CZĘŚĆ PIERWSZA: Rozdział 1 - Las.
Dawno, dawno temu zaistniała ciemność. Była jedyną istotą w
całym wszechświecie i przez wieki samotnej egzystencji przyzwyczaiła się do
tego stanu, niczym porzucona na morzu pojedyncza wyspa. Była świadoma swego
istnienia i w pojedynkę przemierzała ocean czasu, lecz w pewnym momencie, sama
nie wiedziała kiedy, poczuła samotność. Uczucie oplotło ją ze wszystkich stron
i zachwiało jej pewnością siebie.
- Jestem samotna…. – załkała ciemność. – Jestem tak bardzo
samotna… -
Ciemność, wcześniej pewna siebie i zadowolona z życia teraz
uważała siebie za coś złego i nie do końca czystego. Była przekonana że gdyby
było inaczej nie poczułaby tak strasznego uczucia. Z każdą kolejną chwilą rozpacz
wdzierała się coraz głębiej w ciemność i pchała ją ku samozagładzie.
Jednak..
Gdy ciemność myślała że nic już jej nie uratuje, nagle
dostrzegła coś niesamowitego. Piękno nowej istoty zaparło jej dech, było dla
niej czymś zupełnie nieznanym, zaprzeczeniem jej samej, jednak gdzieś w głębi
czuła, że zna tę istotę i czeka na nią od dawna.
- Nie jesteś sama… - usłyszała.
Na dźwięk tego głosu ciemność zadrżała.
- Kim jesteś? – zapytała nieśmiało.
- Zwij mnie jasnością. – odpowiedział przybysz. – Narodziłem
się dla ciebie, by móc wspólnie iść przez czas. Już nigdy nie będziesz sama. –
rzekł, po czym podał ciemności swoją dłoń. Gdy tylko ciemność poczuła ciepło
bijące od jasności od razu pozbyła się całej samotności ze swego serca. Od tego
momentu wspólnie, ciemność i jasność przemierzali nie tylko czas, lecz także
niezliczoną mnogość światów, by w każdym z nich zasiać nasionko balansu i harmonii.
Tak oto narodziła się miłość. I nadzieja, że nawet gdy
dookoła nie ma nic oprócz ciemności a ciebie wypełnia samotność i smutek, to
zawsze gdzieś czeka światło, które wypełni cię po brzegi i doda otuchy.
Lecz bywa, że potrzeba na to wiele czasu…
~
Trójka leżących pod starymi kocami dzieci w końcu zasnęła.
Czuła dłoń młodej kobiety poprawiła im okrycia i zgasiła płomień tlący się w
dużym słoju. Gdy wychodziła z wysokiego namiotu spojrzała za siebie i widząc
spokojne twarze dzieci uśmiechnęła się łagodnie. Opowiadała im tę historyjkę od
trzech dni, od momentu gdy trafiły do obozu po tym jak na ich oczach zabito im
rodziców.
- Hermiona! –
Dziewczyna słysząc że ktoś ją woła pospiesznie wyszła z
namiotu. Po chwili stanęła przed nią trzydziestoletnia kobieta, o błękitnych
oczach i jasnych włosach spiętych w
wysoki kok. Dla Hermiony wyglądała na najwyżej dwadzieścia pięć lat. Miała na
sobie lekarski kitel który kiedyś zapewne raził w oczy bielą, teraz jednak, po
miesiącach intensywnego używania szpeciły go liczne, pożółkłe plamy. Sara
Mitchell trzymała się pod boki i łapczywie łapała powietrze w płuca.
- Ta nowa zaczęła rodzić, musisz mi pomóc, sama nie dam
rady. – oznajmiła blondynka i zaraz po tym ruszyła w kierunku namiotu który był
dwa razy większy od tego, w którym spały osierocone dzieci. Hermiona od razu
pobiegła za Sarą i w pośpiechu wyciągnęła z kieszeni dżinsów grubą gumkę do
włosów. Spięła swoje długie, kasztanowe włosy w koński ogon i czuła jak serce
zaczyna tłuc się jej w piersi. Zanim jednak panika zdążyła nią zawładnąć weszła
do namiotu i obmyła ręce w wodzie utlenionej, znajdującej się w starej misce
obok wejścia. Dopiero teraz usłyszała nieziemskie krzyki, które dochodziły zza
kotary.
Sara uwijała się jak w ukropie co chwilę rzucając na
pacjentkę zaklęcie diagnozujące i choć z góry było wiadomo że coś jest nie tak,
za każdym razem miała nadzieję zobaczyć inny wynik. Gdy rodząca kobieta o
długich, czarnych włosach znów zaczęła krzyczeć Sara zbliżyła się do Hermiony i
szepnęła.
- Poród pośladkowy, nic nie jestem w stanie zrobić. Zaklęcia
nic tutaj nie dadzą a nie mamy żadnych przydatnych eliksirów… - w jej głosie
Hermiona wyczuła lęk i rozpacz. Ileż to już razy obie były zmuszone oglądać
takie obrazy? Niemoc bolała je najbardziej. Gdy poranieni, cierpiący ludzie
trafiali do ich obozu często jedynym co miały była jodyna i bandaże. W takich
momentach miała żal do magii. Żal, że pomimo swej potęgi bez odpowiednich
medykamentów nic nie są w stanie zdziałać. Krzyki kobiety nasilały się z każdą
minutą. W udręczonych, cierpiących oczach brunetki Gryfonka dostrzegła nieme
błaganie, „proszę przerwij to!”. Jedynie ostatkami sił zmusiła się do
pozostania w namiocie.
Robiła to za każdym razem.
~
Ciche, ptasie trele nie pasowały do dzisiejszego poranka.
Mgła z wolna ustępowała a ona siedziała
przed namiotem na gołej ziemi i opierała swoje spocone czoło o obolałą dłoń.
Szum pobliskiego strumyka, szelest liści na wietrze, poranne odgłosy budzącego
się obozu… Wszystko było dla niej za głośne. Właśnie powinna trwać cisza,
żałoba po tragicznie zmarłej kobiecie i jej dziecku, a jednak świat dookoła
postanowił trwać dalej, jakby nic sobie nie robił z tej straty. Otarła łzy i
rozpuściła włosy które opadły prawie do samej ziemi. Już dawno powinna była się
przyzwyczaić, nauczyć że ludzkie życie jest niczym porcelana, kruche i łatwo
się psuje.
Z namiotu wyszła Sara i zdjąwszy z siebie zakrwawiony kitel
usiadła obok Hermiony. Milczały obie. Już od dawna nie potrzebowały słów by
zrozumieć siebie nawzajem. Ile to już lat minęło? – pomyślała Hermiona. – Ile
już trwa to piekło? Wróciła wspomnieniami do początku, jak gdyby było to wieki
temu.
Gdy pod koniec szóstej klasy wraz z Ronem i Harrym ruszyła
na poszukiwania Horkruksów, ona jak i jej przyjaciele byli pełni nadziei.
Wiedzieli że mają przed sobą niezwykle trudną misję, ale wiara w odnalezienie
cząstek duszy Voldemorta i zniszczenie ich była silniejsza od głodu i zimna,
które towarzyszyło im podczas podróży. Miała wtedy siedemnaście lat i głowę pełną
ideałów. Lecz minął rok, a oni oprócz medalionu Salazara Slytherina nie
znaleźli nic innego. Po ich wręcz samobójczej akcji w Ministerstwie Magii
Śmierciożercy wzmogli czujność i choć przez głupi błąd Harryego, gdy ten
wymówił głośno imię Czarnego Pana, dostali się do Malfoy Manor, nic dzięki temu
nie zyskali. Jedynie Hermiona, wspomnienie tortur które zaserwowała jej
Bellatrix Lestrange. Czas mijał a oni trwali w stagnacji i pogrążali się w rozpaczy, gdy dochodziły
ich wieści o kolejnych mordach i planach Voldemorta. Po dwóch latach już nikt
nie był bezpieczny a wojna czarodziejów zaczęła rosnąć na niespotykaną dotąd
skalę. Nad światem mugoli zawisły czarne chmury a nie magiczni obywatele
Wielkiej Brytanii szybko zorientowali się, że dzieje się coś niedobrego. Masowe
porwania, niewyjaśnione zgony całych rodzin, wybuchy i anomalie pogodowe
których nikt nie był w stanie przewidzieć. Ku przerażeniu wielu magicznych
obywateli Voldemort zaczął werbować w swoje szeregi również mugoli, bogatych,
wpływowych, bezwzględnych ludzi, którzy tylko czekali na taką okazję. W końcu,
po ogłoszeniu przez premiera mugoli stanu wyjątkowego od Anglii odwróciła się
również reszta świata. Dwa słowa, wojna domowa, skutecznie odstraszyły
pozostałe kraje. Zamknięci, odizolowani, pozbawieni sprzymierzeńców obywatele
zielonej wyspy musieli radzić sobie sami. Jednak wielu Irlandczyków zostało by
pomóc, walczyć u boku Brytyjczyków ramię w ramię. Hermiona wciąż pamiętała
dzień w którym jej pochodzący z Irlandii szkolny kolega, Seamus Finnigan
sprzeciwił się swojej matce która błagała go by wrócił z nią do domu.
- Seamus! – błagalnym tonem krzyczała kobieta. – Proszę, błagam,
choć ze mną! – łzy obficie spływały po policzkach kobiety która zaczęła
próbować siłą zaciągnąć swojego syna do powozu. Bezskutecznie, Seamus wyrwał
rękę z jej uchwytu i odsunął się do tyłu.
- Wybacz mamo, ale ja już podjąłem decyzję. Zostaję tutaj. –
powiedział i wyprostował się poprawiając zmiętą bluzę. – Wiesz że muszę. –
dodał.
Zapłakana kobieta spuściła głowę i przez chwilę oboje stali
w milczeniu. Jakby trwająca wokoło cisza miała dać w końcu odpowiedź. Po chwili
pani Finnigan podeszła do syna i odpięła z szyi swój złoty medalion na którym
widniała podobizna Świętego Patryka.
- Podarował mi go twój ojciec, zaraz po naszym ślubie. –
zaczęła cicho i zapięła medalion na szyi syna który przerósł już swoją matkę o
głowę. – Przez te wszystkie lata dodawał mi sił i chronił mnie… niech teraz
będzie z tobą. To tak jakby jego cząstka była przy tobie. A skoro ja go nosiłam
to i moja. – powiedziała po czym mocno przytuliła Seamusa.
Finnigan od razu odnalazł się w konspiracji i dzielnie
ruszał na akcje dywersyjne podkładając materiały wybuchowe w strategicznych dla
Śmierciożerców miejscach, jednak pół roku po pożegnaniu z matką sam zginął od
wybuchu jednej z mugolskich bomb. Przy tym tragicznym wydarzeniu była Hermiona.
Gdy opadł kurz a dookoła zapanowała bolesna cisza, jedyne co mogła zrobić to
wyciągnąć z kałuży krwi rozerwany, złoty medalik, który później za
pośrednictwem Kingsleya Shacklebolta trafił w ręce pani Finnigan.
Hermiona już nie pamiętała kiedy dokładnie ich trójka
przestała działać samotnie i kiedy ich misja rozrosła się do tak
niewyobrażalnych rozmiarów. Z początku byli sami, jednak później gdy sytuacja w
kraju zaczęła być coraz gorsza, członkowie Zakonu Feniksa utworzyli coś w
rodzaju ukrytego obozu i co jakiś czas przybywał ktoś nowy. Dostawiano kolejne
namioty, sprowadzano rannych i ochotników do walki, w końcu z kilku namiotów
zrobiło się kilkanaście i aby Śmierciożercy nie odkryli ich położenia wszyscy
którzy posiadali różdżki raz dziennie musieli odnawiać zaklęcia chroniące i
maskujące. O celu ich wyprawy wiedziało tylko kilka osób, Kingsley Shacklebolt,
Remus Lupin i Artur Weasley, którym Harry zgodził się wyjawić prawdę.
„Żołnierze”, jak lubiła myśleć o nich Hermiona, trwali w błogiej
nieświadomości. Gdyby odkryto że Voldemort ukrył gdzieś cząstki swojej duszy i
teraz jest praktycznie nieśmiertelny, wywołałoby to nie tylko histerię ale i zapewne
masowe samobójstwa. Tak więc ich obóz, noszący nazwę Złotego Feniksa, działał
jako ostoja dla walczących, samotnych i okaleczonych wojną nie tylko
czarodziejów ale także i mugoli, którzy poznając prawdę o dziwo znajdowali w
sobie pokłady nowej siły. Utworzono prowizoryczny szpital w którym każdy musiał
pomagać, chociaż to Hermiona przebywała w nim najczęściej ze względu na swoją
wiedzę, inteligencję i szybkość działania. Sara Mitchell i Albert Wilkins byli
głównymi medykami. Porzucili pracę w szpitalu Świętego Munga i ruszyli na
front, by pomagać ofiarom wojny. Sara była cennym nabytkiem gdyż posiadała
wiedzę nie tylko z zakresu medycyny magicznej, ale także i mugolskiej. Hermiona przeczesała ręką włosy i spojrzała
przed siebie. We wczesnowiosennym, kwietniowym
poranku wciąż czuło się powiew minionej zimy. Zadrżała. Już za kilka
miesięcy skończy dwadzieścia jeden lat, nawet nie zauważyła kiedy dorosła.
- Idź na śniadanie. – poklepała ją po kolanie Sara. – Molly
zapewne już nie śpi. – dodała i wstała, po czym zniknęła za połami namiotu.
Hermiona była jej wdzięczna. Wiedziała że teraz Sara wraz z Albertem, wysokim
czterdziestoletnim brunetem, przetransportuje oba ciała na pobliski
prowizoryczny cmentarz dla ofiar i wysyła ją na śniadanie tylko po to, by
zaoszczędzić jej tego widoku. Nie zwlekając Gryfonka otrzepała się z resztek
liści i ziemi i odkładając prysznic na później ruszyła w kierunku obozowej
kuchni. Po drodze minęła namiot w którym spał Harry i Ron, była pewna że oboje
odsypiają nocną zmianę, jednak wyszła z błędu gdy zauważyła jak ruda głowa Rona
umyka spod namiotu miłości. Trzymał za rękę Lavender Brown a na jego ustach
majaczył uśmiech. Czyli pewnie Ginny jest u Harryego, pomyślała. Nie miała za
złe Ronowi że znów zszedł się z Lavender. Brown daje mu to czego ona nie może i
nie chodziło już tylko o seks. Gdy minął pierwszy rok ich wyprawy Ron zaczął
popadać w depresję. Robiła co mogła by mu pomóc ale wiedziała że na nic się to
zda. Sama była w kiepskiej formie psychicznej, nie wspominając już o Harrym
który prawie sypał się na ich oczach. Gdy minął kolejny rok i założono obóz
Złotego Feniksa Hermiona rzuciła się wir pracy i obowiązków polowych, nie miała
głowy do spacerów za rączkę i namiętnych nocy. Była dla Rona coraz bardziej
oziębła i nieobecna i zdawała sobie z tego sprawę. Kochała się z nim
automatycznie, odpowiadała półsłówkami aż w końcu, gdy do obozu trafiła
Lavender wraz ze swym ojcem, nie trzeba było długo czekać aż dawne uczucie
między nią a Ronem zakwitnie na nowo. Nigdy nie miała o to pretensji, wręcz
przeciwnie. Gdzieś w głębi duszy cieszyła się że Lavender poświęcała rudzielcowi
czas, a on znów zaczął się uśmiechać. Podobnie było z Harrym. Notoryczne zmiany
miejsc, niemoc i samotność zaczęły mocno oddziaływać na jego psychikę. Jednak
gdy do obozu trafiła prawie cała rodzina Weasley, a Harry znów w ramionach
poczuł ukochaną Ginny odżył prawie natychmiast. Za cichą namową Hermiony i Sary
postawiono na uboczu jeden, nieduży namiot. Nie miał nazwy ale szeptano o nim
„namiot miłości”. Tylko tam, spragnione chwili intymności pary, mogły co jakiś
czas na jeden wieczór zostać w odosobnieniu. Z namiotu korzystały nie tylko
pary małżeńskie jak Bill i Fleur Weasley, ale także zakochani czy narzeczeni. Na
co dzień większość spała i mieszkała w dużych, łączonych namiotach więc o
prywatność było ciężko. Aby zapobiec niechcianym ciążom każda kobieta i
dziewczyna która zaczęła miesiączkować raz w miesiącu musiała wypić eliksir
antykoncepcyjny. Ważeniem go zajmował się po godzinach Albert Wilkins a
potrzebne ingrediencje dostarczał mu zawsze Remus Lupin. Po trzech latach obóz
zaczął mieć nie tylko własny szpital, miejsce schadzek, damską i męską łaźnię
ale i punkt do ćwiczeń oraz niewielkie poletko na którym uprawiano ziemniaki i
wszelkiego rodzaju warzywa oraz zagrodę na kury, kaczki, indyki i świnie, które
z czasem przynieśli ocaleni bądź powracający z misji Aurorzy. Hermiona właśnie
minęła zagrodę kokoszek i weszła do olbrzymiego namiotu z którego czuć już było
zapach śniadania. Przy wielkim, kamiennym piecu niczym mrówka uwijała się Molly
Weasley. Hermiona podeszła do stojącej obok miski z mydłem i wodą i porządnie
umyła ręce.
- Dzień dobry. – zagadnęła kobietę szatynka. – Może w czymś
pomóc? –
- Och dzień dobry! – odparła Molly Weasley odwracając się na
chwilę od olbrzymiego gara z którego buchała para. - Nie nie, kochaneczko.
Wszystko już prawie gotowe, zaraz przyjdzie Luna z dzieciakami i rozłożą
talerze. –
I rzeczywiście, ledwo Hermiona zajęła miejsce przy jednym z
długich stołów jak do namiotu weszła jej długowłosa, blond przyjaciółka. Zaraz
za nią idąc w rzędzie weszło stadko dzieci w różnym wieku. Większość była
sierotami, tak jak oni ofiarami trwającej
już cztery lata wojny. Wśród gromadki Hermiona dopatrzyła się trójki
rodzeństwa, którą usypiała swoimi historyjkami. Rodzice chłopca i dwóch
dziewczynek zostali zabici przez oddział Śmierciożerców. Zanim poplecznicy
Voldemorta zdemolowali dom, ojciec i matka schowali przerażone dzieci w ukrytej
piwnicy zabezpieczonej zaklęciami. Gdy dwa dni później do zrujnowanego domu
weszli Aurorzy zastali siedzące przy zwłokach rodziców, milczące dzieci. Takich
jak one było o wiele więcej. Milczących, rozglądających się dookoła
przestraszonym wzrokiem, nie do końca świadomych że rodzice już nigdy nie
wrócą. Luna cierpliwie podawała im talerze i sztućce a one, swoimi małymi lecz
chętnymi do pracy rączkami układały je na stole w większym lub mniejszym
porządku. Jasnowłosą Krukonkę traktowały jak starszą siostrę, trochę
ekscentryczną lecz mimo wszystko zasługującą na szacunek i poważanie. Luna
Lovegood dzięki swojemu wrodzonemu optymizmowi była dla nich niczym promień
słońca. Wymyślała gry i zabawy, uczyła obchodzenia się ze zwierzętami i
prowadziła zajęcia artystyczne obejmujące malowanie, rysowanie i śpiewanie. W
prowadzeniu tego prowizorycznego przedszkola pomagały jej siostry Patil, Padma
i Parvati które dołączyły do obozu zaraz po tym, jak ich rodzice torturowani
przez Rudolfa i Bellatrix Lestrange, doprowadzeni do szaleństwa popełnili
samobójstwo skacząc z okna budynku w którym ich przetrzymywano.
Sala powoli zapełniała się głodnymi, wciąż zaspanymi ludźmi,
którzy przywitawszy się krótko zajmowali swoje miejsca przy stołach. Hermiona
wiedziała że musi wyglądać okropnie gdyż każdy z wchodzących starał się
zajmować miejsce jak najdalej od brudnej, zmęczonej Gryfonki. Jednak na widok
pewnej osoby Hermiona od razu poczuła się lepiej. Wysoki brunet, którego czarne
włosy były już lekko przydługie miał niezwykle jasne, błękitne oczy. Taka
mieszanka przyprawiała większość obozowych dziewczyn o szybsze bicie serca. Był
dobrze zbudowany a z jego twarzy nie schodził uśmiech. Był zadowolony z faktu
że tutaj jest i może walczyć ramię w ramię z Brytyjczykami w słusznej sprawie.
Jakub Wolski, dwudziestoczteroletni czarodziej z Polski, będący także
wykwalifikowanym żołnierzem, wraz ze swymi dwoma kolegami, Gabrielem i Adrianem
byli dla obozu cennym nabytkiem. Gabriel i Adrian byli o kilka centymetrów niżsi
od Jakuba i w przeciwieństwie do niego ich fryzury były typowo wojskowe. Ich
brązowe włosy ścięto na krótko, ale mimo to wciąż nie mogli narzekać na brak
zainteresowania ze strony dziewczyn. Oprócz fryzur i ciemnych oczu od kolegi
różniło ich coś jeszcze. W przeciwieństwie do niego byli cisi i prawie wcale
się nie odzywali. Za to Jakub wciąż miał coś do powiedzenia. Wszyscy uwielbiali
jego gadatliwość i podziwiali praktycznie perfekcyjny angielski. Przybyli do
Anglii rok wcześniej, tłumacząc że po prostu musieli. Nie obchodziło ich zdanie
reszty krajów i opinia że w wojnę domową Wielkiej Brytanii nikt nie powinien
się mieszać. Jednak wielu polskich wojskowych było innego zdania. Wąskie,
czerwone oczy Voldemorta niedługo miały zwrócić się w stronę pozostałych krajów
Europy i tylko kwestią czasu było, kiedy to nastąpi.
Jakub obmywszy przy wejściu ręce przywitał się grzecznie z
Molly Weasley która zaczerwieniła się niczym podlotka i usiadł obok Hermiony.
- Dzień dobry Miona. – przywitał się wesoło. – Słyszałem że
miałaś dzisiaj ciężką noc w szpitalu. – zaczął. – Masz, po takiej nocce musisz
dobrze zjeść. – kontynuował po czym nałożył szatynce sporą porcję owsianki na
bekonie. Zaraz po tym dołożył do tego dwa wielkie sadzone jajka.
- Dzień dobry. – odparła zmęczonym głosem Hermiona. – Ta
porcja jest twoja, ja tyle nie zjem. – dodała po czym odsunęła talerz w
kierunku chłopaka i wzięła dla siebie nowy. Gabriel i Adrian usiedli obok
Jakuba i po skinieniu głową na przywitanie zajęli się śniadaniem. – Jak tam
zwiad? – zagadnęła bruneta Hermiona i nalała im obu soku pomarańczowego.
- Cóż, dowiedzieliśmy się paru ciekawych rzeczy, ale
wszystkiego dowiesz się na popołudniowym zebraniu. Kingsley zarządził je na
osiemnastą. – dodał i zaczął pałaszować owsiankę ze smakiem. Hermiona skinęła
głową i również zabrała się za jedzenie. Nagle, gdy kończyła już śniadanie
doszedł ją czyjś przyciszony głos z sąsiedniego stołu.
- Słyszałem że dzisiaj w nocy zmarła ta nowa, podczas
porodu. – zaczął jeden. – Szkoda dziewczyny. –
Hermiona zamarła. Spojrzała ukradkiem za siebie i zobaczyła
Franka i Boba, jednych z obozowych mieszkańców którzy na co dzień zajmowali się
uprawą roli.
- Taak… ponoć dziecko było jakiegoś Śmierciożercy.. aż
dziwne że zdołała donosić ciążę. – odparł Bob.
- Jak to? – zdziwił się Frank. Oboje byli już dobrze po
czterdziestce.
- No wiesz.. - zawahał się na chwilę mężczyzna po czym
dodał. – Podobno Śmierciożercy zaraz po gwałcie zabijają swoje ofiary, więc nie
wiem jakim cudem tej biedaczce udało się uciec, na własne nieszczęście.. –
Gryfonka miała dosyć. Ku zaskoczeniu Jakuba wstała,
podziękowała za śniadanie i tłumacząc się zmęczeniem i wielką ochotą na
prysznic opuściła namiot. Szła szybko, jakby siła stawianych przez nią kroków
miała pomóc w walce z wewnętrznym bólem. O kobiecie która zmarła podczas porodu
i jej dziecku wiedzieli niewiele. Jedyne co im powiedziała to to, że ma na imię
Clara, nic więcej, więc Hermiona nie miała pojęcia skąd Frank i Bob maja takie
informacje. Wściekła weszła do pustego namiotu który dzieliła wraz z Ginny i
Luną i po wzięciu świeżego ubrania i bielizny skierowała się w stronę kobiecej
łaźni. Była to odgrodzona drewnianymi balami przestrzeń w której znajdowało się
kilka głębokich wanien wypełnionych wodą, oraz parę prowizorycznych pryszniców.
Gryfonka zawsze wybierała to drugie. Rozebrała się do naga, odrzuciła na bok
brudne ubrania i zaklęciem zmusiła prysznic do pracy. Uwielbiała gdy ciepłe
krople czystej wody obmywały jej ciało po męczącym dyżurze w szpitalu. Ptaki śpiewały
coraz głośniej, las budził się do życia. W oddali, przez ścianę drewnianego
prysznica zauważyła stadko jeleni nasłuchujących kroków zbliżającego się
niebezpieczeństwa. Uwielbiała to miejsce, stało się dla niej domem i choć
surowe, obozowe warunki nie raz dawały jej w kość zdążyła już przywyknąć do
takiego życia. Wiedziała że praca w szpitalu i codzienny widok bólu i
cierpienia zahartowały ją na tyle by móc wytrzymać w przyszłości jeszcze
więcej. Jednak jedna rzecz nie dawał jej spokoju. Ta myśl drążyła w niej dziurę
niczym wstrętny, obślizgły robak, który toczył jej duszę. Ani hart ducha, ani
przyjaciele nie byli w stanie ukoić tego cierpienia. Myśl o rodzicach dawała o sobie
znać zawsze gdy zostawała sama. Jeszcze przed wojną usunęła im wspomnienie o
sobie i zaszczepiła fałszywe pragnienie wyprowadzenia się do Australii. Byle
jak najdalej od tego piekła. Z każdym rokiem nabierała pewności że to co
zrobiła było słuszne, jednak strach przed całkowitą stratą rodziców skutecznie
odbierał jej siły. Zaklęcie zapomnienia rzucone przez nią cztery lata temu było
silne i była przekonana że wciąż działa, jednak wiedziała że może mieć ono
swoje konsekwencje. Raz zapytała Remusa Lupina co o tym myśli. Była mu
wdzięczna za szczerość i za to że nie traktował jej pobłażliwie.
- Będę szczery. – zaczął mężczyzna. – Dobrze rzucone
zaklęcie które działa przez tyle lat, może na zawsze pozbawić rodziców
wspomnień o tobie. Ale zawsze jest nadzieja, Hermiono. – dodał łagodnie.
Zawsze jest nadzieja, pomyślała gorzko a piana z szamponu
zaczęła spływać po jej nagich plecach. Nadzieja… żyła nią od czterech lat i
czuła że to uczucie powoli zaczyna się ulatniać. Westchnęła i szybko
dokończywszy prysznic ubrała się w dżinsy i czarną bluzkę z długimi rękawami.
Sięgające pasa włosy rozczesała i wysuszyła zaklęciem. Miała teraz czas na
odpoczynek i drzemkę, jednak wolała udać się w kierunku zagród. Neville kończył
właśnie karmić ptactwo i na jej widok pomachał przyjacielsko.
- Idź na śniadanie, ja skończę za ciebie. – powiedziała
Gryfonka i chwyciła za stojące obok wiadro z jedzeniem dla prosiąt. Wdzięczny
Neville pognał co sił w stronę kuchni. Różowe prosiaczki z zapałem pałaszowały
mieszkankę przygotowaną przez Molly Weasley i przez chwilę Hermionie zrobiło
się ich żal.
- I tak skończycie jako boczek. – powiedziała smutno i
pogłaskała jedną ze świnek za uchem.
- Lepszy taki los niż zostanie workiem treningowym dla
Śmierciożerców. –
Odwróciła się za siebie i spojrzała w uśmiechniętą twarz
Jakuba. Ubrany był w wojskowe, ciemnozielone spodnie i biały t-shirt, różdżkę
włożył do kieszeni a w rękach trzymał czarny karabin maszynowy. Jak zwykle nie był
nabity. Magazynek wkładał dopiero gdy zaczynał trening.
- A gdzie jest Gabriel i Adrian? – zapytała Hermiona wstając
z kucek i odkładając na bok trzymane w ręku puste wiadro.
- Pani Weasley zagoniła ich do zmywania. – zaśmiał się
Jakub. – Mnie udało się zawczasu zbiec, ale jestem pewny że później mi się za
to odwdzięczą. – dodał wciąż radosnym tonem i ruszył w kierunku strzelnicy.
Hermiona lubiła patrzyć jak jej polski kolega ćwiczy, czy to w pojedynkę
strzelając, czy to ze swoimi kolegami walkę wręcz i zaklęcia. Nie myślała wtedy
o niczym, była nieobecna duchem i zawsze bardzo jej się to podobało. Kilkanaście
metrów od miejsca ćwiczeń znajdowało się kilka klatek dla jeńców, lecz od dnia
swojego powstania stały puste. Jeszcze nigdy nie trafił do nich żaden
Śmierciożerca lub popierający politykę Voldemorta mugol. Czasami dzieci
urządzały sobie tam zabawę, jednak za każdym razem ktoś ich stamtąd przepędzał.
Trrrrrrrrrrrrrrr!!!!!!
Głośny dźwięk wystrzeliwanych naboi odbijał się w uszach
Gryfonki nieprzyjemnym echem. Jakub stał pewnie w lekkim rozkroku i mrużąc oko
mierzył do celów rozmieszczonych w różnych częściach poligonu. Jego czarne, aksamitne
włosy powiewały przy każdym odrzucie. Z początku Hermiona zastanawiała się po
co czarodziejom taka broń, jednak gdy w szeregi Voldemorta weszli wpływowi
mugole i wraz z poparciem i pieniędzmi przynieśli ze sobą bomby i karabiny, do
czarodziejów dotarło że same różdżki już nie wystarczą. Kingsley Shacklebolt co
jakiś czas za pośrednictwem mugolskiego premiera załatwiał nowe dostawy broni,
a polscy czarodzieje byli odpowiedzialni za wyszkolenie nowych oddziałów. Jak
na rozkaz zaraz po śniadaniu przy poligonie stawiła się grupka kilkunastu
mężczyzn i młodych chłopców, którzy codziennie przez dwie godziny mieli ćwiczyć
strzelanie i sztuki walki. Według Jakuba na wojnie nie istniała nieprzydatna
umiejętność. Hermiona w końcu dała mu się namówić i co najmniej raz w tygodniu
pod czujnym okiem bruneta również chwytała za broń. Była w tym coraz lepsza i
szło jej to o wiele lepiej niż próba powalenia wysokiego chłopaka własnymi
rękami.
- Idę się przespać. – rzuciła w stronę Jakuba który zaczął
wydawać komendy i po drodze minęła wracających z kuchni Gabriela i Adriana. Zaraz
za nimi szedł Ron z Harrym zawzięcie o czymś dyskutując, miała wrażenie że się
kłócą.
- Cześć. – powiedziała cicho a dwójka przyjaciół od razu się
zatrzymała.
- Cześć Hermiono, jak noc? – zapytał Ron i po chwili zaczął
rozmasowywać bok w który szturchnął go Harry.
- Tak sobie. - odparła. – Cos się stało? – zapytała widząc
ich miny.
- Nie nic.. – zaczął wymijająco Harry jednak Ron był innego
zdania.
- Pewnie że nic.. – prychnął. – Może ty mu wytłumaczysz, bo
ja już nie ma siły, że pomysł by opuścić obóz, to głupi pomysł. – zwrócił się
rudzielec do Gryfonki z błaganiem w oczach.
- Opuścić obóz? – powtórzyła kasztanowłosa. – Harry dlaczego
wciąż wracamy do tego samego tematu? Już tyle razy próbowaliśmy na własną
rękę.. – jednak nie było jej dane
dokończyć.
- Może próbowaliśmy za mało?! – uniósł się Harry. – Może
właśnie w tym tkwi problem, że nie staraliśmy się aż nadto, co? Ja wiem że
życie tutaj może wydawać się świetne, ale rozejrzyjcie się tylko, żyjemy w
imitacji prawdziwego życia. Jesteśmy zamknięci w tym obozie niczym stado owiec.
Nie taką misję powierzył mi Dumbledore… – dodał i przerwał na chwilę. Ron i
Hermiona nie odezwali się ani słowem, dobrze wiedzieli że Harry w gruncie
rzeczy ma rację. Może i żyli z dnia na dzień, może i wypracowali jakąś
codzienność i namiastkę normalności, ale wciąż była to tylko imitacja wolności.
Za ochronną powłoką z zaklęć znajdował się groźny, śmiertelnie niebezpieczny
świat coraz bardziej przywłaszczany sobie przez Voldemorta. Wiedzieli, że w
końcu przyjdzie taki dzień w którym ta ochraniająca ich bańka pęknie i wszystko
się zawali.
- To co chcesz zrobić? – zapytała Hermiona nerwowo. – Jaki
masz plan? Wiesz że ja i Ron pójdziemy za tobą wszędzie. –
- Dzisiaj o osiemnastej Kingsley zwołuje zebranie. Ponoć
dysponuje ważnymi informacjami i sam ma w planach jakąś akcję. Zobaczymy o co
chodzi i na jej podstawie podejmę decyzję. –
Hermiona zmarszczyła brwi. Widziała w oczach przyjaciela
determinację i wiedziała że ma słuszność.
- W porządku. – odparła a Ron sapnął cicho licząc pewnie na
to, że Hermiona zacznie mimo wszystko przekonywać Harryego do pozostania w
Złotym Feniksie. – Na dziesięć minut przed zebraniem wyślij mi patronusa, teraz
idę spać. – dodała i ruszyła przed siebie. Teraz myślała tylko o jednym. O
miękkiej poduszce na swojej pryczy i całkowitej ciszy.
~
Gdy srebrny, duchowy jeleń oznajmił jej głosem Harryego
Pottera że jest za dziesięć osiemnasta, niechętnie wstała z łóżka i przeciągnęła
się kilkakrotnie. Założyła na siebie cienką, czarną wiatrówkę, przeczesała
szczotką włosy i spięła klamerką wysoko dwa, wolne pasma. Namiot w którym
omawiano strategie był tak jak inne zielony, lecz od pozostałych był nieco
wyższy. Gdy przyszła w środku byli już praktycznie wszyscy. Kingsley
Shacklebolt stał naprzeciwko długiego, drewnianego stołu na którym znajdowały
się liczne mapy. Obok niego zauważyła Remusa Lupina, Artura Weasleya, Minervę
McGonagall, paru Aurorów w tym Nimfadorę Tonks, oraz Harryego i Rona. Zaraz za
nią do namiotu wszedł Jakub z Gabrielem i Adrianem.
- Świetnie, więc jesteśmy w komplecie. – powiedział
Kingsley. – Mamy do omówienia kilka ważnych kwestii więc zacznę od razu. Dzięki
staraniom wielu dzielnych czarodziejów i mugoli odkryliśmy, że Ten Którego
Imienia Nie Wolno Wymawiać nie mieszka już w posiadłości rodziny Malfoy. Co
więcej, Malfoy Manor od dłuższego czasu stoi puste i nie zauważono by
ktokolwiek tam przebywał. – przerwał na chwilę gdyż wśród zgromadzonych
rozszedł się pomruk zdziwienia. Dla Hermiony również było to niecodzienne.
Voldemort uwielbiał przepych a dwór Malfoyów świetnie nadawał się na jego
rezydencję. Nie miała więc pojęcia dlaczego nie tylko Voldemort go opuścił, ale
także cała rodzina do której ów dwór należał. Jedynymi osobami na których ta
informacja nie zrobiła ważenia byli polscy czarodzieje.
- Podejrzewamy, że nową kryjówką Tego Którego Imienia Nie
Wolno Wymawiać są góry . Jednak znalezienie jego dokładnego położenia z pewnością
zajmie nam trochę czasu. Mówi się o paśmie Southern Fells, lecz na razie
niczego nie możemy być pewni. – kontynuował po czym spojrzał na Harryego. –
Dlatego wszelkie plany i dotychczasowe strategie muszą odejść w zapomnienie. –
dla Wybrańca był to jasny komunikat. Na razie nigdzie się nie wybierają. –
Drugą sprawą jest jutrzejsza akcja. – ciągnął. – Dzięki naszemu informatorowi
wiemy że na przedmieściach Londynu ma dojść do walk między Śmierciożercami a
pewną grupką czarodziejów z podziemia, Jakubie.. – zwrócił się w kierunku
bruneta. – Ty i twoi podwładni ruszycie tam jutro o świcie, macie ich wesprzeć.
Ja z moim oddziałem dołączymy do was przed południem. –
- Tak jest. – odparł krótko Jakub.
- To na razie wszystko, niebawem powiadomię was o kolejnym
zebraniu. – powiedział Kingsley po czym większość zebranych zaczęła się
rozchodzić. Jedynie Harry stał przez chwilę nieruchomo wpatrując się w mapy po
czym wyszedł z namiotu nie patrząc na nikogo. Hermiona i Ron ruszyli za nim. Słońce
już zaszło a chłodny wiatr szeleścił w liściach i targał im włosy. Cisza która
między nimi panowała była nazbyt wymowna. Harry zaciskał ręce ze złości a ona i
Ron stali patrząc się w jego plecy.
- Harry… - zaczęła nieśmiało. Tak bardzo mu współczuła.
Misja którą powierzył mu Dumbledore była najważniejszą rzeczą którą musiał
wykonać. Niestety, z każdym rokiem wizja szybkiego obalenia Voldemorta oddalała
się coraz bardziej.
- Już go nie widzę. – zaczął Harry. – Od ponad pół roku nie
mam wizji. Z początku myślałem że to przejściowe, ale teraz wiem że jakoś
zdołał zablokować przepływ naszych myśli. Zanim to się stało czułem że jest
niespokojny, strasznie się o coś wściekał a później nastała cisza. – powiedział
i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. – Myślę że coś się zbliża, czuję że nie wiemy
o czymś ważnym.. tylko nie mam pojęcia co to takiego. – Wybraniec czując na
ramionach dłonie swoich przyjaciół wciąż wpatrywał się w gwiazdy. Ona też to
czuła, nienazwany lęk, niewypowiedziane zagrożenie które wisiało nad nimi
niczym czarne, gęste chmury. Z każdym dniem wiedziała że owe coś jest coraz
bliżej.
~
Nazajutrz wstała wcześnie i zdążyła jeszcze życzyć Jakubowi
i reszcie powodzenia, po czym ruszyła w stronę szpitala. Sara i Albert podawali
pacjentom codzienną dawkę leków i eliksirów więc kasztanowłosa zajęła się
porządkami w składziku. Tabletki, strzykawki, opatrunki, bandaże, eliksiry.
Wszystko miało swoje miejsce i choć nie było tego zbyt wiele, zawsze trzeba
było zadbać aby nic nie walało się bez celu. Tym bardziej teraz, w dniu akcji
gdy pod wieczór wrócą zapewne i ranni. Hermiona z czasem odkryła że lubi
przebywać w szpitalu. Praca była ciężka i niejednokrotnie wymagała od niej
przełamania jej własnych barier, ale czuła że to co robi ma sens. Od Alberta
uczyła się trudnych, medycznych zaklęć a od Sary mugolskiej medycyny, która
wymagała olbrzymiej wiedzy. Czasami myślała że gdyby wojna się już skończyła,
poszłaby się kształcić na magomedyka. To takie dziwne, odkryć swoje powołanie
właśnie teraz, pomyślała.
Dzień mijał zadziwiająco spokojnie nie licząc Nevilla, który
pojawił się w szpitalnym namiocie po tym jak rozciął sobie palec podczas
krojenia warzyw na kolację. Większość pacjentów już spała, obóz wypełniała
wieczorna cisza a Hermiona spokojna wiedząc że dzisiaj dzieciom bajkę opowie
Luna, zaczęła lekko przysypiać na szpitalnym krześle. Nagle jednak przed
namiotem rozległ się trzask teleportacji. Najpierw jeden, potem drugi, trzeci,
czwarty… Do namiotu wpadł Artur Weasley z którego głowy obficie skapywała krew.
Sara zerwała się na równe nogi i podbiegła do rannego. Zaraz za nim pojawiło
się kilkoro Aurorów którzy również odnieśli rany. Albert szybko kazał położyć
im się na czystych kozetkach i zanim zdążył wydać Hermionie odpowiednie
polecenie, do namiotu wszedł Kingsley Shacklebolt który wraz z Jakubem taszczył
nieprzytomnego chłopaka. Położyli rannego na wolnym łóżku i odsunęli się na bok
by nie przeszkadzać.
- Hermiono zajmij się nim szybko! - zawołała Sara. – Zaraz do ciebie przyjdę. –
Gryfonka podeszła z wyciągniętą różdżką do mocno
poturbowanego pacjenta. Jego biała koszula cała była w plamach z krwi, jasne,
półdługie kosmyki były w nieładzie a twarz znaczyły liczne skaleczenia. Mimo
takiego wyglądu Hermiona od razu rozpoznała w nim człowieka którym tak bardzo
gardziła. Jak mogłaby o nim zapomnieć? O tej niechęci gdy słyszała sam dźwięk
jego nazwiska. Nie potrafiła się ruszyć, nie miała najmniejszej ochoty mu
pomagać. Wiedziała co musi zrobić lecz jedyne do czego była zdolna to do
wpatrywania się w jego nieprzytomną twarz. Nie miała żadnych wątpliwości, na
łóżku leżał zakrwawiony Draco Malfoy.
Komentarze
Prześlij komentarz