Rozdział 4 - Ruiny.
Powoli otworzył powieki. Chłodne powietrze poranka
wypełniało namiot. Gruba kołdra przyjemnie grzała jego ciało, a on pierwszy raz
od dawna czuł się naprawdę wypoczęty. Nie pamiętał, by cokolwiek mu się śniło.
Spojrzał na drugi koniec dużego namiotu, gdzie wciąż spała kasztanowłosa
dziewczyna. Przykryta po samą szyję oddychała cicho i miarowo. Na jej twarzy
malował się błogi spokój, tak odmienny od tego co wczoraj usłyszał. Nie
przypuszczał, że Gryfonka będzie zdolna do takiego kroku. Wymazanie rodzicom
pamięci… Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym straszniejszy, mimo wszystko,
wydawał mu się ten pomysł. Usiadł na łóżku wciąż wpatrując się w dziewczynę i
pierwszy raz od przybycia do obozu zaczął szczerze żałować, że nie może ruszyć
się poza namiot bez jej obecności. Chętnie wyszedłby na zewnątrz i zaopatrzył
się w duży kubek gorącej, ciemnej kawy. Hermiona nie wyglądała jakby miała
zaraz się obudzić więc postanowił sam to zrobić, jednak tak jak poprzednim
razem, zatrzymał się na niewidzialnej barierze.
- Cholera… - zaklął pod nosem. - Granger obudź się, chcę iść
do łazienki. – powiedział stanowczo. Zero reakcji, Hermiona lekko zmarszczyła
brwi jakby w odmętach jej świadomości zaczęła brzęczeć natarczywa mucha. –
Granger! – podniósł ton Malfoy. – Gryfonka przewróciła się na drugi bok mrucząc
coś niezrozumiale. – Granger!!! – zawył blondyn.
Hermiona usiadła chwiejnie na łóżku z rozczochranymi włosami
i rozejrzała się po namiocie.
- Czego się wydzierasz Malfoy. – zapytała ziewając
przeciągle i zakrywając usta ręką.
- Dzień dobry. – warknął. – Nie musiałbym podnosić głosu
gdybyś ty łaskawie się obudziła. Ta bariera jest zupełnie niepotrzebna. – dodał
z irytacją. – Naprawdę myślisz że zabiję cię we śnie? –
- N-nie. – odpowiedziała wciąż nieprzytomnie Hermiona. – Daj
mi chwilę. – odparła i przeciągnęła się niczym duży kocur. Gdy już
oprzytomniała na tyle by wstać i zabrać swoje rzeczy, oboje wyszli z namiotu i
skierowali się w stronę toalet. Po śniadaniu zjedzonym w pustym jak na tę
godzinę namiocie, poszli od razu do szpitala.
- Przepraszam za ten poranek. – powiedziała Hermiona
wchodząc do namiotu. – Ta bariera… To faktycznie przesada. –
Ślizgon spojrzał na dziewczynę przenikliwie i wrócił do
układania bandaży. Gdy zgłosili się pierwsi pacjenci kasztanowłosa kiwnęła na
niego głową. Oboje w skupieniu opatrywali rany i przydzielali odpowiednie
eliksiry chorym, a gdy popołudniu do szpitala przyszła Sara i Albert zrobili
sobie krótką przerwę.
Namiot obozowej kuchni w porze obiadu pękał w szwach.
Hermiona dostrzegła w tłumie Jakuba i z talerzem zupy w rękach skierowała się w
jego stronę. Draco jak zwykle cicho podążył za nią.
- Hej Miona, dobrze że jesteś, miałem ci to zanieść po
obiedzie. – zaczął Jakub który wciąż był gdzieniegdzie brudny i ubłocony,
zapewne jeszcze kilkanaście minut wcześniej ćwiczył z innymi na poligonie.
Brunet wyciągnął z kieszeni lekko pogniecioną kopertę i wręczył ją zdziwionej
dziewczynie.
- Od Kingsley’a. – mruknęła Hermiona widząc podpis na
kopercie.
- To wezwanie na dzisiejsze, wieczorne spotkanie. – odparł
Jakub. – Ja i jeszcze kilkoro innych osób dostaliśmy podobne listy. –
Hermiona nie wiedziała co o tym myśleć, pierwszy raz dostała
list od Shacklebolt’a. Uważała że szybszy byłby patronus z informacją, ale
zapewne Kingsley chciał utrzymać to spotkanie w tajemnicy, skoro nie pozwolił
by reszta mieszkańców Złotego Feniksa dostrzegła biegającego między namiotami,
duchowego rysia.
- Czy mogę iść na to spotkanie? – zapytał od niechcenia
Draco gdy pół godziny później wychodzili z namiotu. Wyrwana z zamyślenia
Hermiona podała mu list.
- Musisz. Ciebie też chce widzieć. – dodała i ruszyła przed
siebie. W połowie drogi do szpitala wpadła na Harry’ego i Rona. Draco stanął z
tyłu gdyż wyglądało na to, że Wielka Trójca Hogwartu chce o czymś porozmawiać.
Mimo szczerych chęci większość udało mu się usłyszeć.
- Dostałaś list? – odezwał się Potter.
- Tak, a wy? –
- Też. – odparli oboje.
- Jestem pewny że chodzi o Freda i George’a. – dodał sciszonym
głosem Weasley. – Tata zabronił mówić o tym spotkaniu mamie. –
- Mogłabyś podpytać Malfoya.. – dodał Harry.
- Wątpię by cokolwiek wiedział. – odparła Hermiona i
zmarszczyła brwi. – Nie ma co snuć teorii, wszystkiego dowiemy się wieczorem,
tylko Harry.. – dodała spokojniej. – Nie obiecuj sobie po tym spotkaniu zbyt
wiele, no wiesz… -
- Wiem. – odparł krótko Potter i minął Dracona nawet na
niego nie spojrzawszy. Ron szybko do niego dołączył.
Blondyn przyglądał się dziewczynie która od momentu dostania
listu, mocno spochmurniała. Wypełniała właśnie szpitalną kartotekę gdy
postanowił poruszyć ten temat. Nie żeby go to aż tak bardzo obchodziło, ale
wolał nie iść na to całe zebranie nie wiedząc co się dookoła dzieje. Nie
wiedział jak zacząć. Nigdy nie należał do zbyt rozmownych osób, a nawiązywanie
dialogu z tą akurat Gryfonką, było dla niego wciąż nietypowe i trudne.
- Gdzie są pozostali Weasleyowie? – zapytał nagle wciąż stojąc
do niej plecami. Hermiona podniosła na chwilę wzrok z nad papierów i gdy
wróciła do pisania, odparła.
- Pewnie już zdążyłeś zauważyć, że nie ma ich tutaj
wszystkich, prawda? Cóż… Ron był w obozie pierwszy z rodziny. Gdy Złoty Feniks
zaczął się rozrastać dołączył do nas pan Artur z żoną i Ginny. Później
przyszedł Bill z Fleur i Percy, który jakimś cudem uciekł z Ministerstwa Magii,
a jak wiemy samo Ministerstwo jest teraz w łapach Sam Wiesz Kogo. – dodała i
spojrzała przelotnie na arystokratę. – Charlie, młodszy o dwa lata od Billa,
nie mógł się przedostać przez rumuńską granicę, gdy wybuchła wojna. Pani
Weasley codziennie się modli by nigdy mu się to nie udało. – przerwała na
chwilę. – A Fred i George… Już od roku nie ma ich w obozie. Mają specjalne
zadanie. –
- Specjalne zadanie? – odwrócił się w jej stronę Draco.
Hermiona zmarszczyła brwi. Nie wiedziała czy powinna zdradzić
tak ważną informację Malfoyowi, jednak skoro Kingsley również chciał widzieć go
na zebraniu, postanowiła mówić dalej.
- Fred i George podróżują po kraju i szukają pozostałych
rebeliantów, no wiesz, ludzi którzy przez rządy Sam Wiesz Kogo muszą teraz się
ukrywać, a że są to przeważnie jednostki bądź małe grupy, długo tacy ludzie nie
pożyją. Fred i George gdy już ich znajdą, informują o tym Kingsley’a a on wysyła
wtedy kogoś po tamtych. Większość mieszkańców Złotego Feniksa znajduje się
tutaj dzięki bliźniakom. Zawdzięczają im życie. – dodała Hermiona i skończyła
wypełniać karty. Ślizgon zamyślił się na chwilę. Wyglądał jakby część układanki
nagle zaczęła pasować do reszty.
- A więc to są cienie. Kto by pomyślał. –
- Cienie? – Hermiona nic z tego nie rozumiała. Malfoy usiadł
obok niej na kozetce, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek.
- W szeregach Czarnego Pana od dłuższego czasu mówiło się o
tajemniczych cieniach, osobach które wynajdują zdrajców, czy jak wolisz mówić,
rebeliantów. Nikt nie wie kim oni są, moja ciotka rwała sobie włosy z głowy
byle tylko ich dorwać, jednak oni za każdym razem jej umykali… - przerwał na
chwilę i spojrzał w brązowe oczy Gryfonki, które zdawały się chłonąć każde jego
słowo. – Jak widać Weasleyowie znowu zaszli nam za skórę. – dodał i zszedł z
kozetki.
Hermiona zmarszczyła brwi.
- Nam? Mówisz o sobie?-
- Źle to ująłem. Mówiłem o czasie przeszłym. W tedy też
musiałem ich szukać, jak widać nie udało mi się to. –
Hermiona poczuła ulgę i coś na kształt zadowolenia. Malfoy
po raz pierwszy powiedział coś, co dotyczyło Śmierciożerców. Nie wiedziała czy
to zasługa ich wspólnej pracy w szpitalu czy wczorajszej rozmowy, podczas
której w dosyć znacznym stopniu się przed nim otworzyła, jednak czuła że
chłopak zaczyna jej ufać. A ona jemu. Miał w sobie coś co ją intrygowało. W
całej swojej postawie obojętnego i zimnego Ślizgona, potrafiła dostrzec
człowieka który mimo wszystko postanowił odejść z szeregów Voldemorta. Dokonał
tego wyboru z nieznanych dla niej przyczyn i dała by wiele, by móc je kiedyś
poznać.
- Za godzinę idziemy na zebranie. – powiedziała wstając i podała
Draconowi kolejną porcję bandaży do ułożenia.
~
Leżała na plecach i wciąż myślała o tym, co usłyszała na
dzisiejszym spotkaniu. Draco w ciszy czytał książkę, wyglądał jakby wcale nie
przejął się zadaniem które na nich czeka. A przecież mogą zginąć… Przymknęła
powieki i jeszcze raz wróciła wspomnieniami do tego nieszczęsnego spotkania.
Weszli do namiotu jako ostatni. Kingsley stał pośrodku przed
wielkim stołem, na którym jak zawsze walały się sterty wszelakich map i
papierów. Artur Weasley i Remus Lupin stali obok, Jakub wraz z Gabrielem i
Adrianem usiedli trochę dalej a Harry i Ron podeszli do Hermiony zaraz po tym,
jak pojawiła się w namiocie. W tym momencie nie przeszkadzała im nawet obecność
Malfoya. Oboje wyglądali na zdenerwowanych.
- Skoro jesteśmy już wszyscy, mogę zaczynać. – przerwał
ciszę Kingsley i wziął do ręki niewielki skrawek papieru. – W tym liście, a
raczej notatce. – zauważył. - George i
Fred Weasley powiadomili mnie o czarodziejach oczekujących naszej pomocy. Jest
to dosyć liczna grupa, liczy osiem osób. Przez ostatnie miesiące ukrywali się
wspólnie lecz zaczyna im brakować żywności i podejrzewają, że Śmierciożercy już
wpadli na ich trop. Nie możemy zwlekać, jutro rano ruszymy na wskazane przez
bliźniaków miejsce, Fred i George też tam będą. – powiedział i spojrzał na
stojącego obok Artura Weasleya. – Niech chłopcy wrócą na chwilę do rodziny,
Molly zapewne się ucieszy. –
Artur przytaknął i wziął się w garść, bo zaczynało ogarniać
go wzruszenie. Tęsknota za synami coraz bardziej dawała o sobie znać.
- Jest jeden problem. – kontynuował po chwili Shacklebolt. –
Mamy niewystarczającą ilość ludzi. Jeżeli podczas interwencji pojawią się
Śmierciożercy, albo co gorsza, popierający ich uzbrojeni mugole, możemy być w
poważnych tarapatach. Postanowiłem więc, że oprócz mnie, Artura, Remusa,
Jakuba, Gabriela i Adriana, do akcji dołączy też panna Granger z Draconem
Malfoyem i Ron Weasley. Wiem że wasza
dwójka wcześniej nie uczestniczyła w podobnych akcjach, ale żeby zapewnić
bezpieczeństwo i doprowadzić akcję do końca, musimy prosić was o pomoc. –
Cisza zapadła tylko na sekundę. Jak można było się
spodziewać największy sprzeciw padł ze strony Harry’ego. Upierał się że musi
iść z przyjaciółmi, że nie puści ich samych nawet jeśli towarzyszyć im będzie
uzbrojony po zęby oddział. Czuć było w jego głosie irytację i bezsilność. Miał
nadzieję odnaleźć kolejne wskazówki dotyczące Horkruksów, i szczerze żałował że
powiedział starszym o zadaniu, jakie powierzył mu Dumbledore. Między wrzaskami
Harry’ego a próbującym go uspokoić Kingsley’em, Hermiona czuła że zaczyna
ogarniać ją strach. Dopiero teraz, gdy po latach spędzonych w obozie ktoś znowu
kazał jej wyjść poza jego bezpieczne granice, poczuła jak bardzo nienawidzi tej
wojny. Namiastka domu jaką był dla niej Złoty Feniks sprawiła że wtopiła się w jego codzienność, nie wyobrażała już
sobie siebie jako wojowniczki, biegającej po lesie dziewczyny z workiem
wypchanym lekami i książkami. Chciała wierzyć że to obóz jest tą racjonalną,
prawidłową formą życia. Ale w końcu do niej dotarło, brutalna prawda wdarła się
do jej głowy niczym palący ogień. Obóz to tylko bańka. Kiedyś może pęknąć i
nikt nie wie o tym lepiej niż Harry. Harry, który każdego dnia nie może
pogodzić się z tym, że stoją w miejscu. Harry, który obwinia się za tak małe
rezultaty w pogoni za Horkruksami.
Spojrzała na twarz przyjaciela którą teraz wykrzywiała
wściekłość i usłyszała cichy szept Malfoya, który zbliżył się do niej
nieznacznie.
- Gdybym miał obstawiać kto pierwszy zeświruje i zacznie
strzelać, stawiałbym na Pottera. –
Gryfonka zmarszczyła brwi. Wiedziała że dłuższe wykluczanie
Harry’ego ze względu na jego wyjątkowość, może skończyć się naprawdę źle.
- Uważam że Harry powinien iść z nami. – odezwała się w
końcu. – Powiem więcej, bez niego nigdzie nie idę. – dodała. Kingsley nie
wyglądał na zachwyconego.
- Hermiona ma rację. – wtrącił się Ron. – Z resztą, nie może
pan go zatrzymać siłą. –
- Nie, nie mogę. – odparł Shacklebolt. – A szkoda… – Na
chwilę zapanowało milczenie. – W porządku. – odparł w końcu Kingsley. – Harry,
dołączysz do drużyny ratunkowej, jutro o ósmej wszyscy spotykamy się przy
wyjściu z obozu, od strony rzeki. To wszystko. –
Hermiona poczuła krótkotrwałą ulgę. Szczęśliwa iż Harry
nareszcie ruszy się poza obóz, spokojnie zjadła kolację i udała się z Draconem
na wieczorny obchód szpitala. Jednak teraz, gdy leżała w łóżku strach przed
akcją znów zaczął ją paraliżować.
- Spróbuj o tym nie myśleć. –
Usłyszawszy głos Malfoya spojrzała w jego stronę. Blondyn odłożył
książkę na stolik i zgasił lampę.
- To nie takie proste. – mruknęła.
- A co ja mam powiedzieć? – usłyszała w ciemności. –Nawet
nie mam różdżki. –
Hermiona dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że faktycznie, na
jutrzejszej akcji Ślizgon będzie praktycznie bezbronny.
~
Był już gotowy do wyjścia gdy kazała mu zaczekać i bez słowa
wyjaśnienia wybiegła z namiotu. Pięć minut później wróciła i wspólnie udali się
za barierę obozu. Dzień był zimny i pochmurny. Zbliżał się maj, jednak jak na
złość tego dnia zanosiło się na deszcz. Gdy wyszli poza barierę, po kilku
minutach zebrała się cała ekipa ratunkowa.
- To świstoklik który zabierze nas w wyznaczone miejsce. –
powiedział Remus Lupin wyciągając przed siebie sporych rozmiarów, stary garnek.
Wszyscy zebrali się wokoło i dotknęli garnka gdy ten rozbłysnął niebieskim
blaskiem. Kilkanaście sekund później dziesięcioosobowa grupa znalazła się na
zapuszczonym terenie jednego z brytyjskich miast. Budynki były puste i
zaniedbane. Wszędzie walały się sterty rozbitych szyb i części mebli, które
ktoś wcześniej musiał wynieść na zewnątrz. Okolica nie zachęcała do spacerów.
- Bądźcie cicho i zachowajcie ostrożność. Miejcie oczy
dookoła głowy. – rozkazał Shacklebolt przyciszonym tonem. Ruszyli gęsiego
wzdłuż opuszczonych budynków.
Hermiona mocniej zacisnęła rękę na różdżce. Z magicznym
artefaktem w dłoni czuła się bezpiecznie, postanowiła że zadba o bezpieczeństwo
nie tylko swoje, ale także Ślizgona który został pozbawiony jakiejkolwiek
broni. Ubrała się tak jak polecił jej Jakub, lekko, ale wygodnie. Stwierdziła
że najlepsze będą jej obcisłe dżinsy, wygodne adidasy, biały podkoszulek i
zielona kurtka ze ściągaczami. Długie włosy spięła w wysoki kucyk. Przed oczami
miała szerokie plecy Jakuba, chłopak w pełnym skupieniu maszerował przed siebie
i od czasu do czasu kazał wszystkim się zatrzymać. Według opisu jaki wysłali im
bliźniacy, ósemka ukrywających się osób znajdowała się dwa domy dalej. Gryfonka
czuła jak serce bije jej jak szalone. Miała wrażenie że zza budynku zaraz ktoś
wyskoczy i rzuci się na nich z głośnym wrzaskiem. Nic jednak się nie wydarzyło.
Doszedłszy do zrujnowanego domu Jakub, Gabriel i Adrian weszli pierwsi
sprawdzając czy teren jest czysty.
- Więc? Gdzie oni są? – zapytał w końcu Ron.
- Zaczekajcie. – powiedział Jakub i schylił się by podnieść
coś z brudnej podłogi. – To krew. – zmarszczył brwi i wytarł palce o spodnie.
- Spóźniliśmy się? – zapytał Kingsley, lecz zanim ktokolwiek
zdołał mu odpowiedzieć, usłyszeli czyjeś kroki. Zza ściany, przed wejściem na
kolejne piętro wyłonił się George Weasley. Bellatrix Lestrange praktycznie
wbijała mu różdżkę w gardło i z obrzydliwym uśmieszkiem omiotła grupkę
czarodziejów.
- George.. – wydyszał Artur Weasley i zrobił krok do przodu.
Bellatrix zacmokała podle i pokręciła głową wbijając różdżkę jeszcze mocniej w
skórę chłopaka.
- Witam. – odezwała się przymilnie, jakby chciała zachować
pozory dobrego wychowania. – Długo czekałam na ten dzień, jednak jak widać
nawet cień można złapać. W końcu.. – dodała i pocałowała Georgea w blady policzek.
- Nie dotykaj go wiedźmo! – zagrzmiał Ron z wściekłością na
twarzy. Lestrange zignorowała rudzielca i wbiła wzrok w swojego siostrzeńca,
który ubrany w długi, czarny płaszcz z wysokim kołnierzem stał obok Gryfonki.
- Draco. Widzę że masz się dobrze, przekażę to Narcyzie. –
Jasnowłosy chłopak mocniej zacisnął szczęki. Ku przerażeniu
pozostałych zza pleców Bellatrix zaczęli wychodzić pozostali Śmierciożercy, trzymając
zakładników w podobny sposób jak ich liderka. Cho Chang z ojcem, Minerva
McGonagall, Filius Flitwick, Hanna Abbott i jej matka, Angelina Johnson, Horacy
Slughorn, oraz Fred Weasley. Wszyscy wyglądali na mocno pokiereszowanych.
- Jeden ruch a wszyscy zginą. – ostrzegła ich Lestrange. –
Potter… - zaczęła patrząc na Harry’ego. – Jeżeli pójdziesz z nami, puścimy
pozostałych, co ty na to? –
Harry już miał zrobić krok w przód, jednak Hermiona
zacisnęła mu rękę na przedramieniu.
- Nie bądź naiwny Harry, ona łże. –
- Nikt nie pytał cię o zdanie szlamo! – warknęła Bellatrix i
w tym samym momencie trzy pociski przeszyły powietrze. Jakub, Adrian i Gabriel
nie czekając dłużej przeszli do ofensywy. Widząc że poplecznicy Voldemorta
posługują się jedynie magią, postanowili posłużyć się bronią palną. Raniona w
ramię Lestrange puściła George’a i zawyła z bólu. Rozpętała się walka.
Zrezygnowawszy z pistoletów, polscy czarodzieje tak jak pozostali zaczęli
posługiwać się różdżkami. Zaklęcia śmigały w powietrzu, a Śmierciożercy
rozpierzchli się na wszystkie strony. Hermiona zauważyła jak Draco zaczyna gonić
swoją ciotkę, która ranna oddalała się w stronę pozostałych budynków. Nie
wiedziała co Ślizgon zamierza. Ucieknie? Poprosi ciotkę o pomoc? Niestety, w
jej kierunku zmierzał Fenrir Greyback.
- Może i jesteś szlamą, ale za to apetyczną. – powiedział
uśmiechając się podle i wymierzył cios. Zaklęcie minęło Gryfonkę o kilka
milimetrów. Biegła ile sił, jednak przez walające się wokoło sterty śmieci i
gruzów, straciła równowagę i upadła wypuszczając z ręki różdżkę. W panice,
napędzana adrenaliną i strachem, sięgnęła pod kurtkę i wyciągnęła z niej
różdżkę Malfoya. To właśnie po nią wybiegła rano przed zbiórką. Już miała
rzucić urok jednak w tej samej chwili Greyback wytrącił jej różdżkę zaklęciem.
Magiczny przedmiot upadł kilkanaście metrów dalej. „To koniec”, pomyślała. On z
pewnością ją zabije. Ale za nim to nastąpi zrobi coś gorszego. Od dawna
słyszała w jaki sposób ten będący wilkołakiem Śmierciożerca, postępuję z
kobietami. Gdy już uda mu się jakąś dorwać, zazwyczaj gwałci ją by później
zabić pijąc jej krew. Z faktu swojego wilkołactwa nie ma zapewne ku temu zbyt
wiele okazji, dlatego mimo mugolskiego pochodzenia Hermiona była dla niego
łakomym kąskiem. Gryfonka z malującym się na twarzy przerażeniem zaczęła
czołgać się do tyłu. Oprócz dławiącej rozpaczy nie czuła już niczego. Ani
skręconej przy upadku kostki, ani kawałków szkła, które boleśnie wbijały się w
jej dłonie. Zawsze gdy myślała o śmierci, pragnęła by była szybka. Niczym blask
błyskawicy lub mrugnięcie okiem. Wiedziała jednak że Śmierciożercy nie mają w
zwyczaju szybkiego zabijania swoich ofiar. Agonia konających była dla nich
niczym nagroda za trud i wysiłek. Dobrze zdawała sobie z tego sprawę.
Fenrir Greyback podszedł do niej i chwycił ją za kucyk
unosząc lekko do góry. Widok jej zapłakanej, przerażonej twarzy sprawiał mu
szaloną radość. Upuścił ją z impetem, po czym zaczął rozrywać na strzępy
delikatną, zieloną kurtkę. Jej krzyki ginęły w odgłosach wrzasków, rzucanych
zaklęć i niszczonych budynków. Mężczyzna silnymi, brudnymi rękami chwycił jej
głowę tak by odsłonić szyję. Gdy już myślała że za chwilę poczuje jego kły,
Fenrir został zmieciony z niej zaklęciem i upadł na plecy. Nie wiedząc co się
dzieje stracił przytomność.
- Nic ci nie jest? –
Hermiona spojrzała za siebie. Stojący kilka metrów dalej Draco
trzymał w ręku swoją różdżkę. Podszedł do dziewczyny w kilku krokach i spojrzał
na nią marszcząc brwi.
- Coś ci zrobił? –
Nie potrafiła odpowiedzieć. Trzęsącymi się rękoma próbowała
zebrać do kupy resztki podartej kurtki. Podkoszulek w paru miejscach też był
zniszczony. Spojrzała na swoje ręce, w których pełno było odłamków szkła. Krew
ciekła z dłoni małymi stróżkami i dopiero teraz zaczął docierać do niej ból
zadanych ran.
- M-moja kostka.. –
Ślizgon podszedł do niej i po delikatnych oględzinach bezceremonialnie
wziął ją na ręce.
- Idziemy stąd. – powiedział i ruszył przed siebie.
- Gdzie jest Harry, gdzie jest Ron? – zapytała słabym
głosem. – Gdzie są wszyscy? -
- Nie wiem i nie obchodzi mnie to. – odparł twardo po czym
obrócił się w miejscu. Wśród ruin rozległ się głośny dźwięk teleportacji
łącznej.
~
Podejrzewał że znajduje się blisko obozu. Z ranną Gryfonką
na rękach przebiegł kilkanaście metrów, po czym zrobił sobie krótką przerwę. Pluł
sobie w brodę, że pobiegł za ciotką. Nie powiedziała mu nic nowego, nic czego
już by nie wiedział.
- Jak mogłeś tak nas zostawić Draco? – zapytała Bella
przyciskając rękę do rany. – Mały, podły zdrajca! –
- Jak ona się czuje? – zapytał chłodno blondyn nie zważając
na krzyki ciotki.
Bellatrix prychnęła kpiąco.
- A jak myślisz, niewdzięczny bachorze? Po twoim odejściu
Czarny Pan zafundował jej i twojemu ojcu niezłą szkołę czarów niewybaczalnych,
ale nie martw się, nie skończyli jeszcze jak Longbottomowie. –
Draco miał ochotę rzucić się na nią z gołymi pięściami.
Nienawidził jej od dnia, w którym po raz pierwszy zjawiła się w ich domu. Już chciał coś powiedzieć, gdy nagle usłyszał
krzyki. Rozpoznał głos Granger i zmarszczył brwi. Bellatrix korzystając z
okazji i nieuwagi siostrzeńca, zniknęła za pomocą teleportacji.
Gdy podbiegł do miejsca z którego słychać było wrzaski i
zobaczył co się dzieje, zrobiło mu się niedobrze. Fenrir Greyback klęcząc nad
Gryfonką zdzierał z niej ubranie i z lubieżnym uśmiechem odsłaniał swoje brudne
kły. Ile razy był świadkiem podobnych obrazów? Krzyki i wrzaski tamtych kobiet.
Zimna, zatęchła piwnica. Zaryglowane i zamknięte na klucz pokoje. To wszystko
znów uderzyło w niego z siłą huraganu. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu
jakiejś broni i zauważył dwie leżące obok siebie różdżki. W jednej z nich
rozpoznał własną. Nie czekając miotnął w Greybacka zaklęciem i podszedł do
oszołomionej dziewczyny. Patrzyła na niego swoimi dużymi, brązowymi oczami z
których wciąż kapały łzy i próbowała zakryć się niezdarnie, jakby bała się iż
może być naga po tak brutalnym ataku. Tak jak i on zaczęła dostrzegać swoje
rany. Krwawiące, pełne odłamków szła dłonie, posiniaczone ciało, skręconą
kostkę… Bez zastanowienia wziął ją na ręce i okręcił się w miejscu. Już nigdy
nie pozwoli by kogoś spotkał tak straszny los.
~
- Muszę tam wrócić i
jej poszukać! – upierał się Jakub, lecz Kingsley był nieugięty. Dwadzieścia
minut wcześniej wszyscy zdołali wrócić do obozu, zabierając ze sobą całą,
ośmioosobową grupę z ruin. Jedynie Hermiony i Dracona nigdzie nie było widać.
Harry z przeciętym łukiem brwiowym zgodził się opatrzyć zapłakanej Ginny, po
czym dołączył do Jakuba.
- Jeżeli ona tam została, to musimy wrócić. –
- Wykluczone, po zmierzchu ja i Remus ruszymy na
poszukiwania. – odparł Schacklebolt, jednak po chwili ich oczom ukazał się
Draco Malfoy, który trzymając w ramionach Hermionę, praktycznie wbiegł do
namiotu medycznego.
- Co się stało? – zapytała przerażona Sara.
- Zwichnięta kostka, odłamki szkła w dłoniach i parę
siniaków. – odparł Dracon i położył dziwnie milczącą Hermionę na kozetce.
Albert właśnie nastawiał złamaną nogę ojcu Cho Chang, więc nie miał mu jak
pomóc.
- Poradzę sobie. – powiedział Malfoy, gdy Sara zaproponowała
że zajmie się Hermioną.
Do namiotu próbował dostać się Ron z Harry’m oraz Jakub i
Ginny, jednak Sara kategorycznie odmówiła im wejścia do i tak już zatłoczonego
szpitala. W międzyczasie Ślizgon podał Hermionie znieczulenie i zaczął pensetą
wyciągać z rany kawałki szkła. Robił to sumiennie i dokładnie, marszcząc przy
tym nieznacznie brwi. Po oczyszczeniu wszystkich ran, odkażeniu i
zabandażowaniu, przyszedł czas na kostkę. Delikatnie zdjął szatynce but,
skarpetkę i podwinął nogawkę dżinsów. W opuchniętą już nogę wsmarował specjalną
maść, po czym podał dziewczynie eliksir uzdrawiający. Hermiona wypiła go jednym
haustem.
- Dziękuję. – powiedziała
i spojrzała mu w twarz. – Dziękuję że mnie uratowałeś. – dodała po
chwili.
- Nie ma sprawy. – odparł, po czym wyciągnął z kieszeni dwie
różdżki. Obie podał Hermionie.
- Lepiej je schowaj, zanim ktokolwiek mnie z nimi zauważy. –
powiedział i po chwili dodał. – Byłoby miło, gdybyś nie wspominała o tym w
raporcie dla Kingsley’a. –
Zszokowana Hermiona włożyła obie różdżki pod poduszkę. Miała
tyle pytań. Co się stało z Bellatrix? Dlaczego przyszedł jej na ratunek i
dlaczego teraz oddaje jej swoją różdżkę? Nic z tego nie rozumiała. Zmęczona i
obolała przymknęła powieki i zanim się obejrzała, pogrążyła się w głębokim i
spokojnym śnie.
~
Deszcz zaciekle bił o dach, a krople silnej ulewy chłostały
poły namiotu. Uwielbiała ten dźwięk. Dawał jej pewność że jest bezpieczna i nic
jej nie grozi. Gdy otworzyła powieki panował półmrok. Dzięki stojącej obok,
gazowej lampie dostrzegła siedzącego obok Ślizgona. Spał na krześle opierając
głowę na jednej ręce. Półdługie, jasne kosmyki opadały mu na twarz. Pomyślała
że w takim wydaniu wygląda najlepiej. Nie dręczony żadnymi koszmarami.
Spojrzała na swoje dłonie i powoli zaczęła je odbandażowywać. Rany w całości
się już zagoiły i jedynie noga jeszcze nieco ją pobolewała. Musiała przyznać że
Malfoy wykonał kawał dobrej roboty. Wyciągnęła zza poduszki obie różdżki i
przyglądając się im przez chwilę pomyślała, że jasnowłosy arystokrata jest dla
niej jeszcze większą zagadką niż zwykle. Westchnęła ciężko i zaklęciem
naprawiła swoje poszarpane ubranie. Na wspomnienie Greybacka wzdrygnęła się
bezwolnie. Nawet nie chciała myśleć co by ją spotkało, gdyby arystokrata nie
zjawił się w porę. Nie zamierzała tego tak zostawić, lecz jedyne czego teraz
pragnęła to znaleźć się we własnym namiocie. Wstała, poprawiła włosy i wahając
się lekko wyciągnęła przed siebie dłoń.
- Malfoy? – położyła rękę na ramieniu chłopaka i potrząsnęła
nim delikatnie. Arystokrata po chwili zamrugał i spojrzał półprzytomnie na
dziewczynę.
- O co chodzi? – zapytał przecierając oczy.
- Już mi lepiej. Chodźmy do namiotu, nie możesz spać na
krześle. – powiedziała cicho, by nie obudzić pozostałych pacjentów.
- A jak noga? –
- Jakoś dojdę. – odparła i wyczarowała duży, przeźroczysty
parasol.
- W porządku. – kiwnął głową Draco i wstał z krzesła z
cichym jęknięciem. Po chwili oboje wyszli z namiotu, wcześniej informując o tym
śpiącego przy wyjściu Alberta.
~
Ginny zaplatała kolejny warkocz z białego materiału śmiejąc się przy tym
głośno. Siedząc wraz z Hermioną i Draconem przed ich namiotem i korzystając z
pięknej pogody, przygotowywali dekoracje na zbliżający się festiwal wiosny. Malfoy kategorycznie odmówił uczestnictwa, w
jego zdaniem, tak bezsensownym zajęciu. Prawie leżał na krześle obok Hermiony i
udawał że śpi. Za nic w świecie nie chciał brać w tym udziału. Gryfonka nie
naciskała, skoro nie chciał pomóc, „niech siedzi”, pomyślała i tak wciąż nie
mógł się bez niej nigdzie ruszyć.
- Więc? – zagadnęła ją konspiracyjnym tonem Weasleyówna. – Z
kim idziesz na festiwal? –
- Z nikim. – wzruszyła ramionami Hermiona. Noga już
całkowicie przestała ją boleć . – To znaczy, wiesz.. Pewnie przyjdę z Malfoyem.
–
- No tak.. – odparła Ginny i spojrzała w kierunku Ślizgona,
który niczym kot wygrzewał się na słońcu.
– A w co się ubierzesz? –
- Pewnie przyjdę w tym. – powiedziała kasztanowłosa i
wskazała na swoje dżinsy i znoszony T-shirt.
- Wykluczone! – obruszyła się ruda. – Kiedy ostatnio
założyłaś jakąś sukienkę? –
- Ginny, trwa wojna, nie w głowie mi suk..-
- Wiem. – weszła jej w słowo przyjaciółka. – Wiem że mamy
wojnę, i że sukienki to ostatnia rzecz o jakiej powinnam myśleć, ale… Ale mamy
tak mało okazji by poczuć się trochę bardziej… -
„Normalnie”, dokończyła za nią w myślach Hermiona i
przestała zaplatać materiał. Spojrzała na swoją przygaszoną przyjaciółkę która
była dla niej niczym rodzona siostra. Rozumiała ją całkowicie. Strzępy dawnego
życia niczym demony, od czasu do czasu dawały o sobie znać. Wojna i trwający
dookoła strach sprawiały że łatwo było zapomnieć o tym, jak może wyglądać
szczęśliwe życie. Festiwal wiosny był jedną z najbardziej wyczekiwanych imprez
w roku. Ludzie mogli wtedy choć na chwilę, choć na jeden wieczór zapomnieć o tym
jak bardzo na co dzień cierpią. Pozbawieni swoich domów, rozdzieleni z
ukochanymi i rodziną, przez ten jeden wieczór śmiali się bez wyrzutów sumienia
i bez łez. Po srogiej zimie znów przyszła wiosna, wybuchając katatonią barw i
zapachów, wlewając w ich serca nową nadzieję. Jak mogłaby jej tego odmówić?
Hermiona położyła rękę na dłoniach Ginny i uśmiechnęła się do niej łagodnie.
- Będę szczęśliwa jeśli pożyczysz mi jakąś sukienkę. –
powiedziała i zobaczyła jak po chwili twarz najmłodszej z Weasleyów się
rozpromienia.
- Wybiorę ci najładniejszą, zobaczysz. – ucieszyła się
Ginny, po czym obie znów wróciły do zaplatania.
Wieczór nadszedł jej zdaniem zbyt szybko. Ginny pożegnała
się z nimi i zabrała wykonane przez nie dekoracje do namiotu swojej matki, która
następnego dnia miała zagonić większość młodzieży Złotego Feniksa do
przystrajania obozu. Hermiona po zjedzonej kolacji i gorącym prysznicu
zmierzała do namiotu w którym leżał Draco. Już nie mogła się doczekać, by
jutro, podczas festiwalu przekazać mu nowinę. Nagle usłyszała za sobą wołanie.
- Miona!-
Jakub podbiegł do niej w kilku susach i z uśmiechnął się
szeroko.
- Ładnie ci w takich włosach. – powiedział i dotknął jej
wilgotnych kosmyków.
- Dziękuję. – odparła nieco zmieszana.
- Wiesz, jutro jest festiwal, mógłbym po ciebie wcześniej
przyjść? – zaczął zmieszany. – Wiem że musisz pilnować Malfoya, ale poprosiłbym
Gabriela i Adriana by go zabrali. Co ty na to? –
- Och.. To znaczy… - Hermiona nie wiedziała co odpowiedzieć.
– Musiałabym zapytać o zdanie Kingsley’a. –
- Już pytałem, nie ma nic przeciwko. – odparł szybko Jakub.
- W takim razie… w takim razie w porządku. –
- Super, przyjdę po ciebie o osiemnastej. Idź do łóżka bo
się przeziębisz. – powiedział brunet i pomachał jej na pożegnanie. Hermiona
stała jeszcze chwilę przed namiotem po czym weszła do środka. Draco leżał na
łóżku i czytał jedną ze swoich książek. Zdziwiła się gdy usłyszała jego głos.
- Czyli jutro na festiwal odeskortują mnie lewy i prawy? –
zapytał od niechcenia wciąż mając wzrok utkwiony w lekturze.
- Słyszałeś? – zdziwiła się Gryfonka. – Lewy i prawy? –
- Tak ich nazywam. – odparł sucho przewracając kartkę.
- Tak.. tak jakoś wyszło. Mam nadzieję że się nie gniewasz?
–
- Niby dlaczego? –
- Ponieważ miałam iść z tobą… - zaczęła nieśmiało
- Nie miałaś iść ze mną, tylko mnie przyprowadzić, to
różnica Granger. –
- Tak. – przytaknęła mu Gryfonka. – Właśnie… Dobranoc. -
- Dobranoc. – odparł i po chwili odłożył książkę. Nagle
poczuł że odechciało mu się czytać.
~
Przez cały dzień czuła nienazwany lęk. Stresowała się
sukienką, którą wybrała dla niej Ginny i prawdę mówiąc nie wiedziała dlaczego
zgodziła się wyjść z Jakubem. Bardzo go lubiła, był przystojny i odważny,
jednak nie wiedzieć czemu chciała zabrać na ten nieszczęsny festiwal Malfoya.
Pomyślała że chłopak najprawdopodobniej odmówi Gabrielowi i Adrianowi i w ogóle
nie zjawi się na festiwalu. Ta myśl zabolała ją bardziej niż powinna. Nie
wiedziała co jest tego przyczyną. Podejrzewała że w głębi duszy chce przekonać
Ślizgona do siebie i innych. Pokazać mu, jak kolorowy i przyjazny może być
świat. Był teraz samotny, pozbawiony osób które go znały i które tolerował. Chciała
by choć odrobinę dał się porwać panującej dookoła wzniosłej i przyjaznej
atmosferze.
- Dlaczego się tak marszczysz? – zapytała ją nagle Ginny.
Hermiona dopiero po słowach przyjaciółki uzmysłowiła sobie że od kilku minut
intensywnie rozmyśla o Malfoyu. Wzięła głębszy wdech i spojrzała w lustro.
Siedząc w namiocie Luny i Ginny, będąc już ubraną, zaczęła się lekko nudzić.
Właśnie dochodziła szósta.
- Harry i Jakub zaraz tutaj będą. – powiedziała
podekscytowana Ginny i poprawiła swoją zwiewną, czerwoną sukienkę na
ramiączkach. – Luna, po ciebie przychodzi Neville? –
- Nie. – odparła blondynka. – Ernie MacMillan. Neville idzie
z Hanną. – jej zielona sukienka przed kolano pięknie zaznaczała talię.
- To chyba oni! – Ucieszyła się Ginny i wyjrzała za poły namiotu.
– Gotowe? –
Hermiona wstała i poprawiła swoje długie, proste włosy.
Przez chwilę pomyślała, że najchętniej wróciłaby do siebie.
~
Jak co roku festiwal wiosny zapierał dech w piersiach.
Środek obozu przekształcono w plac do tańczenia, gdzie pośrodku znajdowało się
wielkie ognisko, a po bokach umieszczono
długie stoły które uginały się od jedzenia i picia. Girlandy kolorowych
materiałów, wstążek, roślin i lampionów tworzyły swego rodzaju dach nad
miejscem zabawy. Orkiestra, na którą składały się osoby potrafiące grać na instrumentach,
co rusz przygrywała miłe i skoczne melodie. Nie zabrakło również wolniejszych
utworów. Dzieci biegały i piszczały z radości, gdy starsi czarodzieje za pomocą
zaklęć wyczarowywali mrowie mydlanych baniek, bądź kolorowych motyli. Starsi
mieszkańcy prowadzili zawzięte rozmowy przy stołach i tego dnia nie żałowali
sobie alkoholu. W tłumie Hermiona dostrzegła Rona który tańczył z Lavender i obejmował ją czule. Wyglądał na
zadowolonego.
- Dobrze się bawisz? – zapytał ją nagle Jakub, gdy po
kolejnym tańcu zaczęła uciekać myślami w nieznanym mu kierunku.
- Tak. – odparła z uśmiechem.
- Ale? –
- Ale? Nie ma żadnego ale. – dodała nie wiedząc o co mu
chodzi.
Godzinę wcześniej na festiwalu zjawił się Adrian z
Gabrielem. Malfoya z nimi nie było.
Zapadał już wieczór. Festiwal zaczął rządzić się własnymi
prawami, jednak wszyscy mimo wszystko przestrzegali zasad ostrożności. Niektóre
z dzieci zasnęły wśród dorosłych, przytulając się do ich rozgrzanych ramion. Na
„parkiecie” wciąż wirował tłum ludzi, a sama impreza nie zdawała się dobiegać
końca.
- Ja.. – zaczęła niepewnie Hermiona i spojrzała na Jakuba
który przyglądał jej się badawczo. – Ja nie chcę.. –
- By siedział sam w namiocie, prawda? – dokończył za nią.
Przytaknęła mu ze zbolałą miną.
- Wiem że to Malfoy, ale dzisiaj nikt nie powinien być sam.
– dodała i spuściła wzrok. Przecież się zgodziła prawda? Przyszła na festiwal z
Jakubem i to z nim powinna się teraz bawić. A jednak przez cały czas myślami
była przy pewnym jasnowłosym chłopaku, który zapewne w tej chwili był tak samo
samotny jak i ona.
- Więc idź po niego. – powiedział nagle brunet. – Idź, ale
szybko wracaj. –
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Nie
czekając dłużej pobiegła w stronę namiotów.
~
Odgłosy zabawy docierały do niego aż za dobrze. Dźwięki
muzyki, śmiech dzieci, wybuchy radości dorosłych i pijackie piosenki wykrzykiwane przez
podstarzałych czarodziejów. Wszystko to doprowadzało go do szału. Gdy Adrian i
Gabriel przyszli by zabrać go na ten cały pożal się Salazarze festiwal, odmówił
uprzejmie i próbował zająć się książką, jednak cały czas myślał o tym czy
dobrze zrobił. Mimo wszystko jednak nie był częścią tej społeczności. Wciąż się
za takiego nie uważał. Jedynie za intruza, tymczasowego przybysza który
przyszedł tutaj nieproszony. Gdy zaszło słońce i zastanawiał się nad tym czy
nie spróbować zasnąć, nagle do namiotu ktoś wbiegł. Była ubrana w piękną,
zwiewną, białą sukienkę przed kolano. Jej długie, brązowe włosy sięgały aż do
pasa, a od biegu na policzki wypłynęły dwa różowe rumieńce, dodając jej uroku.
- Chodź. – powiedziała Hermiona i wyciągnęła przed siebie
rękę. Draco usiadł na łóżku. – Przepraszam że nie poszłam z tobą.. to znaczy,
że to nie ja zaprowadziłam cię na festiwal. – ciągnęła a jej oddech z każdą
minutą się uspokajał.
- I? – zapytał unosząc jedną brew.
- Chcę byś teraz ze mną poszedł. –
- Dzięki za troskę Granger, ale obejdzie się, tutaj też
nieźle się bawię. – powiedział i już miał z powrotem położyć się na łóżku, gdy
nagle Hermiona chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą.
- Po prostu chodź! – krzyknęła i wybiegła razem z nim z
namiotu.
Poddał się jej biegowi i chociaż miał ochotę wyrwać dłoń z
jej uścisku, nie zrobił tego. Dziewczyna zwolniła i już idąc, wciąż trzymała go
za rękę.
- Mogłabyś mnie puścić? – zapytał Malfoy gdy dochodzili do
miejsca festiwalu.
- Och, przepraszam. – odparła Hermiona i od razu uwolniła
dłoń Dracona. Nagle poczuła się okropnie głupio. Podejrzewała, że po tym jak
wpadła do namiotu i siłą wyciągnęła go na festiwal, Malfoy musi teraz mieć ją
za skończoną wariatkę.
Stanęli na uboczu, Draco podziękował za drinka i obserwował
jak tłum koleżanek wciąga Hermionę do wspólnego „tańca czarownic” przy ognisku.
Jej biała sukienka powiewała przy każdym kroku, włosy odbijały blask ognia i
przybrały rdzawy odcień. Na jej twarzy malował się szeroki i szczery uśmiech.
Nie wiedział czy to sprawka alkoholu czy też atmosfery, ale musiał przyznać że
jest piękna. Co gorsza zaczął dostrzegać, że nie tylko zewnętrznie. Gdy
Hermiona wybiła się z koła i stanęła przed Draconem, podmuch wiatru poderwał
jej ogniste włosy do góry, sukienka zafalowała wściekle, a on miał wrażenie, że
policzki zaczynają mu płonąć z nieznanych mu powodów.
- Zatańczysz? – zapytała go uprzejmie.
- Ja nie tańczę. – odparł sucho i odłożył na bok pustą
szklankę. Nagle poczuł że ktoś popycha go od tyłu.
- No dalej, Malfoy, zatańcz z nią. – Jakub z założonymi
rękami stanął za nim, jakby chciał dać mu do zrozumienia że nie ma dokąd uciec.
Ślizgon cicho westchnął. Ostatnie o czym marzył, to o robieniu z siebie idioty
przed tymi wszystkimi ludźmi.
Hermiona podała mu dłoń, a on ujął ją w pasie najdelikatniej
jak tylko potrafił.
- Wybacz. – powiedziała po chwili. – Może nie masz ochoty
tańczyć z kimś takim jak ja. –
Ślizgon zmarszczył brwi.
- Mógłbym powiedzieć to samo. – odparł i przycisnął ją
mocniej. Nie potrafił sobie przypomnieć kiedy ostatni raz trzymał w ten sposób
dziewczynę, i czy w ogóle kiedyś przeżył coś podobnego. Nie liczył tych
wszystkich seksualnych uniesień, które przeżył z Pansy i Astorią, zanim odszedł
z domu. Były dla niego ważne, ale zdawał sobie sprawę że jest wobec nich
nieuczciwy. Chętnie wykorzystywał fakt że one go chcą. Jego nazwiska, pozycji,
bliskości… Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jednak teraz, tańcząc u boku
znienawidzonej niegdyś Gryfonki i obejmując ją delikatnie i z szacunkiem,
poczuł że chciałby tak kogoś trzymać za każdym razem. Tańcząc w rytm powolnej
muzyki oddalili się od tłumu i będąc na uboczu zatrzymali się, wciąż obejmując.
Gdy puścili się wzajemnie Hermiona podwinęła sukienkę na lewym udzie.
- Co ty robisz? – zdziwił się Draco.
Hermiona uśmiechnęła się pod nosem.
- Wybacz, ale złamałam daną ci obietnicę. – zaczęła. –
Powiedziałam Kingsley’owi o tym co zaszło podczas akcji ratunkowej i wspólnie
zadecydowaliśmy, że nadszedł już czas by ci to oddać. – powiedziała i
wyciągnęła przed siebie różdżkę Dracona. Chłopak spojrzał na nią ze
zdziwieniem. W jego oczach dostrzegła wahanie. – Chcemy ci zaufać, Malfoy. –
kontynuowała. – Owszem, wciąż mam mieszkać z tobą w jednym namiocie, pisać
raporty dla Schacklebolt’a i praktycznie nie odstępować cię na krok, ale
oddanie ci różdżki chcemy uznać za dowód zaufania, jakim cię obdarzyliśmy. –
Arystokrata wziął do ręki swoją różdżkę i obrócił nią w
palcach kilkakrotnie. Uśmiechnął się nieznacznie pod nosem i schował magiczny
przedmiot do kieszeni spodni.
- Draco. – powiedział i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń.
- Hermiona. – odpowiedziała kasztanowłosa i odwzajemniła
uścisk Ślizgona.
Ogień w palenisku zaczął płonąć mocniej niż kiedykolwiek.
________________________________________________
SŁOWO OD AUTORKI.
Kochani! Wiem że rozdział pojawił się później niż zwykle,
ale skończył się mój urlop, więc życie i praca zabierają mi czas na pisanie.
Oczywiście rozdziały będą pojawiać się regularnie, czasem szybciej, czasem
trochę później, ale bez obaw, nie porzucę go. Ta historia będzie nieco dłuższa
od poprzedniego opowiadania, dlatego zależy mi by częściej dodawać rozdziały.
Zrobię wszystko by to było możliwe i proszę o cierpliwość. Dziękuję że
jesteście i czytacie! Buziaki!
Komentarze
Prześlij komentarz