalającego się profesora.
- Raczej egoizm. – odparł Draco. - Znów chciał zrobić z ludzi swoje trofea. Tym razem by mnie zaprosił, nie uważasz? – dodał i uśmiechnął się nieznacznie. Gryfonka odpowiedziała takim samym uśmiechem. Po chwili oboje ruszyli w kierunku szpitala.


*

Każdy poranek wydawał jej się inny od poprzedniego, chociaż zdawała obie sprawę, że praktycznie codziennie robi to samo. Malfoy co rano przynosił do namiotu kawę, taką jaką lubiła najbardziej, z mlekiem i cukrem, po czym wspólnie szli do łazienek, na śniadanie i w zależności od dnia, albo do szpitala, albo do prac polowych. Mimo swej skrytości, czuła że chłopak zaczyna otwierać się na nią, mimo iż był to powolny proces. Był coraz lepszy w diagnozach i to co ją zdziwiło najbardziej, miał podejście do dzieci. Gdy te, płaczące i rozkapryszone trafiały na kozetkę z otarciami, rozcięciami i krwawiącymi ranami, on ze swoim spokojem zawsze potrafił szybko i skutecznie opatrzyć ranę. Dzieci mu ufały i chyba trochę się go bały. Mimo iż odzyskał różdżkę, wciąż miał być pod nadzorem Gryfonki. Tak więc co jakiś czas pisała raporty dla Kingsley’a a tym co ją drażniło, był mały, a praktycznie nieistniejący postęp w sprawie wyciągnięcia ze Ślizgona jakichkolwiek informacji. Nie chciała na niego naciskać i sprawić że znów całkowicie by się od niej odwrócił, jednak wojna ciągle dawała o sobie znać. Zaginięcia, ataki, martwe ciała znajdywane przez mugolską policję, nietypowe zjawiska pogodowe. Strach i niepewność towarzyszyły mieszkańcom Złotego Feniksa każdego dnia i choć na pozór normalne życie, było przepełnione niewiadomą. Co gorsza, miała wrażenie że Harry robi się coraz bardziej nerwowy. Ginny wspominała że całymi wieczorami studiuje jakieś mapy z Gryfkiem, jedynym nie-ludzkim mieszkańcem obozu, którego przed laty uratowali z Malfoy Manor. Ten cichy i skryty goblin zamieszkiwał najbardziej oddaloną część obozu i prawie nigdy nie wychodził z namiotu. Od czasu do czasu jednak pani Weasley kazała mu po nocy obierać ziemniaki, lub skubać drób na rosół. Miał w ten sposób przysłużyć się społeczności Złotego Feniksa. Obawy Hermiony sprawdziły się w pewien ciepły, czerwcowy wieczór gdy Harry poprosił by przyszła do pustego namiotu Kingsley’a. Ron już tam był. Patrzył na swojego przyjaciela i wręcz świdrował go wzrokiem.
- O co chodzi Harry? – zapytał Weasley i spojrzał na Hermionę która rzuciła na namiot zaklęcie wyciszające.
- Chyba wiem gdzie on jest. – odparł Wybraniec i położył na stole wielką mapę.  
- Kto? – zapytał głupio Ron.
- Nie kto, tylko co. Horkruks Ron! – odparł Harry z irytacją, jakby powolne myślenie przyjaciela miało tym razem naprawdę zadziałać mu na nerwy.
- Ale skąd? – zapytała Hermiona i zbliżyła się do stołu na którym oprócz mapy, stała gazowa lampa.
- Pomyślałem o tym już w Muszelce, w domu Billa i Fleur, ale dopiero teraz, gdy Gryfek zdecydował się nam pomóc, mogę powiedzieć że jestem na dziewięćdziesiąt procent pewny, że Horkruks jest w Banku Gringotta, w skrytce Bellatrix Lestrange. – powiedział na jednym wydechu. Zapadła cisza. Ron nie wyglądał na przekonanego, a Hermiona zmarszczyła brwi. – I wiem też.. – kontynuował po chwili. – Że i ty o tym myślałaś. – powiedział patrząc na kasztanowłosą. Hermiona wzięła głębszy wdech. Harry się nie mylił, dokładnie to pomyślała, gdy już doszła do siebie po torturach jakimi uraczyła ją ciotka Dracona. Strach i przerażenie które dostrzegła w oczach Bellatrix na widok miecza Gryffindora mógł wskazywać na to, że w jej skrytce znajduje się coś jeszcze. Coś o wiele ważniejszego od miecza. Niestety, został jeden, dosyć poważny problem.
- Zgadzam się z tobą Harry, ale minęły trzy lata.. – powiedziała spokojnie. – Lestrange pewnie już dawno opróżniła skrytkę. –
- Tego nie wiemy. – odparł gniewnie Harry. W jego spojrzeniu kasztanowłosa dostrzegła desperację. Zastanawiała się ile zostało z tamtego chłopaka. Chudego małolata o kruczoczarnych, sterczących włosach i zielonych jak szmaragd oczach. Już od dawna nie przypominał dawnego siebie. Był o wiele wyższy, a jego włosy nieco oklapły. W tym roku, tak jak Ron i Draco, kończył dwadzieścia lat.
- Więc? Jaki masz plan? – wtrącił się Ron. Harry odwrócił olbrzymią mapę w ich stronę i po drugiej stronie stołu wyczarował jeszcze jedną lampę.
- To jest mapa Gringotta. – zaczął. – Dostałem ją od Gryfka. Wyobraźcie sobie że ten przeklęty goblin cały czas miał ją ze sobą, ale dopiero gdy zagroziłem mu wyrzuceniem go z obozu zgodził mi się ją pożyczyć. –
- Mapa Gringotta? – powtórzył z niedowierzaniem Ron i przysunął się bliżej.
- Dzięki tej mapie wejdziemy do banku i odzyskamy Horkruksa, są tutaj zaznaczone wszystkie skrytki i wejścia. – kontynuował Harry. – Hermiono, masz jeszcze ten włos Bellatrix? – zwrócił się nagle do milczącej przyjaciółki.
- Tak. – odparła Gryfonka i pomyślała o długim, ciemnym i kręconym włosie, szczelnie zamkniętym w szklanej fiolce, spoczywającym na dnie jej kufra. Nagle uzmysłowiła sobie tok myślenia Wybrańca. – Harry, wiem o czym myślisz, to się nie uda. – powiedziała stanowczo. Chłopak od razu gniewnie zmarszczył brwi.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytał prostując się znad mapy.
- Przepraszam, ale ja chyba nie łapię. – odezwał się Ron. – Co się nie uda? –
Hermiona spojrzała na obu przyjaciół i cicho westchnęła.
- Harry, jak zakładam, chce dostać się do Gringotta pod przykrywką. Chce bym przybrała postać Bellatrix Lestrange, prawda? –
- Tak. – odparł krótko chłopak. – Ja wraz z Gryfkiem ukrylibyśmy się pod peleryną niewidką, a  Ron.. też byłby kimś innym, mógłby grać Śmierciożercę z zagranicy. –
- Słucham? – zdziwił się rudzielec.
- Harry.. – zaczęła spokojnie Hermiona. – Ten plan, naprawdę wcale nie jest taki zły, to znaczy nie był, trzy lata temu, lecz teraz…  Wszyscy wiedzą że Bellatrix skradziono różdżkę, a ona z pewnością posługuje się już nową. Gdybyśmy zrobili to dzień, dwa po ucieczce z Malfoy Manor, to kto wie, może by się udało, ale teraz jest za późno. – powiedziała i spojrzała przelotnie na Rona. Przez chwilę panowała cisza gęsta niczym powietrze na kilka chwil przed burzą.
- Więc to tyle? – wzruszył ramionami Harry. – Tyle masz do powiedzenia na ten temat? Nie uda się? – powiedział i utkwił wzrok w przyjaciółce.
- Harry… -
- Nie Hermiono! – wrzasnął i walnął pięściami o stół. Obie lampy zachybotały się niebezpiecznie. - Mam dosyć biernego czekania! Tych tygodni, miesięcy i lat podczas których on rośnie w siłę, a my ukrywamy się niczym szczury! Czy wiesz, dlaczego Kingsley i Lupin ostatnio tak często opuszczają obóz, wiesz gdzie znikają? – zapytał.
Hermiona pokręciła głową, czuła jak do oczu zaczynają napływać jej łzy.
- Pewnie zdążyliście zauważyć też, że zabierają ze sobą od czasu do czasu Wolskiego i pozostałych czarodziejów. – kontynuował Harry. – Oczywiście akcja jest ścisłą tajemnicą, ale Shacklebolt akurat tą informacją postanowił się ze mną podzielić. –
- O co ci chodzi? – zirytował się Ron. Mimo wszystko widok łajanej Hermiony wciąż burzył mu krew.
- Riddle planuje przejąć mugolskie władze! –wrzasnął znów Harry. - Samo Ministerstwo Magii już mu nie wystarcza. – kontynuował po chwili spokojniej. – Kingsley i reszta obstawiają premiera i pozostałych polityków, na wypadek gdyby Riddle lub Śmierciożercy chcieli któregoś z nich zabić, lub potraktować Imperiusem… Ale wydaje mi się, że to nie potrwa długo. –
Hermiona poczuła jak całe jej ciało przeszywa zimny dreszcz. Jeżeli Voldemort osiągnie swój cel i zapanuje nad światem nie tylko magicznym, ale również i mugolskim, będzie to oznaczało całkowity koniec wolności tego kraju. W końcu zrozumiała swojego przyjaciela. Gdy oni uprawiali marchewkę, Voldemort, którego na znak protestu Harry nazywał jego prawdziwym imieniem, rósł w coraz większą potęgę i władzę. Nie zamierzał ograniczać się tylko do magicznego świata. Jego szpony i wąskie, czerwone ślepia zaczęły skupiać się na świecie nie magicznych ludzi, którzy nieświadomi zagrożenia, nie byli w stanie się obronić. Jednak mimo to wiedziała, że plan Harry’ego się nie uda. Wiedziała to aż za dobrze i pomimo rozpaczy która zaczęła w niej rosnąć niczym młode drzewo, zebrała się w sobie. Podeszła do stołu, przysunęła lampę bliżej mapy i w pełnym skupieniu zaczęła studiować jej zawartość. Przyglądała się każdej szczelinie, przejściu i zaznaczonemu zaklęciu, które zostało naniesione na pergamin. Szukała luki, dzięki której udałoby się im wejść do baku w inny sposób. Ron w międzyczasie wyczarował trzy, proste, drewniane krzesła i gdy cała trójka usiadła przy mapie spojrzał na swojego przyjaciela z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Tutaj. – powiedziała Hermiona po kilkudziesięciu minutach. – Czy rozmawiałeś o tym z Gryfkiem? – zapytała Harry’ego trzymając palec na jednym z punktów na mapie.
- Nie. – odparł Harry. – Ale mogę.. –
- Przyprowadź go. – przerwała mu Hermiona i gdy Harry wyszedł z namiotu schowała twarz w dłoniach. Słyszała jak Ron buja się na krześle.
- Jest w złym stanie. – odezwał się Weasley przerywając ciszę.
- Dziwisz się? – odparła Gryfonka i znów spojrzała na mapę. – On przeżywa to z nas wszystkich najbardziej. –
Ron przestał się bujać i usiadł bliżej dziewczyny.
- Wiesz, nie chciałem mówić tego przy nim, ale strasznie się boję. – zaczął. – Każdego dnia myślę o tym ile jeszcze czasu nam zostało, jak długo to wszystko potrwa.. I co gorsza dochodzę do wniosku, że nie mamy żadnych szans. -
Hermiona spojrzała na Rona i odparła.
- Ja też. –
Po krótkiej chwili milczenia w namiocie pojawił się Harry, a za nim, wolnym i chwiejnym krokiem zmierzał Gryfek. Kasztanowłosa wiedziała że musi być ostrożna. Postanowiła zawierzyć słowom Billa Weasleya sprzed lat i nie do końca zaufać goblinowi. Wiedziała że jest to sprzeczne z jej poglądami i walką na rzecz pozostałych magicznych istot, jednak teraz w grę wchodziło nie tylko jej życie, ale również istnienie milionów ludzi.
- Witaj Gryfku. – powiedziała uprzejmie i skłoniła się goblinowi na powitanie. Wyczarowała jeszcze jedno krzesło i z niekrytym podziwem patrzyła jak goblin wchodzi na nie bez większego problemu. – Dziękujemy ci za użyczenie tej cennej mapy. – zaczęła i przysunęła pergamin w stronę Gryfka. – Co to jest? – zapytała bez zbędnych ceregieli wskazując palcem wybrane miejsce. Oczy goblina natychmiast zrobiły się węższe.
- Muszę przyznać, że nie na darmo mówi się o tobie jak o najmądrzejszej czarownicy od czasów Roweny Ravenclaw, droga panno Granger. – zaczął goblin. – Dostrzegłaś coś, czego jeszcze żaden czarodziej nie był w stanie zauważyć na tej mapie. – dodał z dziwnym uśmieszkiem.
- Dziękuję. – odparła Hermiona. – Więc? –
Goblin przejechał swoimi długimi, szponiastymi palcami po mapie po czym kontynuował.
- Jak wiecie wszyscy klienci banku oraz jego pracownicy, wchodzą do środka przez główne wejście znajdujące się na ulicy Pokątnej. Jednak… - przerwał na chwilę unosząc w górę palec wskazujący. – Jest jeszcze jedno przejście, dzięki któremu można dostać się do wnętrza Gringotta. Nie było używane od dziesiątek, jeśli nie setek lat i nawet większość goblinów pracujących w banku zdążyła już o nim zapomnieć. – powiedział i przyłożył palec w miejsce, w które wcześniej wskazała mu Hermiona. – Trzydzieści kilometrów od banku, w lesie za Londynem, znajduje się wielkie jezioro. W tym jeziorze, w skalnej ścianie ukryte jest przejście. Jak mniemam jest ono całkowicie zalane i jedynie silny wybuch bądź naprawdę potężne zaklęcie zdoła poruszyć skałę na tyle, byście mogli dostać się do środka. – powiedział i usiadł na krześle.
- Dziękuję, Gryfku. - powiedziała Hermiona nie patrząc na goblina. Po tych słowach karzełek wstał, zszedł z krzesła i bez słowa wyszedł z namiotu.
Ron po chwili ciężko westchnął i pokręcił głową.
- To się nie uda, nie widzę tego. – powiedział i wbił wzrok w mapę. – Po pierwsze, musimy dostać się do lasu, w którym bądź co bądź mogą czaić się szmalcownicy, jeśli nie sami Śmierciożercy. Po drugie, musimy zanurkować w jeziorze tak głębokim, że aż są w nim skalne ściany a jedną z nich musimy wysadzić w powietrze, by dostać się do banku. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę że jakoś będzie trzeba zatamować przejście, by nie zalało tunelu i przy okazji nas… No i nie zapominajmy, że w środku będziemy zdani na łaskę tego śmierdzącego goblina, o ile w ogóle z nami pójdzie! – powiedział po czym wstał. Hermiona spojrzała na Harry’ego, który przyglądał się mapie jeszcze dokładniej niż wcześniej.
- Ten plan… - zaczęła ostrożnie. – Jest dobry. – Ron już chciał coś powiedzieć lecz uciszyła go gestem dłoni. – Jednak wymaga czasu. Musimy to przemyśleć, bardzo dokładnie przeanalizować i przygotować się najlepiej jak tylko potrafimy. – powiedziała i spojrzała na Wybrańca, którego brwi tworzyły już prawie jedną linię.
- I jak długo ma to niby trwać? – zapytał.
- Cóż… - odparła niepewnie. – Myślę, że na wszystko potrzebujemy kilku miesięcy. –
- Co?! – zawył Harry. Na twarzy Rona można było dopatrzyć się wyrazu szczerej ulgi. – Mamy czekać na realizację tego planu jeszcze kilka miesięcy?! A może rok?! Hermiono, nie mamy czasu, rozumiesz?! –
- Przestań się na nią wydzierać. – uniósł się Weasley.
- Och, no tak, tobie to z pewnością na rękę. Jeszcze kilka miesięcy maminych obiadków i grzmocenia Lavender! – wrzasnął bez namysłu Harry. Ron już miał się na niego rzucić, lecz nagle Hermiona cisnęła w nich zaklęciem spowalniającym.
- Macie się uspokoić. Natychmiast. – odparła stanowczo, po czym odczarowała przyjaciół. Oboje usiedli po przeciwnych stronach stołu, nawet na siebie nie spojrzawszy. Gryfonka poczuła się jak za dawnych, szkolnych lat. Przez chwilę nawet zachciało jej się śmiać, lecz ta chwila minęła tak szybko, jak się pojawiła. Spojrzała wymownie na Harry’ego i mocniej zacisnęła szczęki.
- Przepraszam. – odezwał się Wybraniec. – Nie powinienem tak mówić. – dodał i wstając podszedł do Rona z wyciągniętą ręką. Rudzielec odwzajemnił uścisk i również wymamrotał przeprosiny.
- Harry.. – wznowiła po chwili dziewczyna. – Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego co czujesz, naprawdę. – dodała łagodnie. – Ale jeśli chcesz by ten plan wypalił, musimy porządnie go obmyślić. Nie możemy pozwolić sobie na pomyłki, na pośpiech i niedbalstwo.. Bo to nie tylko nas, ale i innych może kosztować życie. – powiedziała i usiadła obok Rona. – Pamiętasz co nam powiedziałeś, wtedy pod koniec szóstej klasy? Że nieważne ile to będzie trwało, rok, pięć, dziesięć lat, ty się nie poddasz… I dotrzymujesz obietnicy, a my jesteśmy z tobą. – uśmiechnęła się czule.  – Kilka miesięcy nie powinno zrobić różnicy. –
Harry spojrzał na nią wciąż z malującą się na twarzy złością.
- Obyś miała rację. – powiedział i głośno westchnął. – Malfoy… powiedział ci już coś? – dodał po chwili. Hermiona od razu spoważniała.
- Nie. – odparła krótko. – Jeszcze nie, ale pracuję nad tym. –
Harry pokiwał głową.
- Postaraj się coś z niego wyciągnąć. – odparł i wstał. Złożył mapę i schował ją do wewnętrznej kieszeni swojej nieprzemakalnej kurtki. Znowu zaczęło padać.
Harry pierwszy opuścił namiot, zaraz po nim Ron po życzeniu Hermionie dobrej nocy również wyszedł na deszcz. Gryfonka nie chcąc dłużej stać w opustoszałym namiocie wyczarowała duży, przeźroczysty parasol i jedyne o czym marzyła, to o własnym, miękkim łóżku.


*

Coś się stało, był tego pewny. Gdy tylko przekroczyła próg namiotu od razu zauważył w niej zmianę. Milcząca i zamyślona usiadła na łóżku po czym zasunęła kotarę, która oddzielała ich od siebie w wielkim namiocie. Usłyszał jak rozpina kurtkę i przebiera się w piżamę. Po chwili bez słowa zgasiła lampę po swojej stronie i nie odezwała się już do niego ani słowem. W pierwszym odruchu chciał zapytać czy coś się stało, jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdził że i tak nic mu do tego. Następnego ranka jak zwykle, przyniósł jej kawę, lecz i wtedy wydawało mu się że podziękowała inaczej niż wcześniej. Zwykle uśmiechała się lekko i z prawdziwym wyrazem zadowolenia na twarzy wypijała swoją poranną porcję kofeiny. Teraz podziękowała cicho i z kubkiem w ręku skierowała się pod prysznice, nawet nie sprawdzając czy on za nią idzie. Śniadanie, obiad i kolację również zjadła w milczeniu. Przez cały dzień w szpitalu wydawała się być nieobecna i zamyślona i jedynie podczas wizyty na poligonie odezwała się pierwszy raz.
- Cześć Jakub. – zaczęła. Wysoki brunet przywitał ją ciepłym uśmiechem.
- Hej Miona. – odparł i poprawił swoją bujną czuprynę. – W końcu przypomniałaś sobie drogę do starego kumpla? –
- Wybacz. – uśmiechnęła się blado Gryfonka. – Ostatnio mam dużo na głowie. –
- Rozumiem, sam też nie narzekam na brak zajęć. –
Hermiona pokiwała głową na znak zrozumienia i przygryzła wargę.
- Wiesz, mam takie pytanie… Czysto teoretyczne. – zaczęła niepewnie.
- Tak? –
- Powiedzmy że …Gdybym chciała… - jąkała się co chwilę.
Jakub uniósł jedną brew i spojrzał pytająco na stojącego obok Ślizgona. Draco jednak posłał mu jedynie zimne spojrzenie.
- Przepraszam, po prostu to pytanie wydaje się być dziwne, nawet gdy tylko o nim myślę. – powiedziała kasztanowłosa.
- W porządku, nie ma problemu. – Jakub zbliżył się do Hermiony i położył jej rękę na głowie. – Wal. – powiedział i zabrał dłoń.
- Jak myślisz, w jaki sposób można otworzyć skalne przejście? Dynamitem? Bombą? Zaklęciem? –
Chłopak nie wydawał się być tym pytaniem zaskoczony. Milczał przez chwilę i wglądało na to że zastanawia się nad odpowiedzią dla dziewczyny.
- Cóż… – zaczął po chwili. – Nie znam zaklęcia które mogłoby otworzyć kamienne przejście, ale materiały wybuchowe? To zależy jak gruba jest taka skała, z jakiego kamienia jest zrobiona, ile ma warstw… - wyliczał. – Oczywiście jest to możliwe, ale trzeba z tym uważać. Jeżeli użyje się za mało materiałów wybuchowych można jedynie sprawić że skalna półka zablokuje się jeszcze bardziej, jeżeli znowu użyje się ich za dużo, można uszkodzić to co znajduje się w środku i samemu oberwać. – powiedział i spojrzał na Gryfonkę. Hermiona wydała się być tym jeszcze bardziej przybita.
- Dziękuję. – odparła po chwili. – To ja będę się już zbierać. – dodała i pomachała Jakubowi odchodząc. Draco spojrzał na nią gdy go mijała i lekko zacisnął szczęki. Nie wiedział dlaczego, ale zachowanie Gryfonki zaczęło go irytować.
- Malfoy! –
Arystokrata odwrócił się słysząc swoje nazwisko. Jakub podszedł do niego powoli i wskazał głową na oddalającą się dziewczynę.
- Coś się stało? – zapytał.
- Skąd mam wiedzieć. – odparł sucho blondyn. – Nie zwierzamy się sobie. –
Brunet lekko zmarszczył brwi.
- Wiesz, mówią o tobie różne rzeczy, ale ja nie słucham innych… zazwyczaj. Byłoby naprawdę szkoda, gdybyś okazał się taką łajzą za jaką cię tutaj mają. –
- O co ci chodzi Wolski? – warknął Malfoy. Postawa zagranicznego czarodzieja zaczęła działać mu na nerwy.
- Już zapomniałeś jak wyciągnęła cię na festiwal? – odparł Jakub twardo. – Mógłbyś się jej odwdzięczyć za tę odrobinę dobroci. Ona jedna nie wiesza na tobie psów. – dodał i odszedł w kierunku poligonu zostawiając Dracona samego. Blondyn stał przez chwilę wpatrując się intensywnie w plecy chłopaka, po czym westchnął i ruszył za Hermioną.

~

Już miała zasunąć kotarę, gdy zauważyła jak szarobłękitne oczy wpatrują się w nią intensywnie. Poczuła się przytłoczona ciężarem jego spojrzenia i na chwilę zapomniała o czarnych myślach, które dręczyły ją przez cały dzień. Leżał na łóżku opierając głowę na jednej ręce i nie wydawał się być zawstydzony faktem, że przyłapała go na wgapianiu się w nią.
- Coś się stało? – zapytała puszczając kotarę.
Nie odpowiedział od razu. Zmienił pozycję na siedzącą i poprawił swoje blond kosmyki, które opadły mu na twarz.
- Mógłbym zadać to samo pytanie. – odparł.
- Nie rozumiem. –
- Wiesz, gdybyśmy byli w Hogwarcie, pewnie skakałbym ze szczęścia, jakbyś zachowywała się w ten sposób.  Cicha, nie kłapiąca dziobem, nie wtryniająca nosa w nie swoje sprawy. – zaczął. – Ale jesteśmy tutaj i jak na ironię ty jesteś moim jedynym towarzystwem, dlatego twoje milczenie trochę mnie irytuje. – powiedział i spojrzał w twarz dziewczyny. – Coś się stało? – powtórzył. 
Hermiona uniosła obie brwi w geście zdziwienia.
- Ty… ty się o mnie martwisz? – zapytała zaskoczona.
- Nikt nie powiedział że się o ciebie martwię, Granger. – obruszył się Ślizgon. – Jedynie twoje milczenie działa mi na nerwy. –
Hermiona uśmiechnęła się nieznacznie i cicho westchnęła. Usiadła na łóżku spuszczając nogi na podłogę i wbiła wzrok w swoje stopy.
- Przepraszam. – powiedziała i spojrzała mu w twarz. – Wczoraj spotkałam się z Harry’m i Ronem… Trochę rzeczy się pokomplikowało. – odparła.
- Domyślam się, że nie możesz o tym mówić? –
Hermiona wzruszyła ramionami.
- Ty też nie mówisz mi o wszystkim. – powiedziała, a w myślach dodała „ w zasadzie, to nie mówisz mi o niczym”. Smutek znowu wpełzł na jej twarz.
Oboje siedzieli naprzeciwko siebie i kolejny raz w namiocie zapanowała cisza. Po dłuższej chwili Hermiona postanowiła wejść pod kołdrę i spróbować zasnąć, jednak w pewnym momencie, gdy zgasły światła, usłyszała jego głos.
- Zanim odszedłem, wydarzyło się wiele rzeczy które w mniejszym lub większym stopniu mnie do tego skłoniły. – zaczął cicho, a Hermiona zamarła. – Lecz jedna rzecz wciąż nie daje mi spokoju. – ciągnął. – Mimo całej jego potęgi, uważam że Czarny Pan to niezły dziwak. –
- Dziwak? – zdziwiła się Hermiona. Nie mogła zrozumieć dlaczego właśnie w taki sposób Malfoy chce zacząć rozmowę. – To znaczy? –
- Cóż. – przerwał na chwilę. – Czasami widywałem go z koroną na głowie. – odparł.
- Koroną? – Gryfonka zmarszczyła brwi i spojrzała w miejsce gdzie znajdowało się łóżko Ślizgona. – Taką prawdziwą? –
- Mhm. – mruknął blondyn. – Może to nie do końca była korona, raczej diadem, ale zawsze kiedy przypadkowo go w tym zobaczyłem kazał mi się wynosić. –
- Może się bał, że zechcesz zostać królową zamiast niego. – zaśmiała się Hermiona. – W końcu ty masz włosy, a on nie. – "i to całkiem niezłe", pomyślała. 
- No i nos.. - Draco parsknął w ciemności. Po chwili w namiocie słychać było stłumiony śmiech obojga.
- Wiesz.. – zaczęła Hermiona gdy już przestali się śmiać. – Znam takie jedno miejsce, może… może pójdziemy tam jutro? Podobno ma być naprawę gorąco. –
Przez moment myślała że już nie doczeka się odpowiedzi, jednak po chwili usłyszała jego głos.
- W porządku. – odparł i przewrócił się na drugi bok. Sprężyny materaca zawyły przeraźliwie. – Dobranoc. – dodał i usłyszał jej cichą odpowiedź.
- Dobranoc Draco. –
Poczuł dziwny dreszcz, gdy usłyszał z jej ust swoje imię.


*

Słońce już od rana paliło niemiłosiernie. Większość osób skryła się w swoich namiotach wyczarowując silne podmuchy wiatru, lub, idąc za namową dzieci, korzystali z kąpieli w wielkim basenie nad którym pracowała połowa Złotego Feniksa. W takie gorące, słoneczne niedziele, nikt nie myślał o czyhającym  wszędzie niebezpieczeństwie.
- Daleko jeszcze? – marudził Draco. Gdy rano, pełna entuzjazmu Gryfonka oznajmiła mu że wybierają się poza obóz, w pierwszym odruchu chciał kazać jej spadać. Po chwili jednak przypomniał sobie jak bardzo przygnębiona była, a on już za nic nie chciał wracać do takiego stanu rzeczy. Mimo wszystko chciał mieć kogoś, do kogo mógłby się od czasu do czasu odezwać, nawet gdyby miała to być znienawidzona przed laty, mugolskiego pochodzenia czarownica.
- Nie zrzędź. – ofuknęła go Hermiona. – To już blisko. – dodała i poprawiła swój biały kapelusz. Draco korzystając z okazji przyjrzał się jej dokładnie. Ubrana była w krótkie, dżinsowe spodenki i białą koszulkę na ramiączkach, spod ubrania prześwitywała jej góra od bikini. Gdy w pewnym momencie Hermiona przystanęła i ściągnęła z siebie bluzkę dysząc „jest mi za gorąco”, Ślizgon lekko się zmieszał. Jeszcze nigdy nie widział mugolskiego stroju kąpielowego na żywo. Nagle Gryfonka bezceremonialnie wepchnęła mu w ręce wielką torbę którą wcześniej nosiła na ramieniu i wyciągnęła z niej olejek do opalania własnej roboty. Draco z coraz większymi oczami przyglądał się jak dziewczyna wsmarowuje płyn w strategiczne części ciała.
- Gapisz się na mnie. – powiedziała Hermiona nie patrząc na niego. Właśnie przeczesywała palcami swoje długie, brązowe włosy.
- N-nie prawda. – burknął i odwrócił od niej twarz.
- Dobra, rozbieraj się. – zakomenderowała po chwili i wzięła od niego torbę.
- Słucham? – spojrzał na nią zaskoczony. – Nie mam zamiaru się przed tobą rozbierać. –
- Chyba mi nie powiesz że się wstydzisz. – zakpiła Gryfonka.
Draco przewrócił oczami i zaczął ściągać z siebie czarną koszulkę. Po chwili stał tylko w granatowych szortach.
- Na Merlina! – Hermiona zakryła oczy dłonią. – Jesteś blady jak trup. – powiedziała i nabrała do ręki sporą ilość olejku. Gdy dotknęła skóry chłopaka poczuła jak lekko się wzdrygnął. Zaczęła od pleców. Mimo słońca dostrzegła blizny od zagojonych na jego ciele ran. Jedne były większe, inne mniejsze, ale Hermiona była przekonana że większości Ślizgon nigdy nie będzie w stanie się pozbyć. Jak wiadomo blizn po zaklęciach nie da się usunąć. Nie wiedziała czemu, ale świadomość tego faktu sprawiła jej smutek. Blizny, o których nie da się zapomnieć. Wiedziała że każdy takie posiada, choćby znajdowały się głęboko, na dnie samego serca.
Gdy przeszła do klatki piersiowej unikała jego wzroku, za to on przyglądał się jej dokładnie. Mógł powiedzieć że resztę zrobi sam, jednak ogarnęła go jakaś dziwna satysfakcja gdy widział jej twarz, lekko zarumienioną od słońca. Nagle poczuł że zmierza w kierunku przedramion.
- Tutaj nie. – powiedział i chwycił jej nadgarstek. – przerwała i spojrzała na niego zaskoczona. Gdy dostrzegła Mroczny Znak szybko odsunęła się od Ślizgona i wznowiła marsz. „Co ja wyprawiam?” pomyślała. Za wszystko zaczęła obwiniać słońce i zbyt wysoką temperaturę.
- To tutaj. -  odezwała się w końcu, a ich oczom ukazał się wspaniały, niecodzienny widok. Głęboko w lesie, między drzewami i wysokimi krzewami, ukryte było niewielkie jezioro. Było głębokie, lecz woda w nim była niezwykle przejrzysta. Ukryta w zaroślach oaza zapraszała swoją tajemniczością i odosobnieniem. Podeszli bliżej i dostrzegli ławicę maleńkich rybek, pływających między kamieniami. Hermiona wyciągnęła z torby koc i rozłożyła go na piaszczystym brzegu. Liście pobliskich drzew tworzyły naturalny parasol, chroniący od parzącego słońca.
- Śliczne miejsce, prawda? – zapytała ściągając z siebie spodenki. Nie czekając na odpowiedź z różdżką w ręce weszła do wody, była przyjemnie chłodna.  Wzięła głęboki wdech i przymknęła powieki. Od dwóch lat przychodziła tutaj sama. Wiedziała że powinna podzielić się tym miejscem z przyjaciółmi, jednak pragnęła mieć coś tylko dla siebie. Ukrytą, nieznaną nikomu tajemnicę. Pierwszy raz natknęła się na to miejsce gdy Ron zaczął oficjalnie spotykać się z Lavender. Nie była zła, ani wstrząśnięta, jednak gdzieś na dnie jej duszy czuła smutek po stracie człowieka którego niegdyś kochała. Panowała wtedy jesień, złote i czerwone liście tworzyły na tafli jeziora kolorowe mozaiki, a okalające wszystko dookoła drzewa przypominały jej wysokie, czerwone mury wokół domów, w ukochanym Londynie. Lecz dzisiaj nie była sama. Spojrzała za siebie i przez chwilę przyglądała się siedzącemu na kocu jasnowłosemu chłopakowi, który rozglądał się dookoła jakby pierwszy raz w życiu widział tak wyjątkowe miejsce. Uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła przed siebie. Powoli zanurzała się coraz głębiej, aż w końcu dopłynęła do pobliskiego drzewa. Było największe ze wszystkich i posiadało najgrubsze konary. Hermiona wzięła leżące pod pniem gałązki i przetransmutowała je w linę i samochodową oponę. Dzięki zaklęciom w kilka minut stworzyła najprawdziwszą huśtawkę. Już miała usiąść gdy usłyszała jego głos z drugiego końca brzegu.
- Nie sądzę aby to był dobry pomysł Granger! –
Hermiona znów się uśmiechnęła.
- Chodź tutaj, pohuśtasz mnie. –
- Wykluczone! – wrzasnął.
Gryfonka zaśmiała się, położyła różdżkę pod drzewem, usiadła na oponie i odbiła się mocno. Brzeg, jezioro, brzeg, jezioro... Huśtawka co chwilę zmieniała miejsce a ona co rusz zanurzała stopy w chłodnej wodzie, by po chwili odbić się od porośniętego trawą brzegu.  Odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła by jej długie włosy wysuszył pęd powietrza. Już dawno nie czuła się tak wspaniale. Zauważyła że Draco również wszedł do wody bez różdżki, jak na razie tylko brodził przy brzegu i przyglądał się małym, wodnym stworzonkom. Huśtała się tak przez kilka minut, aż w końcu postanowiła zejść. Usłyszała kilka niebezpiecznych trzasków, jednak je zignorowała. Zeskoczyła z opony i wylądowała po kolana w wodzie. Obmywszy rozgrzane ciało i twarz nagle podniosła wzrok ku górze, gałąź na której przed chwilą się bujała pękła z głośnym trzaskiem i runęła prosto na nią. Zaskoczona i całkowicie nieprzygotowana na taką sytuację jedyne co zrobiła to zakryła głowę rękami. W sekundach które wlokły się w nieskończoność czekała na uderzenie, które ku jej zdziwieniu nie nadeszło. Opuściła ręce i odebrało jej mowę. Gałąź zwisała kilka centymetrów nad nią, jakby jakaś niewidzialna siła powstrzymywała ją przed upadkiem. Spojrzała na znajdującego się kilkanaście metrów dalej Malfoya, który stał z wyciągniętą przed siebie dłonią i wielkim skupieniem na twarzy. Konar, tak jak ręka chłopaka skierował się w lewo, po czym opadł do wody z cichym pluskiem. Hermiona z drżącymi dłońmi wyszła na brzeg i wzięła swoją różdżkę. Mimo wciąż panującego upału poczuła przejmujące zimno. Usiadła na trawie i ukryła twarz w ramionach które oparła o zgięte kolana. Po chwili usłyszała jak z wody wychodzi Malfoy. Lewitując nad sobą koc i torbę dziewczyny usiadł obok niej i podał jej miękki, puchowy ręcznik.
- Chyba powinniśmy pogadać. – zaczął po chwili patrząc przed siebie.
- Chyba tak. – odparła i szczelniej okryła się ręcznikiem. Czuła że to co za chwilę usłyszy, będzie miało wielkie znaczenie. Chcąc nie chcąc spojrzała na jego twarz która nie zdradzała żadnych emocji. Jedynie w szarobłękitnych oczach odbijał się blask roziskrzonego przez słońce jeziora.










SŁOWO OD AUTORKI:
Kolejny rozdział za nami! Powoli odkrywamy tajemnicę Dracona. Czego dowie się Hermiona i jaki będzie miało to wpływ na ich relację? Kolejny rozdział już wkrótce!
Wszystkim bardzo dziękuję za to że jesteście i czytacie. Zbliża się lato (chociaż jak dla mnie, przez pogodę to ono już trwa), więc możliwe że i rozdziały będą pojawiały się częściej. Z góry dziękuję za cierpliwość. Buziaki!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 13 - Pojednania.