CZĘŚĆ DRUGA: Rozdział 15 - Czarny Dwór.
Dawno, dawno temu zaistniała ciemność. Była jedyną istotą w
całym wszechświecie i przez wieki samotnej egzystencji przyzwyczaiła się do
tego stanu, niczym porzucona na morzu pojedyncza wyspa. Była świadoma swego
istnienia i w pojedynkę przemierzała ocean czasu, lecz w pewnym momencie, sama
nie wiedziała kiedy, poczuła samotność. Uczucie oplotło ją ze wszystkich stron
i zachwiało jej pewnością siebie.
- Jestem samotna…. – załkała ciemność. – Jestem tak bardzo
samotna… -
Ciemność, wcześniej pewna siebie i zadowolona z życia teraz
uważała siebie za coś złego i nie do końca czystego. Była przekonana że gdyby
było inaczej, nie poczułaby tak strasznego uczucia. Z każdą kolejną chwilą
rozpacz wdzierała się coraz głębiej w ciemność i pchała ją ku samozagładzie.
Jednak..
Gdy ciemność myślała że nic już jej nie uratuje, nagle
dostrzegła coś niesamowitego. Piękno nowej istoty zaparło jej dech, było dla
niej czymś zupełnie nieznanym, zaprzeczeniem jej samej, jednak gdzieś w głębi
czuła, że zna tę istotę i czeka na nią od dawna.
- Nie jesteś sama… - usłyszała.
Na dźwięk tego głosu ciemność zadrżała.
- Kim jesteś? – zapytała nieśmiało.
- Zwij mnie jasnością. – odpowiedział przybysz. – Narodziłem
się dla ciebie, by móc wspólnie iść przez czas. Już nigdy nie będziesz sama. –
rzekł, po czym podał ciemności swoją dłoń. Gdy tylko ciemność poczuła ciepło
bijące od jasności od razu pozbyła się całej samotności ze swego serca. Od tego
momentu wspólnie, ciemność i jasność przemierzali nie tylko czas, lecz także
niezliczoną mnogość światów, by w każdym z nich zasiać nasionko balansu i
harmonii.
Tak oto narodziła się miłość. I nadzieja, że nawet gdy
dookoła nie ma nic oprócz ciemności a ciebie wypełnia samotność i smutek, to
zawsze gdzieś czeka światło, które wypełni cię po brzegi i doda otuchy.
Lecz bywa, że przewrotny los czasem zamyka swoje bramy do
wolności.
…
Stała pośrodku nieprzeniknionego mroku. Nie czuła obok
siebie nikogo ani niczego. Jedynie ból straty, której jeszcze nie rozumiała.
- Coś straciłam. – pomyślała. – Coś bardzo, bardzo ważnego.
–
Nagle w ciemności zajaśniało światło wysokiej, migotliwej
osoby. Nie umiała rozpoznać jej twarzy, lecz wiedziała że była to tak bardzo
ukochana twarz, że sama myśl o niej powodowała ból. Teraz, rozmyta i za mgłą
zdawała się być tylko wspomnieniem.
- Nie odchodź. – powiedziała wyciągając przed siebie bladą
dłoń, lecz wysoka, jasnowłosa postać odwróciła się i zaczęła iść w głąb mroku.
– Nie odchodź! – krzyknęła i spróbowała go dogonić. – Nie zostawiaj mnie
samej… - załkała. - Proszę, nie zapomnij o mnie! – krzyknęła, a jasna postać
zatrzymała się na chwilę. Gdy już, już prawie znów mogła zobaczyć tę ukochaną
twarz… Szeroko otworzyła oczy.
~
Hermiona obudziwszy się ze snu szeroko otworzyła powieki i
usiadła niemal w tej samej chwili. Nie wiedziała dlaczego, ale od dawna nie
czuła takiego strachu. Coś straciła… coś… kogoś… Mając w oczach pustkę
bezwiednie dotknęła swoich policzków i poczuła że są mokre od łez.
- Dlaczego… - szepnęła i spojrzała na mokre palce. Nagle
rozejrzała się po pomieszczeniu w którym się znalazła i dostrzegłszy dwie
siedzące obok kobiety zerwała się na równe nogi. Z zamiarem wyciągnięcia
różdżki sięgnęła do kieszeni spodni, lecz z przerażeniem odkryła że nie ma nie
tylko różdżki, ale i samych dżinsów. Spojrzała na siebie i nie mogła uwierzyć w
to co widzi. Zamiast spodni i koszulki miała na sobie czarną suknię pokojówki w
dziewiętnastowiecznym stylu, na którą założony był biały, koronkowy fartuch.
Długie włosy spięto jej w niski kok, lecz gdzieniegdzie uwolniły się niesforne
kosmyki. Widziała takie stroje w starych filmach historycznych, opowiadających
o bogatych lordach w dziewiętnastowiecznym Londynie, bądź w teatrze, dlaczego
więc, na Merlina, teraz ona jest ubrana jak jedna z tych nieszczęsnych
służących? Lecz co ważniejsze, gdzie jest i jak się tutaj znalazła? Co ze
Złotym Feniksem, Harry, Ronem, Ginny? Kim są te kobiety i czy cokolwiek wiedzą
o jej sytuacji?
Już miała się rzucić w kierunku drzwi, gdy nagle starsza z
kobiet, podobna do profesor McGonagall, odezwała się spokojnie.
- Witaj. – zaczęła. – Wiem że masz wiele pytań, ale pozwól
że na początek się przedstawię. – dodała po czym wstała z drewnianego stołka. –
Nazywam się Marietta Jones. Jestem starszą służącą i przełożoną pokojówek w tym
zamku. Ta dziewczyna za mną to Becky Davies. – na te słowa dziewczyna siedząca
za Mariettą pomachała Hermionie krótko. Miała na sobie identyczny strój jak
Gryfonka i Marietta. – Oprócz nas służy w tym domu jeszcze Karen Shaw, która tak
jak my jest pokojówką i Peter Smith, stajenny. –
Kasztanowłosa stanęła prosto. Nie wiedziała gdzie jest, ale
prezentacja kobiety o nienagannej postawie sprawiła że poczuła się spokojniej.
Marietta mogłaby uchodzić za ciut młodszą siostrę Minervy McGonagall. Tak jak
ona była wysoka, po siedemdziesiątce i z wysokim i ciasnym kokiem na szczycie
głowy. Becky wydała jej się sympatyczna. Na oko dwudziestoletnia. Lat
odejmowała jej fryzura do ramion, jasnobrązowe włosy i okrągłe okulary.
Okrągłe okulary…. Harry! Hermiona nagle zapomniała o
wszystkim innym.
- Czy wiecie jak się tutaj znalazłam? – zapytała nagle
ignorując dobre maniery. – Nic nie pamiętam. – dodała marszcząc brwi.
- Przykro mi, ale wiem jedynie że pojawiłaś się w Czarnym
Dworze przedwczoraj. – odparła siwowłosa Marietta.
- Czarnym Dworze? – zapytała Hermiona. Poczuła się tak,
jakby już gdzieś słyszała tę nazwę, jednak ciemna zasłona nie pozwalała jej do
końca odkryć prawdy. Marietta kiwnęła głową.
- Tak moja droga. Znajdujesz się w Czarnym Dworze, zamku
należącym do Lucjusza Malfoya i jego szanownej rodziny, lecz oczywiście,
głównym panem jest tu Sam Wiesz Kto. – dodała spokojnie. Hermiona usiadła z
powrotem na łóżku słysząc te rewelacje. Jakim cudem znalazła się w nowej
siedzibie Voldemorta? Siedzibie, którą od miesięcy Kingsley próbuje namierzyć!
Dlaczego tutaj jest i czy pozostali są bezpieczni? Poczuła jak ogarnia ją
strach. Co jeśli powiedziała coś co przyniosłoby zgubę jej przyjaciołom i
całemu Złotemu Feniksowi? Czy wszystko z nimi w porządku?
- Czy… Czy ja trafiłam tutaj sama? – zapytała utkwiwszy
wzrok w podłodze.
- Z tego co wiem, to tak. – odparła Marietta.
Hermiona westchnęła z ulgą. Skoro tylko ona trafiła do tego
okropnego miejsca, to w porządku. Nagle przed oczami stanęła jej twarz
zapłakanej Ginny, zmartwionego Rona, wściekłego Harry’ego. Twarz uśmiechniętej,
otoczonej dziećmi Luny, Molly Weasley pochylającej się nad talerzami gorącej
zupy i śmiejącej się w głos, twarz Jakuba, który zawsze witał ją rano i
odprowadzał do polowego szpitala. Twarze Sary i Alberta, którzy ubrani w białe
kitle z samego rana przyjmowali pacjentów i zawsze służyli jej radą. Poczuła że
do oczu napływają jej łzy. Tęsknota ścisnęła jej serce i zabrała oddech. Miała
wrażenie że zapomniała o czymś jeszcze. O kimś równie ważnym jak Harry, Ron,
Ginny, Jakub… może nawet ważniejszym. Nie wiedziała co to za uczucie i dlaczego
nie mogła nic sobie przypomnieć. Umysł nad którym przez tyle lat pracowała,
nagle wydał się jej wrogiem. Opanowawszy łzy wstała i wzięła głęboki wdech.
Ostatnim wspomnieniem był poród który odebrała wraz z Sarą. Poród nieznanej im
kobiety, który zakończył się śmiercią i dziecka i rodzącej. Coś jej się jednak
nie zgadzało.
- Który mamy rok? – zapytała spojrzawszy przez pobliskie
okno. Na zewnątrz rozkwitała wiosna. Ostatnie wspomnienie pochodziło z dwa tysiące
pierwszego roku, u schyłku zimy.
- Dwa tysiące drugi. – odparła kobieta.
Jęknęła. Zabrano jej rok. Rok wspomnień widocznie tak
cennych, że postanowiono je wymazać. Jako czarownica mugolskiego pochodzenia
nie powinna nawet przebywać w otoczeniu Voldemorta. Była pewna że sam
czarnoksiężnik by sobie tego nie życzył. Jednak ona tutaj stała. Zniewolona,
ale jednak żywa. Nie wiedziała co się wydarzyło przez ostatni rok, czego
doświadczyła ani dlaczego Riddle pozwolił by przeżyła, jednak wiedziała że
dopóki żyje ma szansę. Któregoś dnia odkryje prawdę i spróbuje stąd uciec. A
wtedy znów zobaczy ich twarze. Harry’ego, Rona, Ginny, Jakuba, Luny, Neville’a…
i tego kogoś, o kim nie pamięta, ale jest w niej. Czuje jego obecność która
wyryła się w jej mózgu mimo iż wypalono jej wspomnienia zaklęciem. „Przypomnę
sobie i cię odnajdę.” obiecała sobie w duchu i wzięła głębszy wdech.
- Nazywam się Hemiona Granger. – powiedziała w końcu odwracjąc się w stronę kobiet. – Miło
mi was poznać. –
*
Szła dwa kroki za Becky i nie mogła oderwać wzroku od bogato
zdobionych mebli, korytarzy, nawet drzwi do poszczególnych sypialni czy
pomieszczeń gospodarczych. Zamek był ogromny, posiadał kilkanaście pokoi, tyle
samo łazienek, olbrzymi salon z dwoma kominkami, nie mniejszą jadalnię, salę
balową, stajnię i piwnice, o których nowa znajoma Gryfonki mówiła niechętnie.
- Nie zbliżaj się do zachodnio północnej wieży, Sam Wiesz
Kto tam rezyduje. – ostrzegła Hermionę Becky i gdy oprowadziła szatynkę po
większej części zamku, wróciła z nią do kuchni znajdującej się piętro niżej od
głównego holu.
- Hermiono, poznaj Karen. – powiedziała Marietta która
właśnie skończyła przeglądać swoje notatki siedząc przy długim, nieco
wypłowiałym lecz czystym stole. Młoda
blondynka której jasne włosy były związane w niski, krótki kucyk wstała i
otrzepała ręce z okruszków.
- Karen Shaw. – uśmiechnęła się dziewczyna.
- Hermiona Granger. – odparła szatynka. Oceniła że Shaw nie
mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Wyglądała na niewiele młodszą od Becky.
- Pewnie jesteś głodna. – powiedziała przyjaźnie Karen. –
Nie jadłaś od dwóch dni. Siadaj, zaraz podam ci kanapki. – dodała po czym
szybkim krokiem podeszła do starego kredensu. Wyciągnęła z niego talerz, nóż
oraz widelec i postawiła je przed Hermioną. Kasztanowłosa zastanawiała się w
jaki sposób kobiety przechowują potrawy wymagające niższych temperatur. Pół
godziny wcześniej Becky zaprowadziła ją do spiżarni znajdującej się obok kuchni
i tłumaczyła jej rozmieszczenie poszczególnych słoików z konfiturami, gotowymi
daniami, sokami, nalewkami i całą masą świeżych warzyw oraz owoców. Gdy Shaw
nagle otworzyła wielką szafę z której buchnęło zimno, a ze środka wyciągnęła
niewielką kostkę masła i słoik dżemu Hermiona nie kryła zdziwienia.
- Myślałam że nie możecie używać czarów.. przecież nie macie
różdżek. – powiedziała zaskoczona.
- Tę „lodówkę” zawdzięczamy panu Snape’owi. – odparła
Marietta krótko. Hermiona miała ochotę na poznanie całej historii jednak surowa
przełożona pokojówek wróciła do sporządzania notatek i nie wyglądało na to, by
miała ciągnąć ten temat. Gryfonka posmarowawszy chleb masłem i dżemem zatopiła
zęby w smacznej kanapce i umysł w przemyśleniach.
Zamek był twierdzą, nie miała co do tego wątpliwości. Z tego
co zdążyła zauważyć, wywnioskować i wypytać, znajdowali się w stworzonym przez
samego Voldemorta pałacu, położonym w górach, prawdopodobnie gdzieś w Southern
Fells. Czarny Dwór otoczony górami, lasami i zaklęciami, stał się jej więzieniem.
Wiedziała że nigdy nie nazwie go domem, choćby próbowała się oszukać.
Najbardziej przerażała ją wizja dłuższego pobytu. Jak się okazało Marietta mieszkała
tu już od trzech lat, Becky od dwóch, Karen od ponad pół roku, a stajenny
Peter, osiemnastoletni chłopak o krótkich, brązowych włosach, od dwóch tygodni.
Każdy z nich był czarodziejem półkrwi,
porwanym od rodziny bądź całkowicie jej pozbawionym za sprawą Śmierciożerców.
Tylko ona nie pasowała do obrazka i nie dawało jej to spokoju. Była mugolaczką
więc za sam ten fakt powinna być już martwa, jej rodzina żyła i gdzieś daleko
wiodła szczęśliwe życie, więc miała motywację do działania. Do tego była przyjaciółką
Harry’ego Pottera, dlaczego więc zamiast posłużyć się nią jako przynętą
zamknęli ją w tym zamku? Nie wiedziała. Pierwszy raz w życiu nie potrafiła
dopasować do siebie elementów układanki i niesamowicie działało jej to na
nerwy. Zachodziła też w głowę gdzie podziały się jej ubrania i czy może miała
przy sobie coś, co pomogłoby jej w odzyskaniu wspomnień. Westchnęła.
Skończywszy śniadanie wstała, zmyła po sobie naczynia i poprawiła biały,
koronkowy fartuch.
- Chodź, dzisiaj zaczniesz od czegoś lżejszego. – zaczęła
Becky biorąc ze schowka wiadro, płyn i dwie szare szmaty. - Będziesz myć
poręcze. – powiedziała i wręczyła Hermionie niezbędne akcesoria. Hermiona
zawahała się przez moment, jednak po chwili ruszyła za dziewczyną w akompaniamencie
szelestu ich długich sukien.
~
Leżał na wielkim łożu z opuszczonym baldachimem i zakrywał
oczy dłonią. Miał ochotę rozszarpać sobie twarz gołymi rękami. Coś w jego
głowie zadawało mu ból tak silny że niemal wymusił na nim łzy, lecz nie był to
zwykły ból. Odnosił wrażenie że spotkało go coś niezwykle ważnego i strasznego
zarazem. Uczucie to zwiększyło się gdy dzień wcześniej odwiedził go zadowolony
ojciec i z uśmiechem na ustach powitał w progach nowego domu. Gdy zaskoczony
Draco zapytał „co to znaczy że go nie było”, usłyszał że przez rok był
zakładnikiem tego głupca Kingsley’a Shacklebolt’a, który pojmał go podczas
jednej z akcji i dopiero teraz udało im się go odbić. Niestety, w wyniku urazu
stracił pamięć i nic nie pamięta z czasów niewoli.
Draco starał się przypomnieć sobie cokolwiek, jednak
wszelkie próby kończyły się nagłym i ostrym bólem głowy. Najgorsze miało jednak
dopiero nadejść. Dzisiejszej nocy miał dziwny sen. Znajdował się w ciemnym i
smutnym miejscu. Nie wiedział gdzie jest i dlaczego się tam znalazł, lecz nagle
w nieprzeniknionej ciemności usłyszał czyjeś wołanie. „Proszę, nie zapomnij o
mnie!”. Odwrócił się by zobaczyć kto go woła. Zdawało mu się że nieznajoma jest
niesamowicie blisko i gdy już prawie ujrzał jej twarz otworzył powieki, a nocna
mara zniknęła zostawiając go z nieznośnym bólem w głowie. O ile mógł zrozumieć
ból umysłu, tak zupełnie nie rozumiał dlaczego zaczęły targać nim tak silne
emocje. Czuł żal i smutek, miał ochotę wyć i miotać się po komnacie niczym
okaleczone zwierzę. W końcu, nie rozumiejąc samego siebie pozwolił by po
policzkach pociekły mu dwie, samotne łzy. „Za czym tak tęsknię?” zapytał samego
siebie ocierając twarz i prostując się w pościeli.
Światło poranka wdzierało się do pokoju i wypełniało go
jasnością. Na wieszaku powieszonym na wielkiej, dębowej szafie wisiał komplet
świeżych ubrań, obok łóżka na nocnym stoliku leżała różdżka, w kominku cicho
dopalał się ogień i wszystko zdawało się być takie samo jak przed rokiem.
Jednak… Draco wyciągnął przed siebie rękę w stronę ubrań. Trzymał tak dłoń aż w
końcu wyrwał się z letargu.
„Co ja wyprawiam?”, pomyślał i cofnął wyciągniętą dłoń.
Wstał z łóżka i podszedł do okna. Nie zauważył jak wieszak lekko zakołysał się
w miejscu, wprawiając ubranie w ruch.
~
Mycie poręczy okazało się nie być tak łatwym i przyjemnym
zadaniem jak z początku myślała. Zamek posiadał ich całkiem sporą ilość, na
dodatek bogato zdobione schody miały masę zakamarków w postaci rzeźbionych
liści czy kwiatów w których lubił ukrywać się kurz. Gdy po godzinie spocona i z
obolałymi plecami wróciła do kuchni ciężko usiadła na drewnianym stołku. Becky
podała jej herbatę w blaszanym kubku i kawałek drożdżowego ciasta.
- Dziękuję. – odparła Hermiona i zabrała się za jedzenie.
Była wściekle głodna. Porcje jedzenia dla służby były o wiele mniejsze niż w
obozie, a przecież i tam niejednokrotnie trzeba było oszczędzać ze względu na
sporą ilość mieszkańców. Ciasto i herbata wypełniły jej żołądek i gdy tylko
skończyła zmywać po sobie naczynia w drzwiach stanęła Marietta, zaraz za nią do
pomieszczenia weszła Karen.
- Hermiono, razem z Becky pójdziecie sprzątać pokoje. –
powiedziała i zdjęła z pobliskiego haka fartuch kuchenny. – Ja i Karen zajmiemy
się obiadem. – dodała i wyciągnęła spod pieca duże wiadro na obierki.
- Tak jest. – odparła okularnica i kiwnęła na Hermionę by ta
poszła za nią. Gryfonka chwyciwszy za przybory do czyszczenia i miotełkę z piór
wyszła za Becky.
- Najpierw pójdziemy do pani Malfoy. – zaczęła służąca i
spojrzała na kasztanowłosą, gdy wspinały się po schodach. – Postaraj się na nią
nie gapić i najlepiej nic nie mów. Zważywszy na to że jesteś… mugolaczką,
lepiej żebyś nie rzucała się w oczy. – dodała niechętnie. – Przepraszam. –
Hermiona pokręciła głową.
- Nie przejmuj się, to mnie w żaden sposób nie obraża. Wiem
że chcesz dla mnie dobrze. – powiedziała przyjaźnie. Becky uśmiechnęła się
lekko i zatrzymała przed ciemnymi drzwiami w końcu korytarza, na
drugim piętrze. Zapukała delikatnie i gdy usłyszała ciche „wejść” nacisnęła
klamkę.
Hermionie wystarczyło jedno spojrzenie na Narcyzę Malfoy, by
zrozumieć dlaczego nie powinna się na nią gapić. Widziała ją przed laty tylko
kilka razy. Zapamiętała ją jako wysoką, smukłą, wielkiej urody kobietę. Wydawała
się jej próżna i wyniosła, ale mimo to piękna. Była jak posąg zimnej,
marmurowej bogini. Teraz, ledwo żywa nie przypominała samej siebie. Leżała
pośrodku wielkiego łoża, otoczona z obu stron masą fiolek, eliksirów i
wszelkiego rodzaju magicznymi maściami. Wychudzona, blada i słaba jedynie
spojrzała kątem oka na wchodzące do sypialni służące. Becky podeszła do jednej
z szafek nocnych na której stała taca po prawie nietkniętym śniadaniu.
- Zacznij ścierać kurze, a ja to odniosę do kuchni. –
szepnęła do Hermiony. Gryfonka poczuła się nieswojo. Gdy szatynka wyszła
zamykając za sobą drzwi, Hermiona postawiła na ziemi drewnianą skrzynkę z
przyborami i wyciągnęła miotełkę do kurzu. Starannie wycierała obrazy, blaty i
ramki zdjęć. Zatrzymała się na chwilę przy jednej fotografii i utkwiła w niej
wzrok. Przedstawiała ona Narcyzę, Lucjusza i Dracona przed ich dworem, Malfoy
Manor. Wszyscy troje byli eleganccy jak zawsze i wyprostowani, jednak w ich
oczach było widać pewną radość. Słabą i ulotną, lecz obecną. Gryfonka poczuła
żal. Wiedziała że nie powinna współczuć tej kobiecie, jednak nie potrafiła
pałać do niej nienawiścią. Narcyza nigdy osobiście nie wyrządziła jej krzywdy.
Owszem, jej mąż był Śmierciożercą, tak samo jaki syn, ale ona sama wydawała się
być nieszczęśliwa i u granic wytrzymałości.
Nagle z zamyślenia wyrwał ją słaby głos kobiety.
- Jesteś tutaj nowa? –
Hermiona odwróciła się z bijącym sercem. Nie wiedziała czego
może się spodziewać po żonie Lucjusza.
- Tak. – odparła, lecz szybko się poprawiła. – Tak, pani. –
Narcyza zmrużyła powieki.
- Czy ja cię skądś znam? – zapytała. Gryfonka zacisnęła
usta. Wiedziała że kłamstwo nie będzie miało tu najmniejszego sensu, więc w
końcu odparła.
- Nazywam się Hermiona Granger, spotkała mnie pani osiem lat
temu, podczas Mistrzostw Świata w Quiddichu. – powiedziała i utkwiła wzrok w
kobiecie.
- Przyjaciółka Harry’ego Pottera. – stwierdziła Narcyza i
zamilkła na chwilę. Jej niebieskie oczy przenikały Gryfonkę na wskroś. –
Współczuję ci. – powiedziała w końcu. – Tak samo jak i sobie. – dodała i na
powrót zamilkła. Hermiona nie odrywała od niej oczu. Poczuła bijący od kobiety
smutek. Tak wielki i głęboki iż zdawać by się mogło że nie ma końca. Coś w jej
wyglądzie, tonie głosu i spojrzeniu krzyczało, że pragnie śmierci. Wojna
pozbawiła ją nie tylko wyniosłości ale i chęci życia. Mimo iż miała męża, mimo
iż jej syn żył, a ona sama wciąż była otoczona luksusami, złota klatka wysysała
z niej radość i powoli wtłaczała truciznę do żył.
- Pani Narcyzo.. – zaczęła nieśmiało Hermiona, lecz w tym
samym momencie rozległo się krótkie pukanie do drzwi i nagle, bez pozwolenia do
pokoju weszła Bellatrix Lestrange. Hermionę przeszył zimny dreszcz. Widok tej
szalonej, pozbawionej skrupułów kobiety zawsze napawał ją lękiem. Teraz, gdy stała
pośrodku pokoju całkowicie bezbronna, poczuła jak żołądek podchodzi jej do
gardła.
- Ty! – warknęła Bellatrix. – Co ty tutaj robisz?! –
Hermiona nie odpowiedziawszy, cofnęła się w tył kilka
kroków.
- Zadałam ci pytanie! – warknęła Lestrange. – Co taka brudna
szlama robi w pokoju mojej siostry?! –
- Bello.. – szepnęła Narcyza słabym głosem lecz ta przerwała
jej gestem dłoni.
- Nie masz prawa tutaj przychodzić! – warknęła i wyciągnęła
różdżkę z kieszeni długiej, czarnej sukni.
- Sprzątałam. – odpowiedziała Hermiona niemal trzęsąc się
jak liść na wietrze, lecz zanim zdążyła dodać coś jeszcze zaklęcie bólu
ugodziło w nią z całą siłą i upadła na podłogę.
Krzyczała. Ból przeszywał jej ciało lecz nagle zdało jej
się, że przeżyła kiedyś coś gorszego. Cierpienie o stokroć gorsze od marnego
Crucio Lestrange. Nagle Hermiona poczuła że może pokonać to zaklęcie,
przeciwstawić się mu tak jak kiedyś Harry Szalonookiemu Moody’emu, podczas
lekcji Obrony Przed Czarną Magią w czwartej klasie. Z wysiłkiem odepchnęła od
siebie czar, co natychmiast zauważyła Bellatrix.
- Co… jak ty.. – powiedziała marszcząc brwi. Hermiona wstała
na drżących nogach lecz szok brunetki trwał krótko. Wściekła i rozsierdzona
podeszła do Gryfonki i chwyciła ją za włosy. Biały czepek oderwał się od głowy,
a misterny kok rozsypał się kaskadą po ramionach. Znów zalało kasztanowłosą
uczucie, że już to kiedyś przeżyła. A przynajmniej coś bardzo podobnego.
- Myślisz że możesz tak po prostu odepchnąć moje zaklęcie? –
warknęła Lestrange. – Mieszkasz w tym domu więc podlegasz także i mnie, a skoro
ja wyznaczam ci karę, to ty, wstrętna szlamo nie masz prawa jej unikać! –
wrzasnęła i rzuciła Hermioną o podłogę. Tym razem nie użyła różdżki. Twarde
podeszwy jej butów były wystarczająco mocne, by Gryfonka szybko pożałowała swego
wcześniejszego pokazu siły i determinacji. Znów krzyknęła i dziwna myśl
przebiegła jej przez głowę. „Ona mnie zabije”. Przecież już od dawna tego
pragnęła. Pozbyć się jej, raz na zawsze. Dręczenie, prześladowanie, tortury..
były dobre lecz do czasu. Teraz w oczach brunetki ziała chęć mordu. Nagle,
pośród krzyków Hermiony i cichych próśb Narcyzy odezwał się inny, ostry ton.
- Co się tutaj wyprawia? –
Bellatrix spojrzała za siebie, a noga przygotowana do
kolejnego kopnięcia zawisła jej w powietrzu.
- Severus. – niemal warknęła, lecz w jej głosie słychać było
nutę strachu. Wyprostowała się i odgarnęła włosy z lekko zaczerwienionej twarzy.
- Ta szlama weszła do pokoju mojej siostry, wyobrażasz
sobie? – powiedziała kpiąco. – Niby miała tutaj sprzątać. – dodała i kopnęła
stojącą obok drewnianą skrzynkę, z której wysypały się szmatki i butelki z
płynem.
- I dlatego postanowiłaś ją zakopać na śmierć? – zapytał
Snape wchodząc do sypialni. – Jest dopiero ósma rano, a ty już zdążyłaś obudzić
cały zamek! – wrzasnął i szybkim krokiem podszedł do Gryfonki. – Wiesz jak
Czarny Pan nienawidzi, gdy coś przeszkadza mu podczas snu. Módl się do Salazara
by nie kazał mi cię do siebie wezwać. – powiedział i chwycił kasztanowłosą za
ramię, podciągając ją do góry bez zbędnej delikatności. – Chodź ze mną Granger.
– warknął i gdy w drzwiach minął Becky zatrzymał się na chwilę.
- Od dzisiaj ta służąca będzie sprzątać mój pokój, ty
dokończ tutaj. – zakomenderował na co Becky dygnęła i z przerażeniem spojrzała
na zakrwawioną twarz Hermiony. Bellatrix z prychnięciem opuściła sypialnię
siostry i minęła całą trójkę bez słowa.
- Za mną. – rozkazał Snape i ruszył przed siebie. Hermiona
szła tuż za nim i zdziwiła się gdy weszli na kolejne, wyższe piętro. Była
przekonana że były mistrz eliksirów będzie miał pokój w podziemiach, tak jak to
było w czasach szkolnych, lecz zganiła się za tę myśl. To nie Hogwart. To na całe
szczęście nie był jej ukochany Hogwart.
- Wchodź. – powiedział Snape otworzywszy drzwi do swojej
sypialni. – Tylko bądź cicho, naprzeciwko jest pokój Dracona, pewnie jeszcze
śpi. – dodał po czym zamknął drzwi i minął Hermionę szybkim krokiem. Gryfonka
rozejrzała się po komnacie. Była ogromna, przestronna i zawalona przeróżnymi
książkami, eliksirami, składnikami, proszkami i fiolkami. Jedynie na łóżku
stojącym obok okna panował porządek.
- Od czego mam zacząć? – zapytała cicho. Bała się że i Snape
zacznie się nad nią znęcać. W szkole nie pałali do siebie taką niechęcią jak to
było z Harrym, jednak czuła że profesor i za nią zbytnio nie przepada.
- Najpierw doprowadź się do porządku, inaczej zaplamisz mi
wszystko krwią. –
Hermiona nie wiedziała od czego zacząć. Nie miała ani
lusterka ani różdżki którą mogłaby sobie pomóc. Gdy po chwili grzebania w
skrzynce wyciągnęła brudną ścierkę, Snape westchnął i podchodząc wyrwał jej
szmatę z ręki.
- Nie ruszaj się Granger. – powiedział i przez chwilę
wcelowywał w Hermionę różdżką. Najpierw pozbył się krwi, która plamiła nie
tylko jej twarz i ręce, ale także niegdyś biały fartuszek. Gdy skończył podszedł
do swojego biurka i wyciągnął z niego niewielki, zielony flakonik. – Wypij
duszkiem. – rozkazał i wręczył dziewczynie eliksir. Hermiona niepewnie
odkorkowała fiolkę lecz szybko i bez zawahania wypiła jego zawartość. Nagle
wszelki ból ustał. Poczuła się tak, jakby tortury Bellatrix w ogóle nie miały
miejsca.
- Eliksir uzdrawiający. – powiedziała patrząc na trzymaną w
ręku pustą fiolkę.
- W rzeczy samej. – odparł szorstko Snape. – Teraz możesz
zabrać się do roboty. Uważam że mimo wszystko ty najlepiej nadajesz się do
dbania o mój gabinet, Granger. Mimo swego niewyparzonego języka i działającego
na nerwy charakteru, jesteś jedyną która ma na tyle oleju w głowie, by nie
zniszczyć moich cennych książek i nie puścić z dymem całego zamku, podczas
segregowania eliksirów. – powiedział i odwrócił się w jej stronę. – Niech nie
przyjdzie ci do głowy kradzież. Wiem co mam i od razu zorientuję się jeśli
czegoś mi zabraknie. Jeżeli czegoś będziesz potrzebowała, poproś. Chociaż
zapewne i tak ci tego nie dam. – dodał i wskazał jej znajdującą się za nią
biblioteczkę. Hermiona zwróciła się w jej kierunku i spojrzała na stosy
walających się w nieładzie książek, woluminów, pergaminów i papierów, które
wręcz wołały, by je uporządkować. – Na początek zajmij się tym. Zapewne nie
skończysz dzisiaj, ale nie spiesz się, pracę masz wykonać porządnie. – dodał i
ruszył w kierunku drzwi. – W porze obiadowej możesz przerwać i iść zjeść, tylko
nie ociągaj się zbyt długo. – dodał i chwycił za klamkę.
- Tak panie. – odparła Hermiona utkwiwszy wzrok w jego
plecach. Jak zawsze ubrany był w długą, czarną szatę. Na dźwięk jej słów
drgnął, jakby nazwanie go panem w jakiś sposób go zdenerwowało, lecz nie
odwrócił się już, tylko po chwili wyszedł z komnaty i zamknął za sobą drzwi.
Hermiona zaplatając włosy w długi warkocz dokładniej przyjrzała się zbiorowi Snape’a. Na
początku jej uwagę przykuły pozłacane grzbiety grubych i ciężkich ksiąg.
Zastanawiała się czy tak jak w dziale Ksiąg Zakazanych w Hogwarcie, niektóre z
nich potrafią wydawać się siebie dziwne i przerażające dźwięki. Sięgnęła po
pierwszą i spojrzała na jej okładkę. Była bordowa a na jej grzbiecie złotymi,
lekko przetartymi literami pysznił się tytuł „Medycyna mugoli, czyli magiczny
wkład w rozwój nie magicznego świata”. Hermiona otworzyła książkę zachęcona
tytułem i zaczęła czytać. Gdy po pół godzinie zorientowała się że zamiast
sprzątać pochłonęła ją lektura, zganiła się w duchu. Niechętnie odłożyła
książkę i sięgnęła po następną, niemniej ciekawą. Było tak za każdym razem.
Brała do rąk jakiś tytuł i zanim odłożyła go na dane miejsce musiała choćby
przejrzeć strony książki. Praca szła jej przez to mozolnie i nie posuwała się
zbytnio do przodu. Hermiona po dwóch godzinach całkowicie zapomniała, gdzie się
znajduje. Nie istniał dla niej Czarny Dwór, Bellatrix Lestrange, ból i strach.
Mając w rękach książki i pergaminy skrywające w sobie tak ciekawe i ważne informacje,
całkowicie zatraciła się w pracy i czytaniu. W końcu, gdy poczuła lekkie
zmęczenie spojrzała za okno. Słońce minęło zenit, więc chcąc nie chcąc udała
się na obiad.
- Och, w końcu jesteś! – zawołała Marietta wstając od stołu,
gdy tylko Gryfonka przekroczyła próg kuchni. – Becky mówiła mi co się stało.
Dobrze się czujesz? – zapytała ją kobieta.
- Tak. – odparła Hermiona. Po chwili podeszła do niej Becky.
- Przepraszam, nie powinnam była zostawiać cię samą,
całkowicie zapomniałam że pani Lestrange odwiedza swoją siostrę zaraz po
śniadaniu. – zaczęła przejęta szatynka. – Nie pomyślałam że potraktuje cię tak
okrutnie! – powiedziała z bólem.
- To nie twoja wina Becky. – odparła Hermiona i usiadła przy
stole. Peter, młody stajenny o niebieskich oczach życzył jej smacznego z
uśmiechem. – Nie zadręczaj się i jedz. – powiedziała Gryfonka i poklepała Becky
po dłoni. Karen zaczęła opowiadać o tym jak wspaniałe danie przyrządziła
Państwu na obiad i ku zaskoczeniu Hermiony, Becky oraz Petera wyciągnęła z lodówki
kawałek ciasta. Marietta spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami jednak w jej
oczach błąkało się rozbawienie.
- Udało mi się zachować kawałek dla nas. – powiedziała z
dumą Karen. – Idealne do herbaty. - dodała i już po chwili zagotowywała wodę w czajniku,
postawionym na dużym kaflowym piecu. Dwadzieścia minut później, najedzona
Gryfonka i z o wiele lepszym humorem wróciła pod komnatę Snape’a. Zanim jednak
weszła usłyszała za sobą hałas otwieranych drzwi. Odwróciła się i stanęła bez
słowa. Naprzeciwko niej, wpatrzony w nią swoimi szarobłękitnymi oczami stał
Draco Malfoy. Był wyższy i szczuplejszy niż w czasach szkoły, jednak czarna
koszula uwydatniała także nabyte gdzieś mięśnie. Jasne kosmyki opadały mu na
twarz i już niedługo miały sięgnąć ramion. Hermiona wstrzymała oddech. Nie
wiedziała dlaczego, ale widok Ślizgona sprawił że serce zaczęło jej bić jak
szalone. Obijając się o żebra niemal nie wyskoczyło jej z piersi. Te oczy, te
włosy, ta twarz. Nie widziała go od lat, a jednak wydał jej się dziwnie
znajomy. Nie znosiła go i miała za tchórza, a jednak w tym momencie czuła
dziwny ból, jakby jej dusza zaczęła wyć z rozpaczy. Zacisnęła pięści. Była
przekonana że młody arystokrata wykorzysta okazję i wyrządzi jej krzywdę. W
razie konieczności miała zamiar ratować się ucieczką do pokoju Severusa. Jednak
ku jej zdziwieniu on nie robił nic. Nie wyciągnął różdżki i nie rzucił
zaklęcia. Jedynie tak jak ona, wpatrywał się w nią uparcie, jakby starał
się coś zrozumieć.
Nagle drgnęła, gdy w końcu się odezwał.
- Granger. – powiedział krótko. – Ty tutaj. –
Hermiona odzyskawszy animusz rozluźniła dłonie i
wyprostowała się wyzywająco.
- Nie z własnej woli. – odparła.
Znów zapadła cisza. Gęsta i nieprzyjemna, wypełniona
oczekiwaniem.
- W końcu nosisz ciuchy które do ciebie pasują. – rzucił
Draco i przyjrzał jej się dokładniej.
- Śmiem wątpić, paniczu Malfoy. – odparła Hermiona niemal ze
wstrętem. Serce wciąż się w niej tłukło. Chciała uciec, uwolnić się spod jego
spojrzenia, które zadawało jej ból. Nagle chłopak zrobił krok w jej stronę lecz
po chwili się cofnął. W jego oczach dostrzegła strach i panikę. Bez słowa
ruszył korytarzem i po chwili zniknął na schodach prowadzących na niższe
piętra. Gryfonka oparła się o drzwi i chwyciła się za serce. „Dlaczego tak
bijesz?” zapytała ściskając biały fartuch. Gdy po kilku minutach i paru
głębszych wdechach w końcu się uspokoiła, weszła do gabinetu Snape’a i na
powrót zatonęła w księgach i niekończących się woluminach.
~
Pokój miał szare, bezbarwne ściany. Przez małe okienko
wpadało światło księżyca, a pod nim stało biurko z jednym, drewnianym krzesłem.
Pod lewą ścianą znajdowało się wąskie, proste łóżko przykryte białą pościelą a
naprzeciwko stała niewielka szafa. Tak wyglądał jej skromny, lecz schludny
pokoik. Hermiona zdjęła fartuch i zaczęła zrzucać z siebie szeleszczącą suknię,
oraz koronkową tunikę. Ubrana w czarny szlafrok wyszła z pokoju i weszła do
małej, tak samo skromnej i czystej łazienki. Po prysznicu wróciła do pokoju i
ubrawszy się w białą, długą koronkową koszulę nocną weszła pod kołdrę. Miała
wrażenie że oszaleje. Że to nie dzieje się naprawdę, a gdy tylko następnego
ranka otworzy oczy znajdzie się znowu z Złotym Feniksie. Przejdzie znanymi jej
ścieżkami między namiotami i wejdzie do kuchni, gdzie Molly Weasley przywita ją
ciepło kubkiem ulubionej kawy. Usiądzie przy jednym z długich stołów i po
chwili pomacha do wchodzących do namiotu przyjaciół. Ginny jak zwykle do niej
podbiegnie, a Jakub usiądzie obok, by wspólnie zjeść śniadanie. Sara i Albert
pomachają jej na przywitanie gdy po śniadaniu zawita do szpitala i ubierze swój
biały, lekarski kitel. Weźmie do rąk karty pacjentów i pod czujnym okiem
magomedyków postara się pomóc kolejnej osobie. W porze obiadu odwiedzi poligon,
by razem z Jakubem postrzelać do celów,
w końcu szło jej coraz lepiej, a później znów wróci do pracy. Wieczorem, gdy
skończy kolację pójdzie spać do namiotu w którym będzie mogła czytać aż zmorzy
ją sen. Spełniona i szczęśliwa zaśnie
bez problemów.
Łzy popłynęły jej po policzkach plamiąc białą poduszkę. Chciała
krzyczeć, wrzeszczeć na całe gardło, kopać i wyć. Zabrano jej różdżkę i
ostatnie wspomnienia. Zamknięto w zamku i zmuszono do służenia ludziom których
nienawidziła. Pozbawiono wolności, przyjaciół i domu. Jedyne co miała to wiarę
że innym nic się nie stało i ona jedyna wylądowała w tym piekle. „Tak bardzo za
wami tęsknię”, wyszeptała przez łzy i wcisnęła twarz w poduszkę tłumiąc szloch.
Nagle dotknęła dłonią okolic szyi. Bezwiednie szukała czegoś co powinno tam
być. Wisiorek? Medalion? Spojrzała na swoją dłoń. Coś jej zabrano i zrozumiała
że nie były to tylko wspomnienia.
_____________________________________
SŁOWO OD AUTORKI:
Witajcie w drugiej części opowiadania! Mam nadzieję że rozdział przypadł Wam do gustu :) Od teraz rozdziały mogą być (ale nie muszą), ciut (ale naprawdę ciut) krótsze. Jak zawsze, cieszę się że jesteście ze mną i czekam na Wasze komentarze, które mnie niesamowicie motywują. Do napisania kochani!
Genialne! I jeszcze raz genialne! Pisz szybciutko kolejną część. Nie mogę doczekać co będzie dalej!
OdpowiedzUsuńŻyczę weny :*