Rozdział 3 - Koszmary.
Biegli wzdłuż brzegu rozchlapując dookoła krople wody.
Hermiona starała się nadążyć za długimi nogami Ślizgona. Przerażona wrzaskiem
przyjaciółki zaczęła mieć najgorsze myśli. Co jeśli to Śmierciożercy? Sami mogą
nie dać sobie rady i co w takim razie zrobi Draco? Po czyjej stanie stronie?
Może powinna go zawczasu obezwładnić? Powstrzymała się od tego ruchu jednak
wyciągnęła w biegu różdżkę i dostrzegła jak w oddali Ginny przytula do siebie
roztrzęsioną Krukonkę. Harry i Neville stali po drugiej stronie płytkiej rzeki,
gdzie obficie rosły wszelkiego rodzaju drzewa i krzaki. Draco dobiegł tam przed
Gryfonką i stanął w wodzie na kilka metrów przed brzegiem. Hermiona mijając go
spojrzała na niego przelotnie. W oczach dostrzegła przerażenie i
obezwładniający strach. Zmarszczyła brwi, takiego Malfoya nie widziała jeszcze
nigdy. Doszedłszy do brzegu spojrzała w miejsce gdzie stali jej przyjaciele i
wydała cichy, zduszony krzyk. W gęstych zaroślach, niczym porzucona, szmaciana
lalka leżała kobieta. Brudna, obszarpana i martwa. Stan ciała wskazywał na to
że umarła niedawno. Tym co Hermionie najbardziej rzuciło się w oczy był spory,
ciężarny brzuch kobiety. Poczuła że robi jej się słabo. Ile jeszcze razy będzie
musiała patrzeć na takie rzeczy? Gdzieś w głębi świadomości poczuła że to nie
jest przypadek, że śmierć tej kobiety jak i Clary która zmarła przy porodzie
kilka dni wcześniej nie może być przykrym zbiegiem okoliczności, jednak teraz
bardziej była skupiona na swoich przyjaciołach.
- Harry, musimy powiadomić o tym Kingsley’a, ktoś musi tutaj
zostać. – powiedziała spokojnie szatynka i spojrzała na zapłakaną Lunę którą
Ginny wciąż mocno obejmowała.
- Ja zostanę. – powiedział Neville i stanął trochę dalej z
wyciągniętą różdżką.
- Dobrze. – skinęła mu głową Hermiona. – Ale dopóki ktoś się
nie zjawi rzuć na siebie zaklęcie kameleona, nie wiemy czy nikt inny się tutaj
nie kręci. – powiedziała i ruszyła w przeciwnym kierunku. Po chwili zauważyła
że Malfoy za nią nie idzie. Stał wciąż wpatrując się w zwłoki kobiety szeroko
otwartymi oczami i mocno zaciskał pięści.
- Malfoy? – Gryfonka zmarszczyła brwi. Miała już całe mokre
nogi i ze względu na Lunę chciała jak najszybciej znaleźć się w obozie. Ślizgon
na dźwięk swojego imienia drgnął i odwrócił się w jej stronę. Bez słowa ruszył
z miejsca i minął Hermionę z mocno zaciśniętymi dłońmi. Było coś w jego twarzy,
co przyprawiło ją o mocny skurcz żołądka. Cień cierpienia którego wcześniej nie
widziała, albo nie chciała dostrzec. Coś jej podpowiadało że on wie, rozumie
dlaczego ta nieszczęsna kobieta leży w tych zaroślach niczym szekspirowska
Ofelia. Nie zastanawiając się dłużej wzięła głęboki wdech i szybko dogoniła
pozostałych.
~
- Twój namiot jest tam. – wskazała arystokracie jego nowy
„dom”, który znajdował się kilka metrów od jej własnego. Wcześniej mieszkała w
jednym namiocie razem z Luną i Ginny w środkowej części obozu, jednak teraz
postanowiła się przenieść na jego obrzeża wraz z Draconem. Oprócz większej
prywatności będzie miała pewność że Malfoy jest blisko, dzięki czemu nie będzie
musiała biegać za nim po całym obozie. Draco skinął głową na znak zrozumienia i
rzucając krótkie „dobranoc” wszedł do swojego namiotu. Hermiona przygryzła
wargę. Gdy popołudniu biegiem wrócili do obozu i powiadomili starszych o
makabrycznym odkryciu, Ginny zaprowadziła zapłakaną Lovegood do szpitala.
Dopiero końska dawka eliksiru uspakajającego pozwoliła dziewczynie się odprężyć
i zasnąć. Ginny pewna że Luna już się uspokoiła, poszła wraz z Harrym na
kolację.
- Jesteś głodny? Dzisiaj mają być kiełbaski… – zaczęła
Hermiona lecz Ślizgon wszedł jej w słowo.
- Gdzie mam spać? – zapytał.
Hermiona poczuła zmieszanie. Zupełnie zapomniała o tym że
Malfoy nie ma się gdzie podziać. Wcześniej spał w szpitalu, jednak teraz
potrzebował własnego kąta. Uśmiechając się krzywo kazała mu poczekać i gdy
postawiła na uboczu spory, zielony namiot oraz zaraz obok własny poczuła ulgę.
Trwała ona krótko bo gdy blondyn szybko zamknął się w swoim namiocie znów
ogarnął ją niepokój. Czy widok tej martwej kobiety aż tak nim wstrząsnął? Może
powinien iść do szpitala i zażyć jakieś eliksiry tak jak Luna? Myśli gryzły ją
niczym natrętne komary aż w końcu westchnęła zrezygnowana. Nie powinna aż tak
się o niego martwić. Jest dorosły i nawet jeśli jest mu ciężko to musi jakoś
sobie poradzić. Tak jak wszyscy.
- Malfoy, na noc utworzę wokół namiotu barierę. Tylko ja
będę mogła przez nią przejść więc jeśli będziesz czegoś potrzebował to zawołaj,
dobrze? – powiedziała podniesionym głosem jednak nie dostała odpowiedzi.
Poczekała jeszcze chwilę po czym zła i zmęczona udała się w kierunku kuchni.
~
Deszcz bił o poły namiotu a błyskawice raz po raz
rozświetlały nocne niebo. Od godziny przewracała się z boku na bok i próbowała
zasnąć. Wciąż miała przed oczami tamtą martwą kobietę. Wiedziała że
Shacklebolt, pan Weasley i Remus Lupin zaczekali z przenoszeniem ciała do wieczora,
aż wszyscy pójdą spać. Leżała na plecach jedną rękę opierając na czole i
poczuła jak po policzkach spływają jej łzy. Tyle bólu i cierpienia, tyle nienawiści
i straconych nadziei, bezimiennych ofiar które już nigdy nie wrócą do domu.
Gdyby tylko mogła zatrzymać tę spiralę nienawiści zrobiłaby wszystko. Ale nie
była w stanie zrobić nic, bezsilność przyprawiała ją o mdłości. Wiedziała że w
ten sam sposób musi czuć się Harry. Postawiony przez Dumbledore’a przed
najtrudniejszym zadaniem, czuł że ucieka mu tak cenny czas. Mijał rok za rokiem
a oni nie odnaleźli reszty Horkruksów, były niczym mityczne skarby których
znalezienie gwarantuje szczęście i dobrobyt. Może to właśnie jest to?
Pomyślała, może nie jest im pisany spokój i wolność, i właśnie dlatego wciąż trwają w tym
horrorze.
Z zamyślenia wyrwał ją głośny wrzask. W sąsiednim namiocie
Draco darł się jak poparzony. Hermiona zerwała się na równe nogi i chwytając
leżącą obok różdżkę wybiegła na deszcz. Mimo iż namiot Ślizgona znajdował się tuż
obok, ulewa skutecznie zdążyła zmoczyć jej piżamę. Z bijącym, oszalałym ze
strachu sercem wbiegła do środka i odkryła że Ślizgon miota się w swoim łóżku
wciąż będąc w głębokim śnie. Jego wrzaski pełne bólu niosły się po obozie,
wiedziała że za chwilę wszyscy się tu zbiegną. Nie czekając podeszła do Dracona
i chwyciła go za ramiona.
- Malfoy, Malfoy obudź się, to tylko zły sen! – krzyknęła i
potrząsnęła nim porządnie. – Malfoy!! –
Chłopak szeroko otworzył oczy.
- Granger? Uciekaj! Uciekaj idiotko! – wrzasnął wciąż nie
wiedząc że się przebudził.
- Jesteś w Złotym Feniksie, jesteś w obozie rebeliantów,
kilka dni temu wyszedłeś ze szpitala po tym jak rannego przyniósł cię tutaj
Kingsley Shaclebolt. – zaczęła szybko wyliczać Gryfonka wciąż mocno trzymając
chłopaka. Wiedziała że tak powinna zrobić, wyliczyć fakty, umysł uwięziony w
szponach koszmaru w końcu sobie przypomni. I rzeczywiście, po chwili oddech
blondyna zaczął się uspokajać. Zlany potem rozejrzał się po namiocie w którym
tliło się słabe światło olejnej lampy i dostrzegł mokrą, wystraszoną twarz
Hermiony.
- Puść mnie. – powiedział twardo. Hermiona odsunęła się od
niego i w tym samym momencie Draco zwymiotował na podłogę.
- Halo, co się tam dzieje? –
Hermiona usłyszała zmartwiony głos Remusa Lupina. Z powodu
postawionej przez nią bariery nikt inny nie mógł wejść do środka.
- Zaraz wracam. – powiedziała i podała Draconowi wyczarowany
przez siebie ręcznik. Szybkim ruchem różdżki usunęła wymiociny. Deszcz wciąż
zacinał jednak nie zwracała już na to uwagi. Remus stał z wielkim parasolem w
ręku, jednak ślady deszczu na jego płaszczu świadczyły o tym że musiał
wyczarować go dopiero przed chwilą.
- Przepraszam. – zaczęła spokojnie Hermiona i weszła pod
parasol. – Malfoy miał zły sen. Właśnie udało mi się go obudzić. To pewnie…
przez to dzisiejsze.. – dodała niepewnie.
- Rozumiem. – odparł mężczyzna. – Jeśli coś by się działo
wyślij mi patronusa. – dodał. – Skoro nic złego się nie dzieje wracam do
namiotu, Nimfadora pewnie się niecierpliwi. –
- Jak się miewa Teddy? – zapytała Hermiona. – Słyszałam że
jest chory. –
- Gorączka już spadła, nie musisz się martwić. – odparł z
uśmiechem Lupin, po czym wręczył jej parasol, pożegnał się i szybko pobiegł w
kierunku pozostałych namiotów. Hermiona uśmiechnęła się do siebie. Uwielbiała
trzyletniego synka Nimfadory i Remusa, który urodził się jeszcze zanim cała
rodzina trafiła do Złotego Feniksa. Chrześniak Harry’ego rósł w oczach i
pozostawał jednym z najmłodszych dzieci w obozie. Gdy kolejny piorun przeciął
niebo, szybko wróciła do namiotu odkładając na bok parasol. Malfoy siedział
zgarbiony na łóżku i opierał głowę o otwartą dłoń.
- Jak się czujesz? – zapytała i stanęła obok. Wyczarowała szklankę
wody i podała ją arystokracie.
- Wspaniale. – odparł sucho i zignorował wyciągniętą w jego
kierunku szklankę z wodą. – Zostaw mnie samego. – dodał po czym z powrotem
położył się na łóżku.
- Może.. może chciałbyś jakiś eliksir, albo proszek nasenny?
- naciskała Hermiona.
- Po prostu wyjdź. – powiedział i odwrócił się do niej
tyłem.
Hermiona postawiła szklankę na stojącym obok łóżka stołku i
zanim wyszła spojrzała na Malfoya przez ramię. Zauważyła że chłopak lekko drży.
~
Następnego ranka Draco czekał na Gryfonkę w namiocie,
siedział na łóżku wyprostowany i milczący. Gdy usunęła barierę i powiedziała że
mogą iść pod prysznic, wziął w ręce swoje ubrania na zmianę i ruszył za nią bez słowa. Za piżamę miał
zielone spodnie, biały podkoszulek i szarą bluzę które wcześniej miały być jego
codziennym strojem. Gdy pół godziny później Hermiona usiadła z nim na
śniadaniu, wciąż nie mogła przestać ukradkiem na niego zerkać.
- Frank i Bob poprosili nas o pomoc przy grządkach. –
odezwała się szatynka. – Dzisiaj nie ma dużo pracy w szpitalu więc pomyślałam
że zajęcie na świeżym powietrzu będzie miłą odmianą. –
Blondyn nieznacznie wzruszył ramionami.
Hermiona miała nadzieję że praca w ogrodzie zajmie go na
tyle, by nie miał czasu na rozmyślanie o koszmarach i demonach z przeszłości.
Na ich widok Frank i Bob ucieszyli się niezmiernie i ochoczo wręczyli Malfoyowi
długą motykę. Miał za zadanie przekopać dwie, długie grządki, wyplewić je i
zasiać w nich nasiona. Robota na cały dzień. Z początku Hermiona myślała że
Draco z pewnością będzie marudził i narzekał, jednak on bez słowa chwycił za
motykę i zabrał się do pracy. W swojej czarnej koszuli, której rękawy podwinął
na wysokość łokci, czarnych spodniach i eleganckich butach, pośród grud ziemi i
chwastów wyglądał nietypowo. Odmówił, gdy Frank proponował mu ubranie roboczych
spodni. Jego jasne, długie kosmyki opadały mu na twarz i raz po raz wycierał z
czoła pot.
- Przerwa na obiad. – zakomenderowała po kilku godzinach
Hermiona. Obmywszy ręce oczyściła ich ubrania zaklęciem i skierowała się do
kuchni. Jakub który już tam był pomachał do niej przyjaźnie gdy tylko zauważył
ją w przejściu. Gdy razem z Draconem wzięli swoje porcje usiedli obok bruneta
który przywitał się z arystokratą.
- Dzień dobry Malfoy. –
- Dzień dobry. –
Blondyn usiadł obok Gryfonki i zajął się obiadem, w
międzyczasie Jakub nie tknąwszy nawet zupy od razu zagadał do szatynki.
- Wpadniesz na poligon? –
- Innym razem. – odparła z uśmiechem Hermiona. – Dzisiaj
pracuję na polach a od jutra zaczynamy szkolenie na uzdrowiciela, prawda
Malfoy? – zagadnęła blondyna.
- Tak. – odparł sucho arystokrata.
- Rozumiem. – kiwnął głową Jakub. Na chwilę zapanowała
cisza. Namiot zapełnił się głodnymi ludźmi i słychać było tylko ciche rozmowy i
brzdęk sztućców. Gdy skończyli posiłek odnieśli talerze na tyły i wyszli z
namiotu, słońce przyjemnie ogrzewało ich twarze.
- Wiesz… - zaczął niepewnie Jakub. – W przyszły weekend jest
festiwal wiosny, może chciałabyś pójść? –
Hermiona od razu się ożywiła.
- Przecież wszyscy zawsze na niego idą. – uśmiechnęła się. -
Ja z pewnością też będę. – dodała i spojrzała na stojącego trochę dalej
Malfoya. – Ale mam wątpliwości co do niego. –
- No tak, musisz go pilnować… Nieważne, do zobaczenia
później! – powiedział brunet i ruszył w stronę strzelnicy. Kasztanowłosa przez
chwilę wpatrywała się w plecy chłopaka.
- Jakaś ty koszmarnie niedomyślna. – powiedział od
niechcenia Draco do Hermiony, gdy ta do niego w końcu podeszła.
- Słucham? – zdziwiła się dziewczyna. – O co ci chodzi? –
Jednak Ślizgon jedynie pokręcił głową i ruszył przed siebie
w kierunku pól uprawnych, zostawiając Gryfonkę całkowicie zdezorientowaną.
~
Miała dosyć. Nie wiedziała jakim cudem Frank i Bob codziennie
znajdują siły by obrabiać ziemię, jednak wiedziała że mimo wszystko,
tysiąckrotnie woli pracę w szpitalu. Wykąpana, wysuszona i przebrana w czystą
piżamę położyła się do łóżka. Znów zaczęło padać. Jak przepowiadali synoptycy,
przez najbliższy tydzień ma padać prawie w każdą noc. Ukołysana miarowym biciem
kropel o dach namiotu pogrążyła się w słodkim śnie, jednak znów w środku nocy
obudził ją mrożący krew w żyłach wrzask Malfoya. Chwyciwszy za różdżkę wpadła
do jego namiotu i od razu zaczęła go budzić, jak poprzednio na wpół przytomny
Draco kazał jej uciekać i dopiero po uspokajającej, pewnej wyliczance faktów
dochodził do siebie.
- Jesteś pewny że nie chcesz żadnego eliksiru? – zapytała.
- Tak, wyjdź. – powiedział odwracając się do niej plecami.
Wyszła jak kazał, lecz czuła że zaczynają zjadać ją nerwy.
Nie uważała że jest właściwą osobą do pilnowania Malfoya. Chłopak był skryty,
zamknięty w sobie, cyniczny i odmawiał wszelkiej pomocy. Zła i pełna
negatywnych emocji znów próbowała zasnąć.
Tak jak poprzedniego dnia Ślizgon bez słowa wyszedł za nią
na poranną toaletę, zjadł śniadanie, przywitał się z Jakubem a nawet Harry’m,
który lekko skinął w jego kierunku głową i w milczeniu udał się za Gryfonką do
szpitala. Na miejscu powitała ich roześmiana Sara Mitchell. Trzydziestoletnia
blondynka, która tym razem spięła włosy w koński ogon rozdała im lekko znoszone
kitle i z dumą spojrzała na Hermionę.
- Cóż, jesteś już pełnoprawną uzdrowicielką. – powiedziała i
poklepała ją lekko po ramieniu.
- Ale jeszcze nie magomedyczką. – dodała kwaśno szatynka.
- Zobaczysz, wojna się skończy, zaaplikujesz do magicznej
szkoły medycznej i z pewnością cię przyjmą. – powiedział Albert Wilkins, który
wszedł do namiotu trzymając w ręku kubek z kawą. – Jestem pewny że będziesz
najlepsza na roku. –
- Właśnie! – zgodziła się z nim Sara. – A póki co pokaż
naszemu nowemu kadetowi co i jak. –
Hermiona z lekkim uśmiechem na twarzy wyciągnęła z kieszeni
klamerkę do włosów i spięła dwa luźne kosmyki pozostawiając resztę rozpuszczoną.
- Tutaj znajdują się bandaże. – powiedziała do Dracona który
zaczął uważnie przyglądać się jej włosom.
- Coś nie tak? – zapytała zauważając jego wzrok.
- Nie. – odpowiedział i spojrzał na leżące przed nim
opatrunki.
- Jeżeli chcesz mi coś powiedzieć to wal śmiało, przywykłam
już do twoich uszczypliwych uwag. – powiedziała i zmarszczyła brwi. Draco
wzruszył ramionami.
- Twoje włosy. – zaczął. – Wyglądają lepiej niż kiedyś. –
dodał.
- Och. – zdziwiła się szatynka. Faktycznie, jej włosy były o
wiele dłuższe i gładsze niż kilka lat temu, a to za sprawą odpowiedniej
pielęgnacji i szamponu z naturalnych ziół, który sporządzała dla niej Sara.
Kiedyś Hermiona próbowała odstawić szampon i sprawdzić czy jej włosy snów
zaczną się kręcić i puszyć, jednak jej brązowe, gładkie już włosy wciąż
pozostawały delikatne. Podejrzewała że Sara oprócz ziół musiała dodać do
mieszanki jakiegoś silnego eliksiru trwałej zmiany. – Dziękuję. – odparła i
zmieszała się lekko, zauważyła że Draco zmarszczył nieco brwi, jakby był zły na
siebie za tę odrobinę dobroci skierowanej w jej stronę. – Tak, więc tutaj są
bandaże. – kontynuowała i po chwili pokazała mu kolejne szafki z lekami,
eliksirami, strzykawkami i innymi, medycznymi przyrządami. Najpierw postanowiła
nauczyć go prawidłowego oczyszczania ran, stary manekin nadawał się do tego
całkiem nieźle, jednak najlepszym modelem do ćwiczeń okazał się być Neville,
który rozciął sobie rękę podczas naprawiania klatek dla indyków. Ze strachem w
oczach pozwolił by Malfoy najpierw przemył mu ranę wacikiem, a później za
pomocą pęsety usunął kawałek starego żelastwa.
- Pasuje to zszyć. – powiedziała Hermiona i pozwoliła
wykonać Ślizgonowi zastrzyk znieczulający. Draco przyglądał się jak Gryfonka ze
skupieniem zszywa ranę Longbottoma. Gdy skończyła Malfoy założył opatrunek i
stanął z boku.
- Dzięki Hermiono! – zawołał Neville. – I tobie też
dziękuję. – rzucił w kierunku blondyna. – Chociaż przy oczyszczaniu rany trochę
mnie zabolało, mógłbyś na przyszłość uważać. – dodał i wstał z krzesła widząc
jak oczy arystokraty zaczynają niebezpiecznie się zwężać.
- Tak Neville, idź już. – powiedziała szybko Hermiona widząc
jak dużo kosztuje Malfoya nie odpyskowanie Nevillowi. – Mamy kolejnych
pacjentów. – dodała pospiesznie.
Przez cały dzień leczyli małe rany, powstałe na skutek
zacięć, otarć lub upadków, za to Sara i Albert zajmowali się cięższymi
przypadkami chorób i urazów. Gdy pod wieczór do namiotu medycznego trafił
zapłakany Teddy Lupin z rozciętą brwią Hermiona od razu podeszła do trzymającej
go na rękach Nimfadory.
- Bawiliśmy się obok namiotu, nie zauważyłam że obok leży
ostry kamień, upadł i rozciął brew. – Nimfadora była roztrzęsiona. – Remus
wyszedł z Kingsley’em poza obóz a mama pomaga Molly Weasley w kuchni, wolałam
tu przyjść, sama nie chciałam używać czarów leczniczych, nie za bardzo mi
wychodzą. – ciągnęła.
Hermiona wzięła chłopca który wciąż rozpaczał i położyła go
na kozetce. Draco usunął się na bok co nie uszło uwadze Nimfadory. Na widok
swojego kuzyna zmieszała się lekko. Był synem jej ciotki, Narcyzy Malfoy której
nigdy w życiu osobiście nie widziała.
Jej matka, Andromeda Tonks i matka Dracona były siostrami, jednak gdy
Andromeda przed laty wyszła za mugolaka, czarodzieja mugolskiego pochodzenia,
rodzina wyrzekła się jej na zawsze. Nigdy też tak naprawdę nie poznała swojego
młodszego kuzyna. Widywała go przypadkiem, podczas tych wszystkich akcji w
Hogwarcie, jednak nigdy nie zamienili ze sobą choćby słowa. W międzyczasie
Hermiona próbowała przekonać malca by odsłonił ranę z której wciąż sączyła się
krew.
- Teddy, Teddy! Odsłoń rączki, pokaż cioci buzię, obiecuję
że nie będzie bolało. – jednak trzylatek nic sobie nie robił z zapewnień
Gryfonki. Wciąż głośno płakał i nie
reagował nawet na uspokajające słowa matki. Hermiona absolutnie nie chciała
wymuszać na dziecku posłuszeństwa czarami, więc wciąż bezskutecznie próbowała
go przekonać słowami. Po kolejnych dwóch minutach nieustającego krzyku, Draco
nie wytrzymał.
- Uspokój się! – warknął. Nimfadora i Hermiona spojrzały na
niego zszokowane, Teddy jak na komendę przestał wyć. – Taki duży chłopak i tak
płacze, co za wstyd. – zaczął Malfoy biorąc do ręki nasączony wacik i podszedł
do chłopca. – Pokaż czoło, może szczypać ale tylko przez chwilę. No, już. – rozkazał. Chłopiec pochlipując odsunął
rączki i cicho krzyknął gdy Dracon zaczął oczyszczać mu ranę. Po chwili, gdy arystokrata
upewnił się że rana jest całkowicie czysta i nie wymaga szycia, przykleił mu
duży plaster. – Już, bardzo bolało? – zapytał. Chłopiec pokręcił przecząco
głową. – Więc następnym razem pozwól pani doktor szybciej sobie pomóc, dobrze?
Jak masz na imię? –
- Ted. – odparł chłopczyk.
- Draco. –
Blondyn podał mu rękę i oboje delikatnie uścisnęli swoje
dłonie.
- Możesz iść z mamą na kolację. – dodał i wstał.
Nimfadora pomogła zejść synkowi z kozetki i zwróciła się w
kierunku Malfoya.
- Dziękuję, Draco. –
- Nie ma za co. – odpowiedział krótko chłopak i zaczął
układać bandaże na półkach odwracając się do nich tyłem.
Hermiona wpatrywała się w plecy Ślizgona po czym spojrzała
na stojących dalej Sarę i Alberta. Oboje mieli dziwne miny, jakby chcieli
powiedzieć „ No no, kto mógł przypuszczać.”
Właśnie, zamyśliła się szatynka, kto mógł przypuszczać…
~
Molly Weasley po wręczeniu Hermionie niewielkiej buteleczki
oddaliła się w stronę swojego namiotu szybkim krokiem. Hermiona nie mogła mieć
do niej pretensji. Sama miała już dosyć, ale wiedziała że nie może winić za to
blondyna. Nie mógł nad tym zapanować, chociaż zapewne bardzo tego chciał.
Gdy kolejnej nocy znów rozległ się jego wrzask, Gryfonka po
raz kolejny wbiegła do namiotu by go obudzić i uspokoić. Po kolacji Molly
wręczyła jej eliksir słodkiego snu, po którym Ślizgon miał przespać spokojnie
całą noc bez koszmarów. Hermiona zastanawiała się dlaczego Malfoy nie
wrzeszczał podczas tych kilku nocy w szpitalu, jednak Sara stwierdziła że mogła
być to zasługa odniesionych ran i mocnych leków. Teraz, czysty i niepodłączony
do żadnej z kroplówek, jego umysł znów zaczął wyciągać z niego największe i
najgorsze lęki. Trzymając w ręku niewielki flakonik, Hermiona weszła do namiotu
i stanęła przy wejściu. Draco leżał już na łóżku w piżamie i czytał jedną z
medycznych książek które dała mu Sara.
- Przepraszam że przeszkadzam. – zaczęła. – Ale chciałabym
byś dzisiaj to wypił. – powiedziała i podeszła do łóżka Malfoya. Położyła
eliksir na stołku i zrobiła krok w tył. Draco nie odrywając wzroku od czytanej
lektury odezwał się w końcu.
- Ty, czy matka Weasleya. –
Hermiona zacisnęła usta. Malfoy albo ją zobaczył albo
usłyszał.
- To pozwoli wyspać się i tobie i nam. – powiedziała
wymijająco. – Na pewno musisz być zmęczony tymi koszmarami. – dodała.
Draco przerwał czytanie i położył książkę obok.
- Nie masz pojęcia czym jest prawdziwy koszmar Granger. –
odparł sucho.
- Możliwe. – powiedziała po chwili. – Wypij to zanim
pójdziesz spać. – dodała i wyszła z namiotu. Nie znosiła gdy ktoś mówił jej, że
nie ma o czymś pojęcia. Wiedziała że z pewnością doświadczyli innych
okrucieństw, ale cierpienie jednego nie umniejszało bólu drugiego. Czy życie to
konkurs w którym porównuje się przykre doświadczenia? Czy jej ból i osobiste
tragedie są mniejsze niż jego? Z pewnością jako pionek Voldemorta widział i
doświadczył więcej, jednak nie znaczyło to że ona nie może go zrozumieć. Nie ma
pojęcia… sam nie ma pojęcia czego ona doświadczyła i czego doświadczają wszyscy
mieszkańcy Złotego Feniksa. Cholerny ignorant! Wściekła położyła się na łóżku
nie zdejmując nawet butów. Miała nadzieję że dzięki mocy eliksiru tym razem Malfoy
pozwoli jej się wyspać i nie będzie musiała zrywać się w środku nocy.
~
Stała pośród nieprzeniknionej ciemności i czuła potworną
samotność. Oprócz samej siebie nie widziała nic. Żadnego człowieka, żadnej
barwy, jedynie czerń która wydawała się być zimna i ostra. „Jestem samotna”,
pomyślała z rozpaczą. „Jestem tak bardzo samotna”. Nagle pośród tej okropnej ciemności zauważyła
niewielki blask. Z każdą chwilą zbliżał się coraz bardziej a ona czuła że ta
jasność jest dobra. Wyciągnęła przed siebie rękę. „Złap mnie”. „Proszę złap
mnie bym nie była już samotna”. I gdy jasność zbliżyła się na tyle by mogła
rozpoznać jej twarz, nagle ze snu wyrwał ją znajomy już wrzask.
Spadła z impetem na podłogę i niczym strzała wybiegła z
namiotu. Masując obolałe, lewe ramię weszła do namiotu i tak jak zwykle obudziła
Dracona z sennych majaków. Spojrzała na stojący przy łóżku pusty flakonik po
eliksirze. Skoro go wypił to dlaczego nie zadziałał? Kiedyś czytała że można
pokonać moc eliksiru słodkiego snu, jednak jest do tego potrzebna albo
niezwykle silna wola, albo bardzo przerażające przeżycie. Wątpiła by Malfoy
pragnął znów przeżywać swoje koszmary, więc na myśl o okropnościach jakie muszą
chłopaka dręczyć zrobiło jej się go niezwykle żal.
Draco leżał na łóżku i łapał powietrze niczym wyrzucona na
brzeg ryba. On zlany potem trzymał się za koszulkę na wysokości serca, a ona mokra od deszczu siedziała w nogach
jego łóżka. Oboje wyglądali na wykończonych.
- Pewnie najchętniej zamknęłabyś mnie w karcerze. –
powiedział po chwili arystokrata słabym głosem.
- Najchętniej to chciałabym byś zaczął ze mną rozmawiać. –
odpowiedziała lecz wyraz jego twarzy dał jej do zrozumienia że nie ma na to
szans.
Jak chcesz, pomyślała, jeszcze cię do tego zmuszę.
~
Nie wiedział dlaczego tym razem pozwoliła mu wrócić z kolacji
samemu. Zjadła posiłek w pośpiechu i wybiegła z namiotu jakby się paliło. Sam,
pośród tych wszystkich ludzi poczuł się niczym intruz w ulu, jednak głód wygrał
i w przeciwieństwie do Gryfonki preferował powolną konsumpcję. Na jego
nieszczęście dosiadł się do niego ten cholerny Jakub Wolski, który na wieść że
Gryfonka już poszła zrobił zawiedzioną minę. Koleś był w porządku, nie mógł myśleć
inaczej. Razem z przyjaciółmi przyleciał z obcego kraju by walczyć z Czarnym
Panem, takich jak on było niewielu.
Wracał z kolacji bez pośpiechu, jeżeli później Granger zmyje
mu za to głowę, to trudno. Powoli zaczął przyzwyczajać się do jej władczej
natury, jednak czasem działało mu to na nerwy. Raz czy dwa miał ochotę wyrwać
jej różdżkę z ręki i pokazać gdzie jest jej miejsce. A gdzie ono teraz było?
Dorośli, więc już nie w Hogwarcie. Minął czas, gdy mógł się pieklić na dyrekcję
szkoły za to że przyjmuje w mury zamku szlamy. Z resztą, od jak dawna nie
używał tego słowa? Pewnie od miesięcy. Gdy opuścił Czarnego Pana i własną
rodzinę, zamieszkał w najbrudniejszej i najbardziej obskurnej dzielnicy w
świecie mugoli. To go skutecznie wyleczyło z nazywania kogokolwiek szlamą.
Widział mugoli którzy szli do pracy, do szkoły, na zajęcia. Mugolskie matki
spacerujące z wózkami, emerytów karmiących ptaki i dzieci bawiące się na
podwórkach. Pomimo „wojny domowej” wszyscy próbowali żyć w miarę normalnie, tak
jak mieszkańcy Złotego Feniksa. Musiał przyznać że jest pod wrażeniem organizacji
obozu, zasad jakie w nim panują i gotowości do poświęceń. Już od dawna nie był
częścią czegoś podobnego. Chociaż… On jest tutaj tylko obcym. Pomyślał o
koszmarach przez które co noc wrzeszczy przez sen i przez które mieszkańcy
obozu od kilku dni nie mogą normalnie spać. No i ona… Ona zawsze przybiega by
go obudzić, a on za każdym razem pragnie by nie widziała go w tym stanie. Gdyby
tylko mogła zobaczyć co jest w jego głowie, jakie obrazy przesuwają mu się pod
powiekami, nigdy więcej by już go nie dotknęła.
Dochodził już na miejsce i stanął jak wryty gdy zobaczył
swój namiot, a raczej to co w jego miejsce powstało. Zamiast dwóch niewielkich
namiotów, jego i Granger, w tym samym miejscu stanął jeden, duży, jak gdyby
przeznaczony dla rodziny. Gryfonka właśnie z niego wychodziła, a na ustach
majaczył jej dziwny uśmieszek.
- Co to ma być? – zapytał bez ogródek Draco.
- Dobrze że już jesteś, trochę ci zeszło z tą kolacją, ale
to dobrze, miałam czas by wszystko przygotować. –
- Co przygotować? – zapytał sucho wciąż wpatrując się w
wielki namiot.
- Ty i ja, od dzisiaj mieszkamy razem w tym namiocie. –
Draco w zdziwieniu uniósł brwi.
- Słuchaj Granger, jeśli chciałaś mnie wykorzystać do tego celu, to mogłaś zapytać. Ponoć
macie tutaj coś na kształt burdelu. –
- To namiot miłości! – oburzyła się Gryfonka.
- Ta, właśnie. No więc mogliśmy iść do niego, nie musiałaś
zaraz stawiać nam całego namiotu. Ale nie powiem, wolę to robić we własnym łóżku.
–
- Nie chcę cię do niczego wykorzystywać, głupcze! –
zagrzmiała szatynka. – To mój sposób terapii. – dodała spokojniej.
- Terapii? Uważasz że zmuszanie mnie do obcowania z twoją
osobą nawet w nocy, to forma terapii? – Draco pokręcił głową w niedowierzaniu. – Wolę karcer. –
- W porządku, ale idę tam razem z tobą. – powiedziała hardo
Hermiona.
- Jesteś uparta jak jasny gwint. – powiedział po chwili
Draco i położył jej rękę na głowie. Była od niego o prawie dwie głowy niższa –
I miała. – dodał, po czym minął ją i wszedł do namiotu.
- Nie jestem mała! - wrzasnęła za nim. Hermionie serce znów
zabiło mocniej. Pierwszy raz poczuła takie łomotanie nad wodą, gdy myślała że
dotknie jej twarzy, a on tymczasem wyciągnął z jej włosów robaka. Czyżby to ze
strachu? Przecież nie miał przy sobie różdżki. Ukryła ją w namiocie Ginny i
Luny, tak by sam nie mógł jej znaleźć. Może i siebie powinna otoczyć barierą?
Gdy uspokoiła serce skarciła się w duchu, po czym weszła do namiotu by zabrać
potrzebne rzeczy do wieczornej toalety.
~
Ubrana w białą, bawełnianą
koszulkę i szare dresowe spodnie usiadła na łóżku. Draco położył się na całej
długości swojego łóżka i pogrążył się w lekturze. Poczuł na sobie jej wzrok.
- Jakiś problem? – zapytał wciąż na nią nie patrząc.
- Nie. – odparła, lecz po chwili dodała. – Myślałam że nie
lubisz tych ubrań. –
Malfoy spojrzał na zielone spodnie, białą koszulkę i
rozpinaną szarą bluzę z kapturem, w której spał.
- Nie są w moim guście, ale w czymś spać muszę, chyba że
wolisz abym był nagi, w takim razie nie ma problemu, chętnie je zdejmę.
- Nie! Nie musisz się rozbierać. – Hermiona szybko weszła
pod kołdrę. – Czy mogę cię o coś zapytać? – powiedziała po chwili ciszy. Draco
odłożył książkę i położył się na boku podpierając głowę dłonią.
- Dobra, ale pod warunkiem że ja też będę mógł pytać. –
- W porządku. – zgodziła się Hermiona.
- Skoro już pytałaś mnie o ubrania, to teraz ja zapytam
ciebie. O co chodzi z Weasleyem? –
Hermiona zmarszczyła brwi. Jego szarobłękitne oczy
przeszywały ją na wskroś.
-Z Ronem? – Draco przytaknął. – O co dokładnie ci chodzi? –
- W Hogwarcie wyglądało na to że macie się ku sobie. –
powiedział i niby od niechcenia przeczesał palcami swoje wilgotne po kąpieli
włosy. – A wczoraj widziałem jak szedł z Lavender Brown za rękę do tego waszego
miłosnego namiociku. -
- Pozwól że je wysuszę. – powiedziała Hermiona i jednym,
szybkim zaklęciem sprawiła że włosy chłopaka były już suche i zawadiacko
opadały mu na twarz.
- Dzięki. – powiedział i odgarnął grzywkę na bok. – Więc? –
Hermiona westchnęła. Ostatnią rzeczą jaką chciała to
tłumaczyć się z tego Malfoyowi, który pewnie i tak to wyśmieje. Ale nie miała
wyboru.
- Nic nie jest. –
wzruszyła ramionami. – Byliśmy razem ale już nie jesteśmy. Ron teraz jest z
Lavender. –
- Z Lav Lav? – zakpił Draco czym rozśmieszył Hermionę. Na
wspomnienie dawnej ksywki Lavender, Hermiona nie wytrzymała.
- Tak, z nią. – zaśmiała się, lecz po chwili spoważniała. –
Ona daje mu to, czego ja nie mogłam, i nie zrozum mnie źle, nie chodzi tutaj o
seks. – dodała szybko widząc jak Malfoy już otwiera usta, by prawdopodobnie o
to zapytać.
- A niby co Brown takiego mu daje? –
- Zrozumienie, akceptację, bliskość. – zaczęła wyliczać
Hermiona. – Mnie pochłonęła praca uzdrowicielki i obóz… - dodała i spojrzała na
swoje splecione palce.
Malfoy nijak tego nie skomentował.
- Koniec pytań? – podniosła na niego swój wzrok.
- Teraz twoja kolej. – odpowiedział.
- Uciekłeś z własnej woli, czy byłeś do tego zmuszony? –
zapytała bojąc się czy nie popełniła błędu.
Po chwili milczenia Draco odpowiedział.
- Pół na pół. –
To już coś, pomyślała. Jednak zdawała sobie sprawę że droga
do poznania prawdy jest jeszcze długa.
- Twój kot. – wznowił przesłuchanie Ślizgon. – Ten rudy i
gruby. –
- On nie jest gruby! – zaperzyła się Hermiona.
- Powiedzmy. – zignorował ją Malfoy. – Jak mu tam było,
Krzywonos? –
- Krzywołap. – powiedziała Hermiona z mordem w oczach.
- Co się z nim stało? –
Hermiona posmutniała. Wspomnienie Krzywołapa nierozerwalnie
łączyło się z jej rodzicami, a na razie wolała unikać tego tematu. Zamknęła ich
głęboko w swoim sercu i postanowiła otworzyć te drzwi dopiero wtedy, gdy minie
niebezpieczeństwo. Jednak miała przed sobą nowe zadanie. Leżący naprzeciwko
niej chłopak z pewnością posiadał informacje które mogły pomóc jej i całemu ruchowi
oporu w walce z Voldemortem. Aby jej zaufał i pozwolił uchylić choćby części tajemnicy,
musiała się przed nim otworzyć tak, jak sama chciała by on otworzył się przed
nią.
- Jest w bezpiecznym miejscu z moimi rodzicami. – odparła
Gryfonka i poczuła jak rana w sercu piecze z nową siłą.
- To znaczy? – drążył Ślizgon.
Zawahała się. Jeżeli mu powie a on kiedyś wykorzysta tę
wiedzę przeciwko niej, nigdy sobie tego nie wybaczy, jednak z drugiej strony
jeśli chce od niego szczerości, sama musi mu ją dać. Wzięła głębszy wdech i
spojrzała mu prosto w oczy.
- Tamtego roku, w którym Snape zabił Dubledore’a, po
zakończeniu szkoły wróciłam do domu. Zanim ruszyłam razem z Harrym i Ronem,
usunęłam moim rodzicom pamięć… pamięć o mnie. Wszczepiłam im fałszywe
wspomnienie i pragnienia. Teraz razem z Krzywołapem żyją gdzieś w Australii. –
powiedziała i lekko zadrżał jej głos. – Żyją w przekonaniu, że nigdy nie mieli
dzieci. – dodała.
Tak bardzo się starała, tak bardzo się kontrolowała a jednak
wbrew swojej woli po jej policzkach spłynęły łzy. W dodatku w jego obecności.
- Wiem, że jeżeli zaklęcie będzie utrzymywało się przez tak
długi czas, to nawet jeśli kiedyś znowu ich odnajdę, to mogę już nigdy nie być
w stanie przywrócić im pamięci. – dodała łamiącym się głosem. – A to wszystko
przez niego, przez tego przeklętego mordercę! – warknęła, po czym odwróciła się
do niego plecami. Nie chciała by dłużej jej się przyglądał, nie chciała by
widział jej słabość. – Koniec pytań. – dodała spokojnie.
Nagle usłyszała głuche uderzenie. Odwróciła głowę i
zobaczyła jak Malfoy stoi pośrodku
namiotu i dotyka rękami niewidzialnej bariery.
- Chciałem… Ci to dać. – powiedział zbity z tropu i pokazał
trzymaną w ręce chusteczkę.
Hermiona wstała, poprawiła koszulkę i stanęła po drugiej
stronie bariery. Gdy wyciągnęła przed siebie dłoń Draco mógł podać jej
chusteczkę, jednak sam wciąż nie mógł przekroczyć niewidzialnej granicy.
- Dziękuję. – odparła i wróciła do łóżka. – A tarcza jest
dla bezpieczeństwa. – dodała chociaż wiedziała że wcale nie musi mu się
tłumaczyć. Draco zgasił olejną lampę.
- Dobranoc Granger. – usłyszała w ciemności.
- Dobranoc Malfoy. – odpowiedziała i poczuła jak błogi sen
już po chwili zaczyna ogarniać jej umysł.
Tej nocy Draco nie krzyczał ani razu.
~
Kingsley Shacklebolt wrócił do Złotego Feniksa nad ranem, właśnie przestało padać. Pożegnał stojącego obok Remusa Lupina i ruszył w kierunku swojego namiotu. Trzymając w ręce bardzo ważny list rozejrzał się po uśpionym obozie. Wiedział, że już niedługo będzie zmuszony zakłócić jego spokój.
~
Kingsley Shacklebolt wrócił do Złotego Feniksa nad ranem, właśnie przestało padać. Pożegnał stojącego obok Remusa Lupina i ruszył w kierunku swojego namiotu. Trzymając w ręce bardzo ważny list rozejrzał się po uśpionym obozie. Wiedział, że już niedługo będzie zmuszony zakłócić jego spokój.
SŁOWO OD AUTORKI:
To już trzeci rozdział! Bardzo się cieszę że ze mną jesteście. Akcja zaczyna przeć do przodu i już w kolejnej części "oj będzie się działo"! Tak więc miłej lektury i do napisania!
Komentarze
Prześlij komentarz